Logo Przewdonik Katolicki

Czad nacjonalizmu

Wiesław Kot
fot. materiały prasowe

Film François Ozona to coś więcej niż miłosna opowieść. To pytanie, dlaczego młodzi mężczyźni rzucają się sobie do gardeł. I ile warta jest Europa, która wyrywa im z rąk skrzypce, by wcisnąć karabiny?

Dziewczyna zawieszona między dwiema miłościami. Do niemieckiego narzeczonego, który nie wrócił z okopów I wojny, i do francuskiego chłopca, który z tego samego okopu powrócił, lecz martwy. Duchowo. Ale film Ozona to znacznie więcej niż miłosna opowieść z wojną w tle. To pytanie, dlaczego młodzi mężczyźni rzucają się sobie do gardeł, skoro całe wcześniejsze życie wskazywałoby, że powinni spacerować ramię w ramię po paryskich bulwarach? I ile warta jest Europa, która wyrywa im z rąk skrzypce, by wcisnąć karabiny?
Anna (wielce obiecująca Paula Beer, zaledwie 22 lata) jest sierotą, przygarniętą przez rodzinę lekarza z małego miasteczka. Jego syn, Frantz, oświadczył się jej tuż przed wyjazdem na front, dokąd wysłano go by walczył o Wielkie Niemcy. Pobiorą się, gdy tylko wróci. Tymczasem zamiast ukochanego przychodzi wiadomość, że „poległ za ojczyznę”, a ciało zepchnięto do wspólnej mogiły. Anna formuje więc symboliczny kopczyk na miejscowym cmentarzyku. Niespodziewanie kwiaty sadzi na nim młody Francuz, Adrien, który przedstawia się jako przyjaciel Frantza i wciąga Annę w otchłanną mistyfikację. Nareszcie! Bo ta prowincjonalna gąska – z aspiracjami, a jakże! – dotąd ze świata rozumiała niewiele. Blisko był jej ukochany i dom, cały gemutlich, a gdzieś tam daleko świat wielkiej polityki, wojny, którego nie musiała i nie chciała rozumieć. Od tego byli szacowni panowie w cylindrach i pikielhaubach. Odpowiedź na pytanie, dlaczego jej narzeczony zginął i czy naprawdę musiał, jest poza jej zasięgiem. Ona, owszem, może wnikać w piętrowe sensy wiersza Paula Verlaine’a, ale ani chwili zastanowienia nie poświęci gazecie czy plakatowi propagandowemu. Została tak wychowana, że to, co podaje gazeta, trzeba po prostu przyjąć do wiadomości i się zastosować. A tu z wtorku na środę zjawia się ten niepokojący Francuz, który – nawet niechcący – stawia jeden znak zapytania za drugim. I Anna z małego miasteczka powoli przestaje być Anną z małego miasteczka.

Chłopiec po drugiej stronie lustra
Film Françoisa Ozona rozgrywa się w trybie przypuszczającym, ale nie szkodzi. Bo reżyser – jak niewielu jego kolegów w Europie – ma własny, łatwo rozpoznawalny charakter pisma. Lektura jego filmów przypomina pracę konserwatora zabytków, który zdejmuje ze ściany kolejne wersje malowideł, aby w końcu odkryć właściwy, bezcenny fresk. W filmie 8 kobiet (2002) tytułowe damy przez sześć kwadransów skaczą sobie do oczu, walcząc o względy tego samego mężczyzny (ojca, męża, brata), a każda mówi o nim zupełnie co innego. On sam zaś pojawia się dopiero w finale i demonstruje zupełnie odmienną, dziewiątą wersję własnej osoby. W filmie Basen (2003) Charlotte Rampling, autorka powieści kryminalnych, każe widzowi oceniać świat jako skomplikowaną, lecz logiczną układankę. Do czasu aż okaże się, że najmniej logiczna i przewidywalna jest ona sama. Z kolei Frantz to raczej symulacja niż relacja z losów młodego Niemca i Francuza, które – zawęźlone w krwawy supeł – mogły się potoczyć sensownie i promiennie, gdyby nie zawisło nad nimi fatum nacjonalizmu.
Frantz i Adrien nosili mundury wrogich sobie armii, a przecież ich losy okazują się wymienne. Łatwo sobie wyobrazić, że Adrien przychodzi na świat w niemieckim miasteczku jako syn miejscowego lekarza, a Frantz okazuje się synem francuskiego posiadacza ziemskiego. Ich duchowego świata wcale nie trzeba by przemeblowywać: obu otacza ta sama kultura europejska, religia, języki. To całkiem naturalne, że gdy jeden spogląda w lustro, widzi twarz drugiego. Frantz jest zakochany w poezjach Rilkego, Adrien uwielbia Verlaine’a, obaj godzinami studiują w Luwrze obrazy impresjonistów, koncertują na skrzypcach, bywają w filharmonii, włóczą się paryskimi bulwarami, aby chłonąć atmosferę miasta.
Tymczasem spotkali się w tym samym leju wyrwanym przez bombę w trakcie kolejnego beznadziejnego szturmu, po którym gazety, jak co dzień, podadzą komunikat, który Erich Maria Remarque weźmie na tytuł swej antywojennej powieści: Na zachodzie bez zmian. Stoją naprzeciw siebie z karabinami w dłoniach, wytarzani we frontowym błocku i ogłuszeni kanonadą. I wtedy zadziałał instynkt, garnizonowy dryl, który każe widzieć w mężczyźnie w obcym mundurze obiekt, cel, nie człowieka. Adrien nacisnął spust, może Frantz także, ale jemu zabrakło nabojów. W tej jednej sekundzie dokonuje się wygnanie z raju, ze wspólnego europejskiego domu, w którym obaj czuli się u siebie.

Patrioci z piwiarni, patrioci z kawiarni
Wygnanie – ale dokąd? Francois Ozon odpowiada: do getta. A takie getta rosną po obu stronach granicy niemiecko-francuskiej. W niemieckiej piwiarni lokalni notable schodzą się, by pomstować na „żabojadów”, opłakiwać własnych synów poległych na froncie w kolejnej kampanii o „Wielkie Niemcy” i śpiewać Wacht am Rhein, nieoficjalny hymn Drugiej Rzeszy. Mamy rok 1919. Za kilka lat do takich piwiarnianych stolików zacznie się dosiadać pewien mało utalentowany malarz z Linzu, przekonany, że jego ojczyzna została upokorzona wynikiem I wojny, że Niemcy powinny się „obudzić”, „powstać z kolan”. W takiej piwiarni zjawią się chłopcy, tuż przed wiekiem poborowym, zaintonują Und morgen die ganze Welt…, a tłum piwoszów zawtóruje im, wyrzucając w górę prawe ramię. I to będzie nieoficjalny hymn kolejnej, Trzeciej Rzeszy. Widzieliśmy to w słynnym Kabarecie (1972) Boba Fosse’a. Warto pamiętać, że film pokazywano w Niemczech bez tej jednej sceny – w obawie, że obudzi u tamtejszej widowni uśpione demony. Niemal trzydzieści lat po wojnie! Cóż, bestia nacjonalizmu nie zdycha tak łatwo… A getto francuskie? Też ma się nieźle. Rewersem niemieckiej piwiarni jest francuska kawiarnia. Tu też wystarczy zanucić pierwsze takty Marsylianki, by goście porwali się od stolików hołdując „słodkiej Francji”, której styl życia i wykwintna kultura powinny przyświecać całej Europie, a już zwłaszcza tępemu prusactwu.
Poza tym getta są lustrzane: w jednym i w drugim rządzi zaledwie parę pojęć prostych jak cepy: to nasz naród został wybrany przez Opatrzność. Inne, ułomne, należy sobie podporządkować. Natychmiast trzeba też wyrównać rachunek krzywd – najlepiej z karabinem w dłoni i dać wrogom solidną nauczkę na przyszłość. Po cichu dodaje się, że nie ma co żywić skrupułów, bo tak naprawdę to gawiedź, hołota. Właściwie – podludzie. Tych najgorszych należy po prostu wytępić jak robactwo. I koniecznie trzeba ruszyć po nowe terytoria – jak nie geograficzne, to choć kulturalne. Oczywiście nie jest to dyskurs, jaki prowadziliby z sobą Goethe, Montaigne, Szekspir czy Dostojewski. To są rozmowy kaprali z dorożkarzami. A przecież tym kapralskim argumentom ulega dostojne grono notabli niemieckiego miasteczka i – prawem rewersu – arystokracja we francuskim pałacu. Wygląda to tak, jakby wszyscy ci rozsądni i zacni ludzie pozwolili sobie nagle wyciąć połowę mózgu. I połowę duszy, zważywszy, że i jedni, i drudzy wywodzą się ze starych chrześcijańskich narodów, wszczepionych w organizm Kościoła przed setkami lat. Ale – i ku temu ostatecznie prowadzi swój dyskurs Francois Ozon – jad nacjonalizmu w pewnych warunkach staje się niezwalczony, posiada moc zgoła hipnotyczną. Ulegają mu najuczciwsi, najrozsądniejsi, najpobożniejsi. Kilka prostackich hasełek z wiecu, z gazety, z ulotki unieważnia cały gmach kultury europejskiej, zawiesza dziesięcioro przykazań, bierze w nawias Ewangelię. Otrzeźwienie przychodzi z milionami trupów – I wojna pochłonęła 14 milionów istnień ludzkich – albo nie przychodzi wcale. Zaledwie w dwadzieścia lat po I wojnie przyszła druga – pochłonęła 80 milionów.
Jesteś ogrodnikiem swojej duszy
Jesteśmy więc zainfekowani. Ale czy bezpowrotnie? W filmie Françoisa Ozona niemiecki lekarz w pierwszym odruchu wyrzuca ze swego gabinetu francuskiego pacjenta. Bo – według niego – każdy Francuz jest mordercą jego syna, który zginął na froncie. Dopiero poznawszy tego Francuza bliżej, zobaczywszy w nim człowieka, bliźniego, a nie figurę z karykatury politycznej, zmienia zdanie. I ma odwagę rzucić w twarz swoim przyjaciołom od „Straży na Renie”, że śmierci swych synów winni są sami: zmuszali ich, by się zaciągnęli na front, produkowali dla nich amunicję, wkładali karabin do ręki i machali chusteczką na pożegnanie, gdy pociągi wiozły ich ku zagładzie. Ale pan doktor do takiej deklaracji potrzebował czasu. I to nie czasu, który tak po prostu płynie, lecz czasu intensywnego. Wypełnionego otwieraniem się na Innego, bolesną, choć upartą rewizją dotychczasowych pewników, przepracowywaniem własnych przekonań. Bo czymże jest bycie chrześcijaninem i Europejczykiem, jeżeli nie wytrwałą, upartą pielęgnacją wspólnej kultury i tej samej Ewangelii? Niemiecki doktor to zrozumiał – jego koledzy nie. Niedawno wysyłali na front swoich synów, minie dwadzieścia lat i poślą tam własne wnuki.
Wiesław Kot
 



Kiełkowanie faszyzmu – studium filmowe
 Zmierzch bogów (1969), reż. Luchino Visconti. Rodzina niemieckich przemysłowców w stadium degeneracji. Zdemoralizowani pieniądzem i libertynizmem chętnie oddadzą się we władzę „silnego człowieka”, który wskaże im właściwy cel życia. Właśnie podpalił Reichstag…

Kabaret (1972), reż. Bob Fosse. Berlin w dobie Republiki Weimarskiej jest nieznośnie wyuzdany, rozpolitykowany, zliberalizowany. Trzeba go wziąć za twarz, zaprowadzić „porządek”. Dzisiaj Berlin „und Morgen die ganze Welt!”

Jajo węża (1977), reż. Ingmar Bergman. Para artystów cyrkowych w Berlinie lat 20. Faszyzm narasta setkami drobnych, ledwie uchwytnych zmian w codziennym życiu. Kiedy zjawia się Fuhrer, naród jest już gotowy.

Dziewczyna marzeń (1998), reż. Fernando Trueba. Hiszpańska ekipa filmowa kręci w zaprzyjaźnionych hitlerowskich Niemczech. Niemieccy doradcy uświadamiają filmowcom, że sztuka, która nie służy kultowi narodu, jest niepotrzebna i bez sensu.

Biała wstążka (2009), reż. Michael Haneke. Dzieci, którym od zawsze wpajano, że należy się stosować do nakazów. Bezwzględnie. Na razie to dziesięcioro przykazań. Ale dzieci szybko dorosną i upomni się o nią armia. Hitlerowska. „Wysoki Sądzie, ja wykonywałem tylko rozkazy!”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki