Logo Przewdonik Katolicki

Kobiecość jest piękna

Natalia Budzyńska

Z Lidią Pospieszalską o tym, dlaczego nie lubi, by jej muzykę nazywać kobiecą, i o Bożych odpowiedziach na codzienne problemy rozmawia Natalia Budzyńska

Obrazisz się, gdy powiem, że Twoja muzyka jest kobieca?
– Bronię się przed tym.
 
Bo?
– Ktoś już tak powiedział o mojej muzyce, że słychać w niej kobiecą wrażliwość. Ale ja nie rozgraniczam muzyki w ten sposób. Muzyka mi się podoba albo nie. Poza tym często słucham bardzo mocnej muzyki, nawet heavy metalu, a jeśli jazzu, to bardzo odjechanego, czyli free. To przecież nie jest kobieca muzyka, nie? Mój teść mawiał, że mam sporo męskiego pierwiastka. Może mi wychodzi kobieco, ale ja bym się tak do końca z tym określeniem nie utożsamiała. To że ktoś inny tak postrzega moją muzykę, to jest jego sprawa.
 
Ale dlaczego to Ci nie odpowiada? Co to znaczy według Ciebie kobieca muzyka?
– Chyba jednak działają tu stereotypy, że kobiety jęczą i wzdychają. Dużo jest takiej muzyki kobiecej, która kojarzy mi się z czymś mdłym i nudnym. Może dlatego boję się, że moja zostanie zaklasyfikowana jako kobieca.
 
Uważasz, że to jest coś złego?
– Nie wiem, mam wrażenie, że to zubaża.
 
To ciekawe, bo ja odnoszę wrażenie, że Twoja muzyka i interpretacja mają w sobie wszystko to, co w kobiecie najlepsze. Czułość, spokój, opiekuńczość, ciepło, dobro, delikatność, poczucie bezpieczeństwa.
– Czasami myślę, że człowiek robi coś wbrew temu, co go otacza, i próbuje robić taką muzykę, która mu pomaga albo leczy.
 
I ona leczy w tobie co?
– Te wszystkie bodźce, które do mnie docierają.
 
Porządkuje chaos?
Tak. Jesteśmy otoczeni chaosem, również estetycznym, brzydotą po prostu. I to jest chyba taka obrona.
 
Debiutancką pytę nagrałaś w 2007 r., ale przecież śpiewałaś już przedtem. Nie miałaś ochoty wcześniej wyrazić siebie w ten sposób?
– Zawsze miałam ochotę, bo kompozycje, które weszły na tę płytę, już wtedy były stare. Niektóre powstały tuż po studiach. Nie byłam jakąś szczególnie dobrą wokalistką. Myślę, że wciąż nie jestem, bo ten zawód trzeba uprawiać. Nie wystarczy sporadycznie pojechać na koncert i zaśpiewać, trzeba po prostu ćwiczyć, grać regularne koncerty. A ja dość szybko wyszłam za mąż i zaraz pojawiły się dzieci, Marcin dużo grał i rzadko bywał w domu. Czułam, że nie mogę dzieci zostawić komukolwiek, wiedziałam, że bazą dla nich jestem ja. Nie dało się tego pogodzić, więc po prostu tak sobie marzyłam.
 
Byłaś więc żoną, matką i gospodynią domową. A w międzyczasie komponowałaś sobie do szuflady i marzyłaś…
– Jeszcze malowałam. Ikony i krajobrazy. Potem to zarzuciłam, bo zabrakło mi czasu, ale jak dzieciaki były małe i na przykład spały (śmiech) albo później chodziły do szkoły, to sobie tworzyłam.
 
Nie czułaś się gorsza, że Marcin jeździ i występuje, a Ty siedzisz w domu z dziećmi?
– Był taki moment, że bardzo mu zazdrościłam. Poznaliśmy się na studiach w Katowicach, mieliśmy wielu wspólnych znajomych, którzy po prostu wpadali do naszego domu, zabierali Marcina i jechali na koncerty, a ja zostawałam z dziećmi. Co oczywiście z perspektywy czasu uważam za wartość ogromną, bo miałam wpływ na ich kształtowanie. Ale wtedy tęskniłam, byłam młoda, a moje marzenia musiały być radykalnie ucięte. Choć nie zdawałam sobie sprawy z tego, że koncertowanie to też trud, stres, długa jazda samochodem, często całodniowa. Wtedy widziałam to inaczej.
 
Co ci pomagało pokonać tę frustrację?
– Tworzenie. Siadałam do fortepianu i komponowałam. To mi bardzo dużo dawało. Podobnie jak sporadyczne koncerty z Deus Meus albo rodzinne występy z kolędami, papieskie koncerty, w których brałam udział. Z Marcinem jeździliśmy od początku na rekolekcje muzyków chrześcijan, w ten sposób weszłam w ich środowisko, ale jestem otwarta też na inne. Na przykład marzę o nagraniu płyty z muzykami, którzy lubią trochę eksperymentować, choćby z barwą, dźwiękiem. Czasem mamy z Marcinem okazję ilustrować muzycznie wernisaże albo recytacje wierszy. Bardzo to lubię, kiedy natchnieniem do muzyki jest obraz albo deklamowany wiersz. Śpiewam o tym, co mnie porusza, co wyzwala we mnie emocje. To jest wielka przygoda, bo nigdy do końca nie wiesz, co z tego wyjdzie. Dlatego lubię koncerty, najbardziej w małych kameralnych salach, kontakt z ludźmi i relacje, jakie się tworzą między muzykami na scenie. Szczególnie te momenty, w których odchodzimy od idealnego odgrywania piosenek, gdy możemy trochę poimprowizować.
 
Wróćmy do Twoich płyt.
– Do nagrania pierwszej bardzo dopingował mnie Marcin. Widział, że komponowanie daje mi zadowolenie i cieszyło go to. Między Inaije a najnowszą płytą Podróże na chmurze minęło dziesięć lat, w czasie których dużo komponowałam, nie tylko dla siebie. Piosenki czekały na nasz wolny czas, mój i Marcina, bo bardzo lubię pracować z nim w studiu. Mam zresztą już ich sporo na kolejną płytę. Z piosenek wydanych na krążku Podróże na chmurze duży sentyment mam do Akacjowych czarów, ale też do Koheleta, w którym udało się zastosować polirytmię. Albo do Muzyki ciszy z bardzo ciekawymi smyczkami. To są utwory, których powstawanie dawało mi ogromną radość. Ale na przykład Cziki czika, przyjemna popowa piosenka, wydawałoby się najłatwiejsza, w warstwie wokalnej jest dla mnie trudna, to moja pięta achillesowa. Tam jest mnóstwo wyprzedzeń, które są obce naszej słowiańskiej duszy, a Marcin bardzo pilnuje, żeby to było dobrze wykonane. Więc przed każdym koncertem żmudnie się przygotowuję, ćwiczę z metronomem i wciąż czuję, że tego nie opanowałam. A przecież sama sobie wymyśliłam tę melodię. Przesunęłam całą frazę o tę jedną szesnastkę do przodu (wtedy mi się udało bez problemu), i wiesz, muszę się bardzo pilnować, żeby się nie „wywalić” i być o tę szesnastkę przed bitem.
 
Mówisz o rzeczach, których kompletnie nie rozumiem, ale widzę, że żyjesz muzyką. A tekst?
– Lubię, gdy zawiera jakieś drugie dno, treść, której od razu się nie widzi, nie słyszy i nie rozumie. Czasem wystarczy jedno słowo, które ma w sobie wieloznaczność, prowadzi w różne rejony; które nie zawęża nastroju, nie ogranicza. Wybieram więc teksty z szerokim polem interpretacyjnym, nawet abstrakcyjne. Zrozumiałam, że pisanie tekstu do gotowej muzyki jest rzeczą karkołomną, bo fraza muzyczna bardzo ogranicza, a i frazowanie w mojej muzyce jest ponoć nietypowe. Niektórym udaje się napisać precyzyjnie słowa do melodii, ale ostatnio coraz częściej wybieram gotowe teksty, przeważnie wiersze, i do nich układam muzykę.
 
Jaką jesteś żoną?
– Był taki czas, kiedy nie rozumiałam Marcina, źle go oceniałam, a potem się dowiedziałam, że to, co ja odbierałam jako ułomność, jest cechą wspólną dla wszystkich mężczyzn. To są obserwacje, wiedza, która przychodzi z czasem, a żeby być dobrą żoną, trzeba sporo się o swoim mężu dowiedzieć. To proces, który ciągle trwa. Staram się, żeby w domu była dobra atmosfera, ale sama jestem trochę niepozbierana, Marcin jeszcze bardziej, więc każdy dzień jest inny. Brakuje mi trochę reguły, której nie umiem wprowadzić. Marzę o tym, żeby na przykład posiłki były o stałej porze.
 
Dzieci Ci w tym nie pomogły?
– Kiedy chłopcy byli mali, wyglądało to lepiej. Teraz, gdy tylko od czasu do czasu wpadają do nas, trzeba pogodzić wszystkie nasze i ich zaangażowania. Często robi się jeszcze większy chaos (śmiech). Gdy dzieci odeszły z domu, wszystko się zmieniło, było mi z tym ciężko. Moi synowie wyjechali już przed maturą na dwa, trzy lata do liceum muzycznego do Katowic. Te ich puste łóżka to był straszny widok. Gdy teraz przyjeżdżają, mamy zupełnie inne relacje, to jest bardzo fajny etap.
 
Budujesz dom, koncertujesz, jesteś żoną, matką. Godzisz te role?
– Nie jest to proste. Budowę domu zaczęliśmy ponad trzy lata temu, ale ponieważ Marcina często nie ma, zaangażowałam się w prowadzenie budowy, co jest pasjonujące, ale zarazem bardzo absorbujące. Żartuję, że właściwie to jestem córką murarza, ślusarza, zduna, stolarza, rolnika, bo kiedyś ludzie na wsi potrafili robić wszystko i te umiejętności, które przekazali mi rodzice i dziadkowie, teraz mi się przydają. Właśnie wyszła płyta, która jest na pierwszym planie i o którą muszę zadbać. Stresuje mnie trochę, jak to wszystko pogodzić. Przez to zabieganie zauważam, że brakuje mi intymności z Bogiem. Nie wyobrażam sobie życia bez Niego, choć codziennie zmagam się ze swoją wiarą czy niewiarą. Wtedy przychodzą te drobne doświadczenia, kiedy jestem pewna Bożej ingerencji, gdy wiem, że Bóg zadziałał, że to, co się właśnie wydarzyło, to Jego wyraźna odpowiedź na konkretny problem.
 
Po rozmowie, późnym wieczorem Lidka przysyła SMS: Kobiecość jest piękna, przekonałaś mnie.
 


 
Lidia Pospieszalska
Kompozytorka, wokalistka, absolwentka geografii na UAM w Poznaniu i Wydziału Muzyki Jazzowej i Rozrywkowej katowickiej Akademii Muzycznej
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki