Ku drugiej Białorusi

W gruzińskich wyborach zwyciężyły siła i fałszerstwo. I nie ma w tej chwili nadziei na to, aby to zmienić. Może być tylko gorzej, aby było lepiej.
Czyta się kilka minut
W Tbilisi protestowało 20 tys. obywateli stolicy. fot. Diego Fedele/Getty Images
W Tbilisi protestowało 20 tys. obywateli stolicy. fot. Diego Fedele/Getty Images

Wyborcy” wożeni mikrobusami od  miasta do miasta i głosujący wielokrotnie, nierzadko po kilkanaście razy, na partię rządzącą. Awantura nad urną, zakończona dopchaniem siłą do skrzynki tajemniczego pliku karteczek przez niezidentyfikowanego osobnika, prawdopodobnie „koordynatora” wyborów ze strony Gruzińskiego Marzenia. Wreszcie banknoty lari, wypłacane „do rączki” obwoźnym elektorom tuż przed wejściem do minibusu, spieszącego do lokalu w kolejnym miasteczku. Oto sceny z wyborów parlamentarnych w Gruzji, które odbyły się w sobotę 26 października. Opisane wyżej obrazki udało się sfilmować i opublikować niezależnym obserwatorom, ale prawdopodobnie tysiące podobnych scen rozegrały się tego dnia na całym obszarze kraju, a szczególnie na prowincji. I nie było nikogo, kto by je zarejestrował.
Ani gruzińska opozycja, ani też Zachód nie uznały wyników tych wyborów. Nie zmieni to faktu, że partia miliardera Bidziny Iwaniszwilego, rządząca krajem od dwunastu lat z niezmiennym sukcesem (czytaj: w populistycznym stylu), skonsumuje to zdobyte lisim sprytem zwycięstwo i utrzyma władzę – z mniej lub bardziej widocznym udziałem przemocy.

Balans wpływów i rozczarowanie
Według wstępnych wyników kandydaci prorządowej partii Gruzińskie Marzenie zdobyli 54 proc. głosów, natomiast politycy kilku ugrupowań opozycyjnych uzyskali razem zaledwie jedną trzecią. Wszyscy trzeźwo myślący obserwatorzy kwestionują ten wynik: według ich ocen rzeczywista skala popularności Marzenia oscyluje wokół 40 proc., zaś opozycja łącznie zdobyć mogła nawet ponad połowę głosów.
Zwycięstwo partii Iwaniszwilego, potwierdzone przez gruzińską Centralną Komisję Wyborczą, daje posłom Marzenia 89 krzeseł w 150-osobowym parlamencie. To dużo, jednak nie  na tyle, by móc rządzić samodzielnie, przepychając ustawy wbrew głosom sprzeciwu – co byłoby możliwe dopiero przy 100 posłach, czyli dwóch trzecich zgromadzenia. Opozycja liczy zresztą na konstytucyjne sparaliżowanie prac parlamentu, zapowiadając, że jej elekci, w akcie protestu przeciw fałszerstwom, nie obejmą poselskich stanowisk. Zaś prezydent Gruzji, pani Salome Zurabiszwili, w dramatycznym przemówieniu ogłosiła, że jej kraj padł kolejną ofiarą „rosyjskiej operacji specjalnej”, i zaapelowała do krajów Zachodu o wsparcie tonącej gruzińskiej demokracji.
Czy zmieni to kierunek biegu wydarzeń, w którym zmierza Gruzja? Niestety należy w to wątpić. Państwo to od dawna opiera się na kruchym balansie wpływów Zachodu oraz Rosji; wahnięcie w tę czy inną stronę można stosunkowo łatwo „skorygować” za pomocą metod, które właśnie obserwujemy. A opozycja, politycznie rozdrobniona i pozbawiona zaplecza w masach mieszkańców miasteczek i wsi, nie ma w tej chwili siły na przeprowadzenie skutecznej akcji oporu, podobnej do  „rewolucji róż” z 2003 r., która obaliła postkomunistycznego prezydenta Eduarda Szewardnadze i wyniosła do władzy Micheila Saakaszwilego, lidera ruchu narodowego. Wtedy pragmatyczna i mało wrażliwa na górnolotne polityczne hasła gruzińska prowincja szybko rozczarowała się nowym prezydentem. Ten fakt właśnie w 2012 r. dał fotel premiera Bidzinie Iwaniszwilemu.

Robi, co chce, z demokracją
Realny przywódca Gruzji jest synem prostego górnika, któremu w okresie „transformacji”, czyli pierwszych lat po upadku ZSRR, udało się dojść do miliardowej fortuny w gwałtownie prywatyzującej się Rosji. Jeszcze w 1990 r. Iwaniszwili założył tam Rossijskij Kriedit Bank, potem zaś, stopniowo, wykupywał akcje Gazpromu i Łukoilu, gigantów rosyjskiego przemysłu naftowego. Aby w tym czasie i w takim miejscu dojść do podobnej pozycji, trzeba było szczególnego połączenia chytrości z brutalnością – a Iwaniszwili obie te cechy posiada.
W pierwszej dekadzie XXI w. ten rosyjski biznesmen – najprawdopodobniej w jakimś, nieznanym nam stopniu inspirowany przez służby specjalne owego kraju – postanowił wziąć czynny udział w życiu politycznym Gruzji. Wobec mniej rozgarniętych gruzińskich obywateli miał dwa, niezwykle ważne atuty: kłamstwa oraz pieniądze. Sama nazwa partii, którą wtedy założył, aż ocieka populizmem. To zresztą ulubiony chwyt Iwaniszwilego, jedna z satelickich partyjek jego bloku nosi z kolei nazwę Przemysł Zbawi Gruzję.
Przeciwnicy zarzucali mu, że nie może w Gruzji pełnić funkcji publicznych, będąc obywatelem Rosji, a także mając udziały w strategicznych rosyjskich przedsiębiorstwach. Iwaniszwili grzecznie zrzekł się rosyjskiego obywatelstwa, sprzedał też udziały w Gazpromie i Łukoilu. Stać go było na to, zresztą miał świadomość, iż walka o fotel premiera warta jest tej ceny. Wygrał i od tej pory robi, co chce, z gruzińską demokracją. Gdy w 2018 r. postanowił poprzeć w kandydaturze na prezydenta wnuczkę antybolszewickich emigrantów i obywatelkę Francji, przepchnął ustawę pozwalająca kandydować obywatelowi jednego z państw Zachodu. W ten sposób Salome Zurabiszwili – dziś, paradoksalnie, największa przeciwniczka premiera – została formalną głową Gruzji. Tylko formalną, gdyż zapobiegliwy Iwaniszwili przepchnął też zmianę konstytucji, która pozbawia prezydenta większości jego prerogatyw. Dziś Zurabiszwili, choć przejściem do opozycji dała premierowi „powód do zawodu”, może najwyżej składać bezsilne skargi przed trybunałami równie bezsilnej Europy.
 
Po równi pochyłej
W poniedziałek 28 października, na wezwanie pani prezydent, protestowało w Tbilisi 20 tys. obywateli stolicy. To wystarczająco dużo, aby zapełnić skwer przed budynkiem parlamentu, ale zadecydowanie za mało, by zmienić układ sił. Poza Tbilisi większych protestów nie odnotowano.
Gruzini w swojej masie są antyrosyjscy, ale jednocześnie z Rosją wiąże ich ponad 200 lat wspólnej historii. Dobrobyt klas posiadających w dużej mierze łączy się, w mniej lub bardziej legalny sposób, z ekonomiką sąsiada z północy. A antyrosyjskość – czy nie  kłóci się z poparciem dla byłego rosyjskiego miliardera? Otóż nie, Iwaniszwili przecież już nim nie jest, przynajmniej nic o tym nie wiemy. Ten szczwany lis nie jest też tak głupi, by odcinać się od Zachodu, czy też – broń Boże – publicznie chwalić Putina. On tylko chce, aby Gruzja weszła do Unii Europejskiej „na własnych warunkach”. I aby Gruzini nie wplątali się w wielką wojnę – a to, według Iwaniszwilego, niechybnie by się stało, gdyby zwycięska opozycja poparła Ukrainę w jej walce z Rosją. Gruzińskie Marzenie jest za pokojem, natomiast opozycyjni liderzy to partia wojny – taki przekaz płynął z przedwyborczych banerów strony rządowej.
I prowincjonalna Gruzja to kupiła. Chcemy do Europy, ale nie do tej rządzonej przez wojennych podżegaczy i „pederastów” – taki głos narodu dominuje na peronach i straganach miejscowości oddalonych nieco od Tbilisi. Nic dziwnego, że węgierski premier Viktor Orban, jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników wyborów, wylądował w gruzińskiej stolicy z gratulacjami dla zwycięzcy. Tbilisi go za to wybuczało, ale na tym buczeniu chyba się skończy. Na naszych oczach Gruzja stacza się, po równi pochyłej, do poziomu łukaszenkowskiej Białorusi.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 45/2024