Logo Przewdonik Katolicki

Vega mówi, jak jest

Wiesław Kot
Fot. Materiały prasowe

Kino Patryka Vegi i jego sposób mówienia o polskich sprawach budzi rekordowe zainteresowanie. Jest nad czym zapłakać.

Najpierw liczby. Film Botoks obejrzało dotąd co najmniej dwa miliony Polaków. To absolutny rekord w skali roku. Dla porównania – wydelegowany przez polską kinematografię do Oscara Pokot zainteresował tylko 200 tys. widzów. W Anglii opowieść Vegi o funkcjonowaniu polskich szpitali okazała się najchętniej oglądanym filmem nieanglojęzycznym. W listopadzie Botoks będzie miał premierę w USA, a został także sprzedany do rozpowszechniania w kilku innych krajach, w tym w Chinach. Wszystko więc wskazuje na to, że film pobije wszelkie frekwencyjne rekordy. W dodatku widzowie sporej części świata wyrobią sobie zdanie o naszym szpitalnictwie i – szerzej – o naszej narodowej mentalności na podstawie tego, co zobaczą u Vegi. Nowych polish jokes nie trzeba więc będzie wymyślać. Wystarczy przypomnieć pierwszą lepszą scenkę z Botoksu.
Dodajmy, że poprzednie dzieło Patryka Vegi, film Pitbull. Niebezpieczne kobiety (2016), przyciągnął do kin nie mniej niż trzy miliony zainteresowanych. A Pitbull. Nowe porządki (2016) zebrał półtora miliona widzów. Kino Patryka Vegi i jego sposób mówienia o polskich sprawach, budzi więc u nas zainteresowanie rekordowe i stałe.
 
Cała prawda
Czego więc dowiadujemy się z filmów Vegi, a co umyka innym twórcom filmowym? Otóż z filmu Botoks dowiadujemy się, że w polskich szpitalach nagminnie dokonuje się aborcji – także w sytuacji, gdy nie pozwala na to obecne prawo. A dzieci wyjęte z łon matek wystawia się w rynience na parapecie, gdzie po kilku godzinach umierają. Sanitariusze gwałcą pacjentki w śpiączce. Ginekolodzy molestują je nawet w trakcie badania. Operacje plastyczne wykonują laryngolodzy (oszpecenie gwarantowane!). Na oddziałach internistycznych lekarze zajmują się głównie usuwaniem z otworów ludzkiego ciała tak egzotycznych przedmiotów jak mandarynki czy flakoniki perfum. Koncerny farmaceutyczne („Koncern od mafii różni się tym, że mafia ma mniej pieniędzy”) wciskają chorym przez skorumpowanych lekarzy pastylki, które nie leczą niczego. Ratownicy medyczni to alkoholicy i złodzieje: potrafią nawet wisielcowi ukraść buty. Tę listę można by ciągnąć długo. Co gorsza – to wszystko prawda. Ale przecież w wielu innych filmach oglądaliśmy podobne rzeczy. Dlaczego na tamte nie poszedł pies z kulawą nogą, a na Vegę chodzą miliony?
Odpowiedź jest prosta – bo filmy Vegi sugerują, że to jest CAŁA prawda o polskiej służbie zdrowia. To tak, jakby CAŁĄ prawdę o uniwersytetach można by pokazać, cytując największe idiotyzmy z prac studentów. Jakby CAŁĄ prawdę o kierowcach wykładać, pokazując tylko tych, u których alkomat wykazał powyżej trzech promili. Jakby CAŁĄ prawdę o dziennikarzach „ujawniać”, pokazując wpadki pań praktykantek przed kamerą.
 
Świnie i idioci
Vega swej diagnozy nie komplikuje, ocen nie cieniuje, wyjątków nie uwzględnia. Nie upiększa, nie koloryzuje. On „mówi, jak jest”. Rąbie prawdę między oczy. Tak przynajmniej sądzą te miliony, które kupują bilety. Bo filmy Vegi potwierdzają tylko to, co oni sami wiedzą już dawno. A co wiedzą? Jakim niewzruszonym przekonaniom hołdują od lat? A często od pokoleń? Krótko mówiąc: wszyscy są świniami i idiotami, tylko ci na eksponowanych stanowiskach staranniej się z tym kryją. Botoks dostarcza w tym względzie dowodów do wyboru, do koloru.
Ordynator oddziału (i chirurg) zerka w kopertę, którą pacjent położył na stole, i podsumowuje: „Za tyle to ja mogę panu narzędzia pożyczyć”. Ten sam lekarz będzie masowo wciskał pacjentom kompletnie nieskuteczne placebo, o ile odda mu się ponętna przedstawicielka koncernu farmaceutycznego. I to w trakcie safari w Kongo, fundowanego oczywiście przez firmę. Mamy też panią doktor, która jak nikt inny rozumie, jak łatwo uszkodzić ludzie ciało i jak trudno je potem poskładać. I ta pani, tuż po dyżurze, siada na motor z ukochanym, który – ku jej uciesze – pędzi jak oszalały, lekceważąc wszystkie podszepty zdrowego rozsądku, o kodeksie drogowym nie wspominając. Jazda kończy się koszmarną kraksą: ona poważnie ranna, on w śpiączce, z której już się nie obudzi. Inna pani chirurg została poniżona przez przełożonego, który za prawdziwych chirurgów uznaje tylko tych lekarzy, którzy… sikają do zlewu. Znaczy – wyłącznie mężczyzn. Więc ta pani, doprowadzona do ostateczności, wchodzi w tym celu na zlew. Ale ponieważ to wszystko dzieje się w filmie Vegi, pod panią doktor zlew się załamuje, ona poważnie uszkadza sobie kręgosłup, chodzi w kołnierzu ortopedycznym. Jak widz zakwalifikuje lekarkę?
 
Kasta
Takie przekonania Vega sączy swojej publiczności od lat. W filmie Ciacho (2010) występuje prokurator, który nadzoruje jedno z najważniejszych śledztw w kraju. Któż jest tym prokuratorem (bo nie napiszę: kto gra)? Otóż ów prokurator to ten nieszczęsny Krzysztof Kononowicz, który w 2006 r. startował na burmistrza Białegostoku. I został gwiazdą internetu po tym, jak rzucał hasła w rodzaju: „Nie będzie bandyctwa, nie będzie złodziejstwa, nie będzie niczego!”. Człowiek pełen dobrej woli, ale przecież w sposób oczywisty opóźniony umysłowo. I ten Kononowicz jako ważny prokurator w filmie Vegi nie jest w stanie sklecić jednego zdania. Bełkocze tylko: „Będzie surowa kara za to wyciągnięta!”.
Dlaczego Vega pozwala sobie na takie rzeczy? Bo wie doskonale, że jego widz tak właśnie wyobraża sobie prokuratora. A to nasuwa widowi kolejny wniosek: skoro taki ważny prokurator jest jeszcze głupszy niż ja, to skąd się wziął na tym stanowisku? I tu pada słowo klucz tej kinematografii – kasta. Jak wejdziesz do kasty, możesz robić, co chcesz. Kasta cię chroni, nie zostawi w potrzebie, jak narozrabiasz, kasta zatuszuje. Tylko jakoś tak dziwnie się składa, że w każdym kolejnym filmie kasta składa się z ludzi, którzy coś potrafią, którzy swego fachu musieli się długo uczyć, potem terminować u mistrzów. Kasta u Vegi to: służby specjalne, prawnicy, policyjna elita, lekarze. Jakoś trudno się w jego filmach dopatrzeć kasty kominiarzy, hydraulików, pracowników zza kasy w supermarkecie. Ale kto wie? Reżyser dopiero się rozkręca...
 
Sukces
I jeszcze jedno. Ważne, jak Vega opowiada. Otóż on opowiada tak, żeby jego widz był zadowolony. Film Służby specjalne (2014) trwa 105 minut (bez napisów końcowych) i słowo ordynarne pada w nim 263 razy, czyli średnio co 24 sekundy.  Można to uznać za „średnią Vegi”, choć wydaje się, że i tu bije on własne rekordy. Poza tym w tych filmach prawie nie ma fabuły, trudno się dopatrzeć jakiegokolwiek przewodu myślowego. To po prostu posklejane na łapu-capu scenki, które mają udowodnić założoną z góry tezę. Może ich być pięć albo pięćdziesiąt – bez znaczenia. Widz po trzech minutach filmu wie dokładnie tyle, ile po dwóch godzinach projekcji.
A przecież Vega i miliony jego widzów nie spłynęli nad Wisłę z obłoków. Oni idą do kina już urobieni, przygotowani. Przez kogo? Ano przez polityków, którzy wypowiadają się wyłącznie według schematu: „Nowak ostro o Kowalskim”. Bo jak Nowak nie mówi „ostro”, to tak jak by nie mówił wcale. Widzów na filmy Vegi napędzamy także my, dziennikarze. Ileż to razy kogoś w swoich tekstach „miażdżyliśmy”, by go potem „zaorać”. Więc w „sukcesie” Vegi mamy udział wszyscy. Także ja.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki