Logo Przewdonik Katolicki

Lwy i orły

Wiesław Kot
FOT. ADAM WARŻAWA/PAP. Piotr Domalewski, reżyser filmu Cicha noc, z nagrodą Złote Lwy za najlepszy film festiwalu.

Jeżeli naszemu kinu uda się postawić pięć interesujących pytań w ciągu roku, możemy go zaliczyć do wyjątkowo urodzajnych. Ostatnie dwanaście miesięcy było średnio udane. Niezależnie od werdyktu festiwalowego z Gdyni.

Bilans skrótowy każe przywołać mniej tytułów niż palców u jednej ręki. Ot, kwestię nieuleczalnej traumy po masowym okrucieństwie w Rwandzie z filmu państwa Krauze Ptaki śpiewają w Kigali. Tabu, jakim jest w naszej kulturze cierpienie zwierząt z eseju filmowego Pokot Agnieszki Holland. Imponującą wizualnie próbę zamieszkania w obrazach Vincenta van Gogha w animacji Twój Vincent. I kolejną rewizjonistyczą „wigilię polską” z Cichej nocy Piotra Domalewskiego. Z tym że o stanie naszego kina więcej niż gdyński werdykt mówią dane poboczne.
 
Pitbull i rzeźnicy
Najbardziej oszałamiającą frekwencją w skali kilku ostatnich dziesięcioleci cieszył się film Pitbull. Niebezpieczne kobiety Patryka Vegi z jesieni zeszłego roku. Do dziś obejrzało go blisko pięć milionów rodaków. A to tylko bezładny zlepek „mocnych” scenek policyjno-gangsterskich, gdzie „słowo publiczne” pada nie rzadziej niż co piętnaście sekund.
W pokazaniu pięknej karty okupacyjnej, przechowywaniu uciekinierów z getta w warszawskim zoo, ubiegli nas Amerykanie (w filmie Azyl Warszawę udaje czeska Praga). Próby złożenia hołdu żołnierzom wyklętym (tegoroczny Wyklęty) to ciągle jeszcze kino socrealistyczne a rebours. To byli – najczęściej – rzetelni bohaterowie. Należą im się więc filmy rzetelne, a nie tylko przejawy dobrej woli. No i w poszukiwaniu atrakcji wciągamy na ekran złogi PRL-owskie. Karierę robią – przykładowo – ówcześni seryjni mordercy. Zdzisław Marchwicki, „wampir ze Śląska”, doczekał się już drugiej filmowej monografii (Jestem mordercą, 2016 r.). Niedawno oglądaliśmy historię jego kolegi, „rzeźnika z Krakowa”, Karola Kota (Czerwony pająk, 2015 r.). Za niecały miesiąc Andrzej Chyra zinterpretuje postać krakowskiego truciciela Władysława Mazurkiewicza, „pięknego Władka”, w filmie Ach śpij kochanie. Ta czkawka po legendarnych rzeźnikach odzywa się zresztą raz po raz w całych byłych „demoludach” (np. rosyjski System czy węgierski Potwór z Martfu). Na szczęście te filmy więcej interesujących rzeczy mówią o ówczesnym systemie policyjno-sądowniczym niż o tych nieszczęsnych psychopatach…
 
Polskie Cannes
A naszą festiwalową Gdynię wstawmy w należny kontekst. Festiwali, konkursów, przeglądów i „dni” filmowych notuje się w Polsce rokrocznie blisko setkę. Mają swoje imprezy filmowe Tarnów i Września, Łagów i Zwierzyniec, Toruń i Niepokalanów. Co jest zjawiskiem korzystnym, bo organizatorzy mogą wyprofilować program z największym pożytkiem dla lokalnej publiczności. Niemniej Gdynia ciągle jeszcze stanowi to najważniejsze summarium.
Paradoksalnie Festiwal Polskich Filmów Fabularnych za poprzedniego ustroju cieszył się większym poważaniem niż dziś. Głównie dlatego, że nie miał konkurencji. Był zresztą odpryskiem gierkowskiej gigantomanii. Mają Francuzi festiwal w nadmorskim Cannes, mają Włosi w nadmorskiej Wenecji, mają Hiszpanie w nadmorskim San Sebastian, będziemy mieć i my – w Gdańsku. I od 1974 r. ruszyły pokazy w kinie – a jakże – Leningrad. Z okazji festiwalu wydłużono nawet pracę kilku lokali gastronomicznych do północy, co w tamtych czasach było wyczynem. Na otwarcie pokazano Potop z Olbrychskim. To był rozmach! Klasztor jasnogórski obsypano sztucznym śniegiem, a husarię grała kawaleria Mosfilmu.
A potem szło już – z punktu widzenia władzy – coraz bardziej krzywo, bo festiwal przejęło „kino moralnego niepokoju”. Czyli nieskończenie smutne filmy, w których młodszy referent czwartego wydziału hamletyzuje nad korupcją w gronie kierownictwa. Widz chwytał jednak w lot – to kierownictwo ma siedzibę w budynku KC. W 1977 r. Andrzej Wajda przywiózł na festiwal Człowieka z marmuru i jury z całą determinacją udawało, że tego filmu po prostu nie ma. O nagrodach ani mowy. No to dziennikarze przewiązali wstążeczką cegłę, taką, jaką murował przodownik Mateusz Birkut, i wręczyli ją reżyserowi na schodach. Z filmami bywało też śmiesznie. Ot, festiwal w roku 1975. Reżyser Jerzy Antczak przekazał operatorowi 36 szpul z filmem Noce i dnie. Operator tylko jęknął: „Chryste Panie, panie Antczak, kto panu wysiedzi w kinie cztery i pół godziny?!”. A jednak – wysiedzieli!
Tymczasem nadszedł Sierpień i sprawy najważniejsze dla kraju zderzyły się z terminem festiwalu. Andrzej Wajda udał się do samego Wałęsy z prośbą o pozwolenie na organizację imprezy w tym gorącym okresie. Wałęsa przystawił pieczątkę i filmy pokazywano w sali NOT-u, ledwie pięćset metrów od kultowej już wówczas sali BHP w Stoczni. Rok później na festiwalu pokazano aż siedem „półkowników”, w tym rekordzistę, film Ręce do góry Skolimowskiego, który przeleżał się w oczekiwaniu na premierę aż 14 lat. A po wprowadzeniu stanu wojennego najpierw festiwalu nie było przez dwa lata wcale. A jak już był, to niemrawy, bo te najważniejsze filmy pokazywano teraz pokątnie, w salkach parafialnych.
 
Komercja i nuda
W roku 1987 przeniesiono festiwal z Gdańska do nowoczesnego Teatru Muzycznego w Gdyni, ale nie o luksusy tu szło, ale o to, by odsunąć filmowców od Stoczni, Świętej Brygidy i klubów studenckich.
W III RP na festiwalu o powinnościach moralnych kina zrobiło się jakoś cicho, za to głośno było o pieniądzach. Z dnia na dzień robotę na państwowym etacie straciło 10 tys. fachowców: od kamerzystów po kaskaderów. A przykładowo – dekoratorzy przy wytwórni filmowej w Łodzi przestawili się na produkcje trumien. Po cichu pozamykano w Polsce powiatowej co najmniej 1100 kin. A o samym festiwalu reżyser od „moralnego niepokoju”, Janusz Kijowski, wypowiadał się samymi rzeczownikami: „Komercja. Taniocha. Reklamy. Gadżety. Bale. Sponsorzy. Bandery. Iluminacje. Układy towarzyskie. Festyny. Gale. Więcej nagród niż filmów. Drożyzna. Nuda”.
Piszący te słowa wizytował festiwal nie mniej niż dwadzieścia razy i ze smutną rezygnacją podpisuje się pod powyższym. A proszę łaskawie pamiętać, że Polska Akademia Filmowa rokrocznie przyznaje rodzimym filmom także średnio po dwadzieścia nagród zwanych „Orłami”. Kto by pomyślał, że tyle ich nad nami lata...
 
Ramka
Laureaci 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni
Złote Lwy – Cicha noc, reż. Piotr Domalewskiego
Srebrne Lwy – Ptaki śpiewają w Kigali, reż. Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze
Platynowe Lwy (za całokształt) – Jerzy Gruza
Najlepsza reżyseria – Agnieszka Holland Pokot
Najlepszy scenariusz – Jagoda Szelc Wieża. Jasny dzień
Pierwszoplanowa rola męska – Dawid Ogrodnik Cicha noc
Pierwszoplanowa rola kobieca – Jowita Budnik i Eliane Umuhire Ptaki śpiewają w Kigali
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki