Logo Przewdonik Katolicki

Łączą nas pierogi

Monika Białkowska
FOT. MAREK MALISZEWSKI. Kobieta od 15 lat samotnie wychowująca wnuczki. W trakcie działań wojennych straciła męża, dwóch synów, córkę i synową.

Kiedy trzy kobiety siadają w jadalni tuż przy kuchni, prędzej czy później zaczną rozmawiać o gotowaniu. Łączą nas pierogi, które w ich kraju nazywają się manty. One opowiadają o czepelgasz, plackach z sera, i śmieją się z historii o ich ukochanym czosnku niedźwiedzim.

 Uwielbiamy go jeść, ale gotowany śmierdzi nie do wytrzymania – śmieje się Sabina.
– Kiedy mieszkaliśmy w Rosji, zaczęłam go gotować. Była zima, zrobiło się ciemno, otworzyłam okno, żeby wywietrzyć. Zaraz pod domem zebrała się grupa sąsiadów. Koniecznie chcieli wiedzieć, gdzie tu ulatnia się gaz i koniecznie wzywać pomoc – opowiada Eleonora. – Szybko pozamykałam okna, żeby się nie wydało, że to my!
Kiedy wspominam, że na zachodzie Europy śmiano się z Polaków, że zbierali po lasach grzyby, Sabina i Eleonora zaczynają mówić o pokrzywach. – Robimy z nich pierogi, robimy sałatki – opowiada Sabina. – Ludzie opowiadają sobie historie, że całe rodziny wychodziły gdzieś w obcym kraju, z rękawicami i długimi fartuchami. Wszyscy uwielbiali pokrzywy i nie mogli się doczekać uczty. Miejscowi im się przyglądali, a potem dawali pieniądze albo opowiadali sobie, że oni tu głodują, bo pokrzywy jedzą.
 
Pół roku na dworcu
Eleonora i Sabina przyjechały z Czeczenii. Sabina jest tu od wielu lat, Eleonora od kilku miesięcy. Kiedy siedzimy w babskim gronie przy herbacie w jadalni, nie widzę w nich uciekinierek. Widzę fajne, mądre kobiety.
– Kiedy wyjeżdżałam z kraju, nie wiedziałam, jaka jest sytuacja na granicy – wspomina Eleonora. – Miałam kłopoty, było mi obojętne, co mnie czeka, byle być jak najdalej. Na dworcu w Brześciu spotkałam ludzi, którzy żyli tam od kilku miesięcy. Nie mieli pieniędzy, nie mogli więc wynająć żadnego pokoju. Na dworcu nawet toaleta była płatna. Pracownicy dworca pozwalali im tam być pod warunkiem, że nie będą leżeć. Dorośli spali więc na siedząco, a dzieci budzili za każdym razem, gdy przechodził jakiś kolejarz, potem znowu je układali. Widziałam takie rodziny z pięciorgiem, siedmiorgiem dzieci, budzonych kilka razy co noc od kilku miesięcy. Był styczeń, okropnie zimno. Wolontariusze z Warszawy dowozili ciepłe ubrania, bo wielu czekało tam od lata, w cienkich ubraniach. Każdego dnia wszyscy kupowali bilet, wychodzili z dworca i wsiadali w pociąg do Terespola z nadzieją, że tym razem wpuszczą ich do Polski. I większość tego samego dnia wracała na dworzec w Brześciu z kolejną pieczątką odmowy, wbitą w paszport, na kolejną noc na siedząco. Kiedy kończyło się w paszporcie miejsce na pieczątki, odsyłano ich do Czeczenii.
Po przyjeździe do Terespola każdy udać się musi na rozmowę, która decyduje o jego dalszym losie: czy straż graniczna uzna go za prześladowanego w kraju, czy mu nie uwierzy i odeśle. Nie wszyscy mają odwagę mówić prawdę. Życie w Czeczenii nauczyło ich, że za mówienie prawdy o doznanych prześladowaniach płaci się jeszcze większym cierpieniem. Być może dlatego każdego dnia straż graniczna wierzy tylko dwóm, trzem osobom. Swój wyrok ogłasza w ogromnej, zimnej sali, wypełnionej ludźmi pełnymi nadziei.
– Strażnicy przyszli i zaczęli wywoływać kolejne nazwiska – wspomina Eleonora. – Byłam przekonana, że to ci, którzy przechodzą dalej, więc modliłam się, żeby usłyszeć swoje. Zatrzymałam dziewczynę, którą wcześniej poznałam, była w ciąży, strasznie roztrzęsiona. „Przepuszczają was?” – zapytałam. Odpowiedziała, że nie, że wyczytują tych, którzy muszą wrócić. Znów zaczęłam się modlić, tym razem, żeby tylko nie usłyszeć swojego nazwiska. Ostatecznie zostało nas trzy rodziny, które tego dnia wjechały do Polski.
 
Byliśmy szczęśliwi
Sabina przyjechała dawno temu. Z Polską zdążyła się już oswoić i polubić ją. Ma tu swoje koleżanki. Ma też polskie obywatelstwo.
– Dlaczego przyjechałam? Z powodu wojny – mówi. – Nie wybierałam sobie państwa, nie myślałam o zasiłkach, najważniejsze było, żeby być bezpieczną. Przedtem mieszkałam w Groznym. To było miasto wielonarodowe. W mojej grupie na studiach było tylko czterech Czeczenów, oprócz nas byli Rosjanie, Ormianie, Romowe, Żydzi, Ukraińcy, Gruzini, Ingusze… Dlatego kiedy przyjechałam do Polski, nic mnie nie zaskakiwało: ani długie czy krótkie spódnice, ani długie czy krótkie spodnie, ani fryzury. Tacy sami ludzie wcześniej mieszkali obok mnie. Dziwiłam się trochę pijanym ludziom na ulicach, bo u nas też piją, ale starają się to ukrywać w domu. Tu nikt niczego nie ukrywał. Ale tak naprawdę to wiele z tamtych pierwszych miesięcy nie pamiętam. Pamiętam za to, że byliśmy szczęśliwi. Nic nie było dla nas problemem, ani brak pieniędzy, ani trudne warunki mieszkaniowe, nic. Liczyło się tylko to, że była cisza i nie musieliśmy się bać, że były sklepy, że były telefony, prąd. Było to wszystko, czego od dawna nie widzieliśmy już w Groznym.
To nie mieszkańcy, to UNESCO porównuje zniszczone w czasie wojny Grozny do zniszczonej powojennej Warszawy.
 
Żeby przetrwać
– Pierwszą wojnę w 1994 r. przetrwałam – wspomina Sabina. – Przed drugą rosła we mnie panika. Wszyscy mówili, że wojny nie będzie, a ja nie mogłam wysiedzieć w domu. Wiedziałam, że umrę albo oszaleję, jeśli jeszcze raz usłyszę samoloty nad głową albo zobaczę mordowanych ludzi. Namawiałam mamę na ucieczkę, ale siostra akurat wychodziła za mąż, mama czekała na gości, nie słuchała, kiedy mówiłam, że to nie czas na świętowanie. We wrześniu 1999 r. zabrałam dzieci i wyjechałam na Krym. Trzy dni później na Grozny spadły bomby. To było jeszcze straszniejsze. Kiedy bomby spadają na ciebie, myślisz tylko o tym, żeby przetrwać. Kiedy jesteś daleko, zaczynasz myśleć o bliskich, a nie możesz im pomóc. Potem długo nie mogliśmy znaleźć mamy, codziennie chodziliśmy na przejście graniczne i wypytywaliśmy znajomych, czy nie wiedzą, co się z nią stało. Dopiero w  grudniu się z nią spotkaliśmy. Była tam zupełnie sama pod bombami, zapłaciła za to zdrowiem. Teraz jest w Czeczenii, po wylewie, a je nie mogę ani do niej jechać, ani przywieźć jej tutaj.
Eleonorę z ojczyzny wypędziły i kłopoty rodzinne, i polityczne. Nie chce o tym mówić.
– Ludzie z Czeczenii uciekają codziennie, ale nie chcą o tym rozmawiać – tłumaczy Sabina. – To prawda, Groznego nikt dziś nie bombarduje. Ale kiedy ja uciekałam przed bombami, ludzie otwarcie o sobie mówili. Teraz nikt nikogo nie pyta, skąd, dlaczego, co robisz, na kogo głosowałeś. Nigdy nie wiadomo, jakie słowo ściągnie na człowieka kłopoty. Rozumiemy, że ten drugi ma prawo nie mieć do nas zaufania, a my nie mamy prawa do narażać na niebezpieczeństwo tylko dlatego, że jesteśmy ciekawi. Zdjęcie? Wywiad? Imię i nazwisko? Czeczeni nawet w Polsce się boją.
 
Słowo zakazane
W Warszawie jest ich kilkaset rodzin. Nie wszyscy utrzymują ze sobą kontakt. Świat jest na to za mały. Media społecznościowe łączą ponad granicami, więc ktoś z Czeczenii, przed kim chcą uciec, mógłby ich znaleźć nawet przypadkiem. Starają się nie rzucać w oczy. Czasem słyszą, że ktoś zerwał jednej z kobiet chustkę na ulicy. Czasem jakieś dzieci skarżą się, że nie mogą jechać z innymi na klasową wycieczkę, bo rodziców na to nie stać. Narzekają trochę na drogie mieszkania i na to, że pracodawcy próbują ich oszukiwać. Ale też wiedzą, że pracować muszą, bo dzieci potrzebują jeść, a sama praca sprawia, że muszą wstać z łóżka, ubrać się, wyjść z domu i jakoś po kawałku zbierać swoje życie w całość po traumie. Jeśli idą do opieki społecznej, to tylko z konieczności, bo to mało honorowe rozwiązanie. Obchodzą ramadan, a w kolejce do przychodni wysłuchują inwektyw, wyrzucanych przez starszego pana pod adresem Ukraińców (Ukraińcy, Czeczeni, jaka różnica, wszystko to obcy).
Kiedy pijemy wspólnie herbatę, znaczenie ma to, co przeszły, co ich boli i na co mają nadzieję. I przepis na czepelgasz, który koniecznie muszę wypróbować.
A że nie używam słowa „uchodźca”? Nie używam, bo stygmatyzuje i sprawia, że zamiast żywych ludzi widzimy tylko wielką politykę i własny strach. Że się wyłączamy, bo przecież wszystko już wiemy, to nudne. I być może tylko dlatego, że go nie używam, ktoś doczytał ten tekst do końca.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki