Logo Przewdonik Katolicki

Renesans filmu niemego

Wiesław Kot

„Chodzi o to, żeby przeżyć coś, przeżyć, wie pan?” – tak tłumaczył inż. Mamoń z Rejsu Jankowi Himilsbachowi, po co się chodzi do kina. Okazuje się, że można mnóstwo „przeżyć” nawet na filmach sprzed stu lat, w dodatku niemych.

Iść do kina czy na film – to fałszywy dylemat. Bo wprawdzie przede wszystkim ciekawi jesteśmy tego, co pokażą na ekranie, ale nie tylko. Chcemy także odczuć tę niepowtarzalną magię, gdy na sali gasną światła, a my przenosimy się w zupełnie nowy, odrębny świat, do którego ktoś uchylił właśnie drzwi. Przekraczamy horyzont własnego „ja”, zaczynamy życie zwielokrotnione. W dodatku w gronie osób w pewien sposób pokrewnych, bo one też wybrały ten film, a nie inny. A po filmie nie można zaraz, ot tak, ostygnąć. Trzeba go przegadać w gronie znajomych, rozgryźć, przeżuć, przetrawić. Moi studenci przechwalają się, że oglądają filmy ze smartfonów. Na przerwie, w tramwaju, stojąc w korkach, a nawet czekając na zmianę świateł na skrzyżowaniu. Owszem, takie oglądanie jest możliwe, z tym że do smartfonu bardziej pasują, powiedzmy, Szybcy i wściekli niż Siódma pieczęć czy Tron we krwi.
Na podobnej zasadzie co do kina chadzamy na koncerty. Bo po cóż mielibyśmy się fatygować do filharmonii, gdzie orkiestra gra ledwie poprawnie, skoro w domu możemy odtworzyć na sprzęcie najwyższej klasy symfonie dyrygowane przez Claudio Abbado czy Herberta von Karajana. Ale to przecież nie to samo, co przetrawiać muzykę, wymieniając uwagi podczas przerwy, w trakcie niespiesznego spaceru po foyer z lampką wina w dłoni.
 
Hazard i sentyment 
A skoro film w kinie, to może w tym starym, z piosenki Mieczysława Fogga:
„Małe kino,/ czy pamiętasz małe, nieme kino?/ Na ekranie Rudolf Valentino,/ a w zacisznej loży ty i ja.../ Na ekranie/ on ją kocha i umiera dla niej./ My wierzymy, bośmy zakochani,/
dla nas to jest prawda, a nie gra”.
Okazuje się, że takie sentymentalne powroty – projekcje niemych filmów, z muzyką na żywo – cieszą się coraz większym wzięciem. Silnym impulsem była tu moda na cyfrowe odnawianie starych, zniszczonych kopii. Także i to, że kino regularnie składa hołd własnym pierwocinom. Przed czterema laty pięć Oscarów zgarnął francuski film Artysta (reż. Michel Hazanavicius), czarno-biały i niemy, pomyślany jako hołd dla dawnych mistrzów. Niedawno z uwagą konsumowaliśmy serial o Eugeniuszu Bodo, a za chwilę na ekrany wejdzie Śmietanka towarzyska Woody’ego Allena o Hollywood lat 20. Poza tym – przyjemnie jest zapatrzeć się na film z dialogami czytanymi i z muzyką w dobie rozpanoszonego gadulstwa, jakie wylewa się z setek telewizyjnych seriali. Tak nawiasem, Kościół od wieków ewangelizuje poprzez swego rodzaju niemy film, jakim są freski i obrazy. A czym jak nie stopklatką są poszczególne stacje Drogi krzyżowej? Znamy jej fabułę z bardzo mocnym, tragicznym zakończeniem. A przecież po drodze tyle wspaniałych epizodów, tyle interesujących postaci drugiego planu, jak Weronika czy Szymon z Cyreny!
Na seanse „rekonstrukcyjne”, przesycone mgiełką nostalgii, zapraszają więc coraz częściej rozmaite przeglądy, festiwale, pokazy dla koneserów. Organizują je zarówno w muzeach, jak i w budynkach warszawskiej Giełdy. Stare filmy migają często na ścianach klubów młodzieżowych w trakcie „technoparties”. Każdy pokaz staje się osobnym spektaklem. Maszyneria nie warczy jak w dawnym kinie (taper musiał ją zagłuszać mocnymi akordami), nie ma przerw w seansie na klejenie rwącej się taśmy, nie grozi pożar od łatwopalnego celuloidu (dawniej w kinie dyżurował strażak). No i film niemy ogląda się z nieporównanie większą uwagą – przecież tu wszystkie treści łowimy wzrokiem. Na ekranie rozgrywa się akcja, którą rozumiemy tylko częściowo – do momentu aż pojawi się napis. Tak więc widz trwa zawieszony między domniemaniem i wyjaśnieniem. Więc: hazard i sentyment.
 
Film zagrany wstecznie
Oprawę muzyczną do starych filmów dają na żywo muzycy z najróżniejszych parafii. Są w tym gronie jazzmani, jak Henryk Miśkiewicz, Urszula Dudziak czy zespół Jazzpospolita, muzycy grający folk, jak Maria Pomianowska, eksperymentatorzy, jak zespół Horny Trees, grający podkład na instrumentach drewnianych. Zdarzają się didżeje, którzy na żywo samplują muzykę rozmaitych gatunków. Grywają nawet kapele punkowe, jak choćby Pustki. Jeżeli film należy do kina żydowskiego, jak Natan Mędrzec (1922 r.), muzycznie oprawią go krakowscy klezmerzy z zespołu Kroke. Niekiedy angażuje się dla dźwiękowej ilustracji dzieła całe składy symfoniczne. Muzykę do niemego filmu Mania. Pracownica fabryki papierosów (1918 r.) z młodziutką Polą Negri skomponował Jerzy Maksymiuk i wykonywał ją na żywo z Orkiestrą Leopoldinum. Najczęściej jednak koncertują – jak przed stu laty – taperzy, czyli wynajęci do tego zadania, wyspecjalizowani pianiści. Marcin Dymiter, przykładowo, pięknie oprawia Światła wielkiego miasta (1931 r.) Charliego Chaplina, a zawodowy taper Andrzej Waśniewski mistrzowsko podkłada fortepian pod burleski Bustera Keatona.
Zdarzają się w tym zakresie i przypadki szczególne. Oto w 1997 r., w jednym z belgijskich archiwów przypadkiem odnaleziono polski film, którego wszystkie kopie miały ulec zniszczeniu w czasie wojennej zawieruchy: Mocnego człowieka w reżyserii Henryka Szaro z roku 1929. Jeden z ostatnich polskich filmów niemych opowiadał historię niespełnionego pisarza, chorobliwie pożądającego sławy i kroczącego do niej po trupach. Rzecz oparta na szeleszczącej papierem powieści Stanisława Przybyszewskiego z czasów, kiedy był już tylko zaawansowanym alkoholikiem. Za to film – zjawisko! Można go śmiało postawić obok najlepszych okazów niemieckiego impresjonizmu, jak Gabinet doktora Caligari czy Nosferatu – symfonia grozy. Zainteresował się nim Maciej Maleńczuk i z dwójką równie kontrowersyjnych jak on rockmanów stworzył dla tej historii podkład muzyczny. I, oczywiście, przygrywał z kolegami do filmu podczas seansów w warszawskim kinie „Iluzjon”. A przede wszystkim podczas uroczystego pokazu w Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie – reżyser dzieła, Henryk Szaro, był polskim Żydem, którego hitlerowcy rozstrzelali w getcie warszawskim.
Przywykliśmy do tego, iż muzykę komponuje się do obrazów, które dopiero powstają. A tymczasem zachodzą procesy odwrotne: kompozytorzy piszą ilustracje muzyczne do filmów starych i niemych. Także kompozytorzy polscy. Abel Korzeniowski, uczeń Krzysztofa Pendereckiego, skomponował podkład muzyczny do arcydzieła awangardy, filmu Metropolis Fritza Langa z roku 1927, i wykonał go, dyrygując wielką orkiestrą, stuosobowym chórem i solistkami operowymi. Z kolei lubelski kompozytor Rafał Rozmus skomponował ilustrację do takich szacownych zabytków jak Dama Pikowa (1916 r.) czy Buster i milion krów (1925 r.). A Krzesimir Dębski ma już za sobą ilustracje muzyczne do szesnastu filmów Charliego Chaplina, na które zamówienie złożyła macierzysta wytwórnia słynnego komika, Limelights, prowadzona teraz przez jego wnuczkę.
 
Rewolucje, które się nie odbyły 
Tak więc panuje moda na odtwarzanie kina niemego w takim kształcie i atmosferze, w jakiej ono powstawało. A przecież. Całe to kinowe retro ma także swój rewers. Bowiem do wielu pomysłów z dawnych lat kino jakoś nie wraca. Nie wraca się na przykład do amerykańskiego zwyczaju, zgodnie z którym zakochane pary po obejrzeniu romansu odwiedzały pana operatora w jego kabinie. A on za 10 centów wycinał z taśmy filmowej kilka klatek i panienka wkładała je między stronice sztambucha obok zasuszonych kwiatków od zakochanego. Nie słychać o powrocie pomysłu z Australii. Tam dzielono widownię kinową przezroczystą taflą: z jednej strony siedzieli konsumenci alkoholu, a z drugiej widzowie, którym alkohol do odbierania dzieła filmowego nie był potrzebny. Bywało, że trzeźwa część widowni wolała się gapić na rozrabiających pijaków, bo to było ciekawsze niż akcja na ekranie. Nie wracamy do wynalazku z Chin. Tam w upały projekcje filmowe przerywano, by posługacze mogli rzucić widzom ręczniki zanurzane w lodowatej wodzie. Widz ręcznikiem obwiązywał rozgrzaną szyję i oglądał dalej. Nie przyjął się melanż kina z gabinetem kosmetycznym. W latach 20. nowojorskie kino „Capitol” zatrudniało brygadę pedikiurzystów, którzy podczas seansu pielęgnowali paznokcie widzów. Niestety, w trakcie filmów akcji widzowie zaczynali nerwowo przebierać nogami, co skutkowało skaleczeniami, awanturami, przerywaniem projekcji. Nowojorskie kina wprowadziły w latach 20. minionego wieku seanse dla niewidomych. Taki „widz” siadał w fotelu, do którego podłączono słuchawkę. A przez nią wykwalifikowany narrator barwnie opisywał to, co akurat pełnosprawni widzowie oglądali na ekranie. Widzowie niewidomi jednak zbyt silnie ulegali własnej imaginacji. Wyobrażali sobie rzeczy daleko bardziej przerażające niż to, co pokazywano na ekranie. I krzyczeli z emocji. Próby ich uciszania nie skutkowały. Seanse przerywano. Nowojorskie kino „Stand” w 1914 r. zaproponowało widzom, że w trakcie seansu będzie za nich odbierać telefony. Trzeba było tylko zorientować biletera, w jakim mniej więcej sektorze siedzi „wydzwaniany” widz. Bileter odbierał wiadomość i w trakcie seansu wykrzykiwał ją we wskazanym kierunku. Tym samym jednak wiadomość stawała się publiczna. Pół biedy, gdy zawierała pozdrowienia od cioci. Gorzej, gdy wspólnik podawał szczegóły ważnego kontraktu. Eksperyment z telefonami w kinie nie wytrzymał nawet jednego sezonu. Bywały tez problemy w kwestii szatni. W kinach w Teksasie próbowano zaszczepić pożyteczny zwyczaj deponowania broni palnej u biletera. Nie chwyciło. Nie tylko na Dzikim Zachodzie. Kroniki podają, że zostawiania broni nie można się było doprosić w takim Beverly Hills w Kalifornii jeszcze w roku 1946. Nigdzie na świecie – i to aż do dziś – nie przyjął się zwyczaj kupowania biletów do kina z automatu. I to mimo iż nowojorskie automaty biletowe już 80 lat temu wydawały bilon, zawinięty nawet w gustowną serwetkę.
Kino odrzuciło też wszystkie – poza kolorem i dźwiękiem – wynalazki, które miały dać widzowi silniejszą iluzję rzeczywistości. Zaniechano eksperymentów z „kinem wstrząsowym”. Podczas projekcji filmów o kataklizmach (trzęsienie ziemi itp.) mechanizmy zainstalowane pod fotelami potrząsały siedziskiem. Przed seansem uspokajano widzów informacją, że na sali czuwa lekarz. Z tym że ten lekarz miewał za dużo roboty: występowały liczne stany przedzawałowe. Zaniechano również kina zapachowego. Jeszcze w 1906 r. pomysłowy kiniarz z Pensylwanii, pokazując kronikę wystawy róż, rozwiesił w sali pasma waty, skropionej stosowną perfumą. A dmuchawa rozsnuwała ten zapach po sali. Później dodawano coraz to nowe zapachy, ale kiepsko było z odpowiednią sekwencją: nie nadążano z wietrzeniem. Kiedy na ekranie pokazywano salon, śmierdziało jeszcze stajnią z poprzedniej sceny. Nie przyjęła się cinerama, czyli okrągły ekran, który biegł dookoła sali i widz mógł sobie wybrać, który segment akcji chce oglądać. Zazwyczaj takich wyborów dokonują za niego reżyser z operatorem i montażystą. Tu – pełna dowolność. Ale widzowie jej nie chcieli, bo zawsze było im przykro, że jak gapią się na jeden fragment sceny, to ucieka im jednocześnie dziesięć innych fragmentów. Żal! No, i kina trójwymiarowego, które w sensie technologicznym było gotowe – nie uwierzą Państwo – już około roku 1915. Wtedy widzom pokazano po raz pierwszy w trzech wymiarach w Nowym Jorku wodospad Niagara. Uciekali z kina, przerażeni, że tyle wody zwali się na nich. W rezultacie trzeci wymiar w kinie poszedł w odstawkę na sto lat, a i dziś w tej technologii nie nakręcono niczego ciekawego.
Nie szkodzi. Literatura liczy sobie trzy tysiące lat. Kino sto trzydzieści. Wszystko przed nim!



Film niemy. Pięć klejnotów
 
Gabinet doktora Caligari, reż. Robert Wiene, 1920
Historia oszalałego hipnotyzera w obłąkańczych, ekspresyjnych dekoracjach
 
Brzdąc, reż. Charlie Chaplin, 1921
Charlie opiekuje się podrzutkiem. Po latach podrzutek zajeżdża limuzyną.
 
Szejk, reż. George Melford, 1921
Rudolf Valentino jako „mężczyzna fatalny”.
 
Nosferatu. Symfonia grozy, reż. Friedrich Wilhelm Murnau, 1922
Suma wszystkich strachów plus lęk przed niewiadomym
 
Cud nad Wisłą, reż. Ryszard Bolesławski, 1921
Wielka historia i „nasza dziarska Jadzia Smosarska”

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki