Logo Przewdonik Katolicki

Co nowego w Kanie Galilejskiej?

Ks. prof. Henryk Seweryniak, dr Monika Białkowska
FOT. ROBERT WOŹNIAK, AGNIESZKA ROBAKOWSKA/PK, FOTOLIA

Monika Białkowska: Może to zbyt lekko zabrzmi w kontekście Ewangelii, ale do tej mam sentyment. Bardzo lubię opowieść o Kanie Galilejskiej i o weselu, które się tam odbywało. Kiedy sobie pomyślę, jak to wyglądało, jaki stres musieli przeżywać młodzi, kiedy się okazało, że wina nie ma, to aż czuję ulgę, którą oni poczuli. I bardzo Maryja mi się w tym fragmencie Ewangelii podoba. Jest zdecydowana, wie, czego chce, ponagla Jezusa. Piękna.

Ks. Henryk Seweryniak: W Polsce Kana Galilejska rzeczywiście mocno kojarzy się z Maryją. Tę Ewangelię czytamy, kiedy jedziemy do Częstochowy, kiedy są maryjne święta, ba, Jasną Górę wręcz nazywamy polską Kaną. Ale…
 
M.B.: Wiedziałam, że będzie jakieś „ale”!
 
H.S.: Będzie, oczywiście. Od kiedy pamiętam, gdy słuchałem tej Ewangelii, miałem poczucie, że nie docieramy do sedna. To mówienie o stągwiach, o radości, zastanawianie się, ile wina mogło być z tej wody, to wszystko nie tak, tam musi być coś więcej!
 
M.B.: I wymyślił Ksiądz?
 
H.S.: Wymyśliło wielu przede mną. Posłuchaj. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że to jest tekst autora, nazywającego siebie samego „Umiłowanym Uczniem”. Sądzimy, że chodzi o św. Jana, a w każdym razie o geniusza, będącego bardzo blisko Jezusa i jednocześnie głęboko zatopionego w historii tradycji Izraela. Świetnego pisarza, który na przykład wybiera tylko siedem cudów Jezusa i nazywa je znakami. Siedem, bo ta liczba wyraża pełnię, która ujmuje całość działania Jezusa pośród ludzi. Znaków, bo wyrażają one nowość i najgłębszy charakter tego, co przyszło wraz z Jezusem. Kana Galilejska jest pierwszym z tych znaków, jest więc rozpoczęciem jakiejś opowieści.
 
M.B.: „Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej”… Nie mówiliśmy niedawno o tym, co oznaczał „trzeci dzień”?
 
H.S.: Mówiliśmy! W języku biblijnym „trzeci dzień” oznacza, że Bóg wkracza w dzieje świata, że wydarza się jakieś niebywale ważne zbliżenie Boga i człowieka. I to jest pierwsza rzecz, którą w Ewangelii o weselu w Kanie trzeba dostrzec. Tu naprawdę zaczyna się dziać coś ważnego.
 
M.B.: Co? Nie chodzi przecież tylko o to, że Jezus zaczął czynić cuda, a ludzie jego czasów dostali szansę, żeby znów chodzić czy widzieć.
 
H.S.: I tu jest drugi ważny punkt: wesele. Wesele, to obraz, do którego chętnie nawiązywali prorocy. Niesie on ze sobą zapowiedź wydarzenia paschalnego, zapowiedź zbawienia, które będzie ostatecznym wypełnieniem przymierza na Synaju. O uczcie mówili również prorocy. Mówili, że kiedy przyjdzie Mesjasz, to będzie On oblubieńcem, a wino będzie spływało po górach Izraela zamiast krwi, która spływała podczas zabijania baranków. Zobacz, jak doskonale obraz wesela w Kanie staje się zapowiedzią: oto zaczynają się wypełniać proroctwa! Przychodzi Mesjasz, który przynosi zbawienie, wino już spływa w obfitości.
 
M.B.: Za chwilę powie Ksiądz, że historia w Kanie w ogóle się nie wydarzyła, a jest tylko literackim zabiegiem św. Jana!
 
H.S.: Dlaczego się miała nie wydarzyć? Jezus to wydarzenie, w którym brał udział, tak właśnie przeprowadził, by stało się znakiem. Jan doskonale to zrozumiał i w ten sposób opisał, by było czytelne, niosło wszystkie te głębokie treści, które Jezus tam zawarł. A my tego po prostu do końca nie zrozumieliśmy!
 
M.B.: OK. To co z Kaną dalej? Domyślam się, że to nie koniec tego, co Ksiądz odkrywa w tej opowieści.
 
H.S.: Ano, nie koniec. Zauważ, że Jan krótko tylko wspomina pana młodego, a o pannie młodej nie mówi ani słowa. Panna Młoda to Maryja, Pani Syjonu, ale i Izrael. I to Maryja w imieniu Izraela, czekającego na Mesjasza, mówi: „Synu, wina nie mają!”.
 
M.B.: Wino to był symbol mesjański. To tak, jakby mówiła: cierpią, bo Mesjasz nie przychodzi…
 
H.S.: A Jezus odpowiada: „Czy to moja lub Twoja sprawa, niewiasto?”.
 
M.B.: Po polsku to nie brzmi zbyt grzecznie.
 
H.S.: A po aramejsku wręcz przeciwnie. Ten zwrot należał do języka grzecznościowego i niósł ze sobą znaczenie wielkiej bliskości i ciepła. Podobnie słowo „niewiasta” nie jest bez znaczenia. Jezus nie mówi: „Matko”. Używa słowa, które w tzw. protoewangelii, czyli fragmencie Księgi Rodzaju, pierwszej księgi Biblii, pojawia się na określenie tej, która zmiażdży głowę węża. To imię, tytuł Jezus powtórzy, wisząc na krzyżu: „Niewiasto, oto syn Twój”. Jest w tym słowie czułość, a jednocześnie podkreślona, wydobyta wielka godność kobiety.
 
M.B.: Tego wyczucia na co dzień chyba nie mamy. Po polsku „kobieto” brzmi niestety lekceważąco, mężczyzna, który by się tak do którejś zwracał, raczej nie byłby uznany za dżentelmena. A już „niewiasto”!
 
H.S.: Dlatego warto rozumieć konteksty słów i ich oryginalne znaczenia. Jezus nie jest wobec Matki opryskliwy i nie odmawia spełnienia jej prośby, jak to się czasem tłumaczy. Jest raczej zdziwiony, że to już! A to Maryja odkrywa „Jego godzinę” i przynagla Go do niej.
 
M.B.: Ta „Jego godzina” to nic innego jak Pascha, która się zbliża, męka, śmierć i zmartwychwstanie. Godzina ostatecznych wydarzeń mesjańskich.
 
H.S.: I ona nadchodzi, jakby przyspieszona prośbą Matki. Maryja nie odpowiada Jezusowi, ale mówi do sług: „Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam powie”. To znów nawiązanie do Izraela, który stojąc pod Synajem w czasie wędrówki do Ziemi Obietnicy deklarował: „Uczynimy wszystko, co Pan nakazał”.
 
M.B.: Każde słowo tu jest ważne! Ale ja bym tu jeszcze zauważyła ciekawą rzecz: że to „zróbcie wszystko, co On powie”, to ostatnie słowa Maryi, które padają w Ewangelii. Jej testament? Ona zrobiła swoje i wie, że musi zamilknąć, że teraz już On będzie mówił.
 
H.S.: Jawi się w ten sposób jako tamta, jeśli wolno tak powiedzieć, „protoewangelijna niewiasta”, świadoma tego, że jest pośredniczką w dziejach Kościoła, jest tą, która prowadzi lud pod Synaj i przedstawia potrzeby czasu, który właśnie się rozpoczyna. Sześć stągwi kamiennych też ma swoją symbolikę: liczba sześć oznaczała zawsze jakiś brak w doskonałości. Stągwie są puste. To wszystko oznacza stan oczekiwania i duchowego spustoszenia, w którym znalazł się Izrael. A kiedy słudzy nalewają wody, którą Jezus przemienia w wino, możemy rozumieć, że to, co nadejdzie, będzie przeobfite.
 
M.B.: Tak zaczyna się dzieło zbawienia…
 
H.S.: Tak zaczyna się dzieło wlewania wina zbawienia nie tylko w Izraela, ale w cały świat. Taki właśnie początek znaków uczynił Jezus, żeby objawić, kim jest – zakończy ewangelista swoją cudowną opowieść. I Kana, jak widzisz, jest czymś więcej niż opowieścią o uratowanych z kłopotu weselnikach.
 


 
Ks. prof. Henryk Seweryniak prof. dr hab. teologii fundamentalnej, przewodniczący Stowarzyszenia Teologów Fundamentalnych w Polsce.
Dr Monika Białkowska doktor teologii fundamentalnej, dziennikarka "Przewodnika Katolickiego".

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki