Logo Przewdonik Katolicki

​Zraniony tygrys Kaukazu

Magdalena Urlich
Fot. The White House Polaris / East News

​Prawie dziesięć lat temu podczas wojny w Osetii Południowej Gruzja była na ustach wszystkich. Dziś nadal cieszy się sympatią Zachodu, ale musi się też liczyć ze swoim potężnym sąsiadem, Rosją. Sytuacja jest patowa.

Sierpień 2008 roku. W Osetii Południowej wybucha wojna. Polski prezydent Lech Kaczyński leci do Tbilisi, by wesprzeć Gruzję walczącą z wojskami separatystów i rosyjską armią. Dla Gruzinów był to ważny gest solidarności. Od tamtej pory minęło prawie dziesięć lat. W tym czasie Polacy stali się jedną z najliczniej odwiedzających Gruzję w celach turystycznych nacji. Podobają nam się gościnni ludzie i góry, lubimy wino i pierogi. Ale o polityce lepiej tam nie rozmawiać.

Gorące sierpniowe dni
Gruzja to państwo wieloetniczne i wielonarodowe. Ta mieszkanka nieraz w historii przysparzała problemów władzy, która chciała umocnić pozycję stolicy. Na przestrzeni lat, od upadku ZSRR po rewolucję róż w 2003 r., Tbilisi poradziło sobie z terenami zamieszkałymi przez grupy etniczne należące do narodu gruzińskiego (jak Swanetia czy Adżaria). Nierozwiązany problem to istniejące na terenie Gruzji dwa parapaństwa. Utworzyły je przy wsparciu Rosji kaukaskie narody, Osetyjczycy i Abchazi, a status quo przypieczętowały przegrane przez Gruzinów na początku lat 90. wojny. W 2008 r. doszło do kolejnego kryzysu. Trwał on zaledwie kilka dni, ale w spór z Rosją musiała zaangażować się społeczność międzynarodowa.
Ekaterine Beruaszwili studiuje w Polsce i działa na rzecz diaspory gruzińskiej. Pochodzi ze wsi Eredwi w regionie Cchinwali na terenie Osetii Południowej. Większość mieszkańców stanowili tam Gruzini, ale żyli zgodnie z osetyjskimi sąsiadami. Było wiele mieszanych rodzin. Opowiada, że na granicy gruzińsko-osetyjskiej jeszcze przed wybuchem konfliktu kilkanaście razy w roku dochodziło do wymiany ognia. Rosjanie przyznawali Osetyjczykom rosyjskie obywatelstwo, co było później pretekstem do wkroczenia na terytorium Osetii w celu obrony swoich obywateli. Ekaterine była wtedy nastolatką. – Obudzili mnie rano i powiedzieli, że wojna już się rozpoczęła. Gruzini mówili, że wygramy, ale to nie był konflikt tylko z Osetyjczykami, bo armia osetyjska była mała, nie nadawała się do prowadzenia wojny – wspomina poranek 8 sierpnia 2008 r. W czasie walk Eredwi znalazło się na linii frontu. Rodzina Beruaszwili wraz z innymi postanowiła uciekać do Gori.

Łakomy kąsek
Gori to już Gruzja. Nie na długo okazało się bezpieczne. Od pierwszego dnia wojny Rosja rozpoczęła bombardowanie celów w Gruzji, w tym Gori. W ciągu kolejnych dni Rosjanie wyparli wojska gruzińskie z terenu Osetii. Następnie wkroczyli na terytorium Gruzji. 11 sierpnia zajęli bez walki położone 60 kilometrów od stolicy Gori. Beruaszwili wspomina bombardowania, schron w piwnicy, ukrywanie pancernego kamaza pełnego amunicji, by nie był widoczny z góry. – Mam przed oczami taki kadr: przybyła właśnie nasza armia, młodzi chłopcy. Usiedli, żeby coś zjeść, i wtedy spadła druga bomba – opowiada, jakby każdy pocisk wyrył się w jej pamięci. – W ciągu kilku dni miasto było puste. My zostaliśmy, bo nie mieliśmy dokąd jechać. Był chaos, bo wszyscy uciekali, ale nie wiedzieli, jaki wybrać kierunek. Dopiero trzeciego dnia przyjechał ojciec mojej koleżanki, spakował swoją rodzinę i nas do samochodu i pojechaliśmy do Tbilisi, bo to wydawało się bezpieczne. Chociaż moja mama mówiła, że to będzie najsmaczniejszy kąsek do schrupania na koniec. Dzięki prezydentowi Kaczyńskiemu to się nie udało. Pamiętam ten dzień, gdy przyjechał. Zebraliśmy się na placu Wolności. Nigdy tego nie zapomnę, cały naród krzyczał: Polska! Mieliśmy nadzieję, że to będzie koniec wojny. A armia rosyjska stała 20 kilometrów od Tbilisi, mieli uderzyć, zabić Saakaszwilego i przejąć kontrolę.
Jerzy Ciemnołoński sierpień 2008 r. spędził w Kachetii. W kwietniu kupił dom w mieście Lagodechi, gdzie odnalazł potomków polskich żołnierzy zsyłanych w czasie zaborów na Kaukaz. Rozpoczął tam działalność polonijną i turystyczną. Właśnie gościł jedną ze swoich pierwszych grup, gdy zadzwonił telefon. Był to polski konsul. Informował o rozpoczęciu działań wojennych, bombardowaniach i konieczności ewakuacji: cała grupa o szóstej rano miała być w Tbilisi, skąd będzie przewieziona do Armenii, a potem do Polski. Pan Jerzy został: – W nocy urwała się łączność telefoniczna. Miałem lekki lęk: jestem w obcym kraju, zaczyna się wojna, ale była tu poznana przeze mnie polonia. Pomyślałem, że nie dadzą mi zginąć.
Porozumienie pokojowe podpisano 12 sierpnia. Wojska rosyjskie miały opuścić terytorium Gruzji. Osetia Południowa, podobnie jak Abchazja, utrzymała status republiki autonomicznej. Gwarantem pokoju w regionie została Rosja.

Reformator Saakaszwili
Od tamtego czasu na gruzińskiej scenie politycznej zaszły duże zmiany. Zniknął Michaił Saakaszwili, nazywany poufale Miszą. Saakaszwilego do władzy wyniosła rewolucja róż, której był jednym z trzech przywódców. W listopadzie 2003 r. przedstawiciele opozycji z różami w dłoniach weszli do parlamentu. Doprowadziło to do odsunięcia od władzy prorosyjskiego prezydenta Eduarda Szewardnadze. W styczniu 2004 r. w wyborach prezydenckich wygrał Misza, zyskując 96 proc. głosów. W wyborach parlamentarnych większość zyskała jego partia, Zjednoczony Ruch Narodowy.
Zmiany, które wprowadził Saakaszwili, były duże. – Przed rewolucją róż nie wypłacano emerytur, dzieci musiały się uczyć przy lampach naftowych. Teraz jest gaz, światło, ogromnym sukcesem jest gazociąg z Azerbejdżanu, bo wcześniej Gruzja była uzależniona od Rosji – wylicza Ekaterine Beruaszwili. – Za Saakaszwilego zreformowano policję. Przed 2004 r. policja była bardzo skorumpowana. Dzięki reformie odzyskała zaufanie obywateli. Wprowadzono też reformę armii. Wcześniej nawet nie było mundurów, teraz Gruzja ma bardzo dobrze wyposażoną armię.

Również za rządów Saakaszwilego powstały tzw. Domy Sprawiedliwości. Znajdują się one w stolicach poszczególnych regionów. Idea jest prosta: zmniejszyć biurokrację. W jednym budynku można załatwić wszystkie urzędowe sprawy, związane z dokumentami, paszportami, rejestracją samochodu czy założeniem firmy.
Zmiany, które zapoczątkował Saakaszwili, były bardzo dobrze przyjmowane w świecie. Do tego stopnia, że w 2005 r. Bank Światowy uznał Gruzję za najlepiej reformowane państwo świata. Miały one wpływ na życie codziennie Gruzinów (choć bezrobocie nadal było wysokie, a płace niskie), co razem z talentem autopromocyjnym Saakaszwilego przyczyniło się do jego popularności. Silnej pozycji prezydenta nie zachwiała nawet wojna, dla Gruzinów także wtedy pozostał „naszym Miszą”.

Już nie nasz Misza
Karta odwróciła się w 2012 r., gdy ugrupowanie parlamentarne prezydenta przegrało wybory i było zmuszone przejść do opozycji. Lider zwycięskiej partii Gruzińskie Marzenie, Bidzina Iwaniszwili, zapowiedział wznowienie śledztwa w sprawie śmierci jednego z przywódców rewolucji róż, Zuraba Żwanii. Wyszły na jaw rządowe afery i próby ich tuszowania przez prezydenta. W 2013 r. Misza opuścił Gruzję. Rok później postawiono mu najpoważniejsze zarzuty: nadużycia siły podczas antyprezydenckich manifestacji w 2007 r., w wyniku których do szpitali trafiło kilkaset osób, oraz przywłaszczenia środków z budżetu. Ścigany listem gończym Misza do Gruzji nie wrócił. Robi za to karierę polityczną na Ukrainie, mimo że w lipcu został pozbawiony ukraińskiego obywatelstwa po tym, jak zarzucił prezydentowi Petro Poroszence wspieranie korupcji.
– Saakaszwili robił 10 proc., a wyglądało, jakby zrobił 100, bo umiał to naświetlić – podsumowuje Ketevan Prangulaiszwili, młoda ambasador Gruzji w Polsce [to program realizowany przez gruzińskie Ministerstwo Sportu i Młodzieży – red.]. – Był bardzo szybki, wtedy to było potrzebne. Wszyscy mówili, że Saakaszwili był najlepszym prezydentem. Później zepsuł swoją sprawę, poparcie dla niego spadało. Ale wciąż są ludzie, którzy mają do niego sentyment – mówi. – Rząd Saakaszwilego rozpoczął współpracę z państwami Unii Europejskiej, to oni wdrożyli program bezpieczeństwa energetycznego – podkreśla Ekaterine Beruaszwili.
Piotr Malinger w ciągu ostatnich lat kilkakrotnie podróżował do Gruzji i ma wśród Gruzinów wielu znajomych. Wielu z nich uważa, że Miszy zabrakło dyplomacji w kontaktach z Rosją. – Był za ostry, a przecież Rosja to ich najsilniejszy sąsiad. Przyniosło to konkretne straty dla turystyki i gospodarki. Nie da się tak – stwierdza.

Stagnacja
Dziś Gruzja ma niewielkie pole manewru między zamrożonym konfliktem z Rosją a marzeniami o przyjęciu do NATO. Określenia „prozachodni” i „prorosyjski” wyznaczają oś politycznych działań. Ale punkt widzenia nieraz zależy od punktu siedzenia. Rządząca partia Gruzińskie Marzenie określa się jako prozachodnia. Przez opozycję z kręgu byłego prezydenta jest uznawana za prorosyjską. Według ich retoryki Bidzina Iwaniszwili, najbogatszy Gruzin, to kumpel Putina i jego sąsiad z daczy. – Zdania na temat rządu są podzielone – mówi Ketevan Prangulaiszwili. – Niektórzy mówią, że jest prorosyjski. Ja uważam, że są przeciwko Rosji, tylko załatwiają to dyplomatycznie, bo nikt nie chce wojny.
– Saakaszwili był skierowany na Zachód, to były nowe wzorce – podkreśla Jerzy Ciemnołoński. – Niestety zmiana orientacji politycznej Bidziny Iwaniszwilego doprowadziła do załamania gospodarczego w Gruzji. Turystyka to jedyna dziedzina, która się rozwija. Poza tym sytuacja jest dramatyczna. W moim miasteczku jest 75-procentowe bezrobocie. Tu ludzie siedzą na ulicach. Żeby dostać pracę, trzeba mieć układ. A płacą nędznie. Jest regres, i to się czuje w sklepach, na ulicach, w rozmowach z ludźmi. Gruzja w ogóle nie ma armii. Nie ma pieniędzy, robią tylko spektakularne ruchy, to jest pozorowanie armii. Rosjanie czekają tylko na zamieszki, wtedy znajdą pretekst, żeby wkroczyć.

Między Wschodem a Zachodem
Ekaterine Beruaszwili: – Obecny rząd wybrał dobry kierunek, choć zawsze może być lepiej. Gospodarka się rozwija, jest bardzo dużo projektów polsko-gruzińskich. Armia gruzińska jest bardzo popularna, większość chłopaków służy w niej. Są projekty wojskowe z Niemcami czy Turcją. W tym roku przyjechała jednostka NATO i szkolą naszych chłopaków. Mimo że NATO na razie nie przyjmuje Gruzji, pomaga bronić naszego terytorium. W przyszłości, gdy Gruzja będzie miała mocne granice, jest szansa na przyjęcie do NATO. Nikt jednak nie wie, kiedy to nastąpi. Tymczasem wciąż mówi się o przesuwaniu przez Rosjan zasieków na osetyjskiej granicy. Strona gruzińska jest bezsilna.
Na razie Gruzji pozostaje więc polityka wewnętrzna prowadząca do polepszenia sytuacji ekonomicznej. A na zewnątrz balansowanie między tęsknotą za Zachodem a mądrą dyplomacją na Wschodzie. Dużym sukcesem obecnego rządu jest zniesienie dla Gruzinów wiz do krajów Unii Europejskiej. Chociażby dlatego, że jak podkreśla Ekaterine Beruaszwili, wyjazd zmienia perspektywę. Gruzini mogą być bliżej Europy. Ale czy i Europie będzie bliżej do Gruzji? Stawiająca na turystykę Gruzja na pewno by tego chciała. Bo przecież ci gościnni ludzie i piękne góry są warte poznania, a wino i pierogi – smakowania. Nawet jeśli w polityce jest jak jest.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki