Logo Przewdonik Katolicki

Od wieków w Europie

Michał Szułdrzyński
FOT. MAGDALENA KSIĄŻEK. Michał Szułdrzyński zastępca redaktora naczelnego „Rzeczypospolitej”.

Kilka dni temu będąc w Wielkopolsce, zatrzymałem się w Objezierzu. Jest tam piękny klasycystyczny park, w którym pielęgnowane są różne gatunki drzew.

Obok kościół, którego początki sięgają XII w. I właśnie tam natrafiłem na najciekawszy chyba zabytek w tej miejscowości. W kaplicy po prawej stronie głównej nawy na ścianie znajdują się dwie renesansowe płyty nagrobne: Andrzeja Objezierskiego w stroju rycerskim i jego żony Anny. Wszyscy znamy renesansowe nagrobki z Wawelu, dokąd ten styl dotarł z Włoch. Z Krakowa zaś nowa moda promieniowała na całą Rzeczpospolitą.
Ich obecność w małym kościele w środku Wielkopolski pozwala zrozumieć, w jakim miejscu na kulturalnej mapie ówczesnego świata znajdowała się Polska w drugiej połowie XVI w. Renesans był nie tylko nowym stylem w sztuce po gotyku, ale wehikułem za pomocą którego Polska stała się jednym z najnowocześniejszych państw w ówczesnej Europie. Był to prąd architektoniczny, religijny i polityczny. Wtedy powstawały dzieła kultury i intelektu, które nie tylko na stałe weszły do polskiego kanonu, ale które wówczas świadczyły o potędze państwa Jagiellonów na ówczesnej mapie świata.
Myśląc o XVI w. i patrząc na polski renesans, zdajemy sobie sprawę, że nie musieliśmy nigdy do Europy wracać, ponieważ od kilku stuleci w niej byliśmy i mieliśmy się świetnie. Był taki czas, gdy nie musieliśmy się oglądać na Wschód ani Zachód, lecz – jak trafnie zauważa filozof Dariusz Karłowicz – dzięki szukaniu inspiracji w Rzymie, w kulturze łacińskiej byliśmy po prostu sobą i mogliśmy być z tego dumni.
I dziś musimy o tym pamiętać. Możemy przypominać sobie o polskim odrodzeniu, dzięki któremu weszliśmy nie tylko w erę nowożytną, ale dzięki któremu zapuściliśmy głębokie korzenie w Europie. I powinna z tego płynąć też ważna lekcja dla dzisiejszej polityki, również zagranicznej. Nie musimy sobie bowiem udowadniać, że jesteśmy lepsi, nie musimy próżno poszukiwać poczucia własnej wartości. Gdy dziś słyszymy o wstawaniu z kolan, o prowadzeniu polityki godnościowej, o tym, że nie będziemy kłaniali się Berlinowi ani Brukseli, powinniśmy zadać sobie pytanie – na ile chodzi tu o to, by realizować własną politykę zagraniczną i realizować własne interesy (to bez wątpienia kierunek słuszny), a na ile wiele gestów ma leczyć polskie kompleksy, ma być odreagowaniem poczucia niższości? Czy wykonujemy różne konfrontacyjne gesty w polityce międzynarodowej dlatego, że wiemy, że robimy słusznie i idziemy w dobrym kierunku, czy też twardością chcemy nadrobić własną niepewność, a radykalizmem niezrozumienie mechanizmów, którymi rządzi się współczesny świat? Czy o narodowej godności mówimy dlatego, że ją czujemy, czy dlatego, że mamy kompleks niższości albo poczucie głębokiej krzywdy?
Trzeba też pamiętać, że po renesansie przyszedł sarmacki barok, a wówczas polska duma, poczucie polskiej inności, tak wspaniałe w XVI w. stały się karykaturą samych siebie i doprowadziły pod koniec XVIII w. do tragicznego finału.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki