Logo Przewdonik Katolicki

Przyganiał kocioł garnkowi

Piotr Jóźwik
FOT. MARCIN OBARA/PAP.

Z Krzysztofem Jankowiakiem, prawnikiem i członkiem Ruchu Światło-Życie, o tym, dlaczego ustawy o sądach trzeba poprawić rozmawia Piotr Jóźwik

Czy spodziewał się Pan, że Polacy wyjdą na ulice w obronie sądów?
– Wydaje mi się, że mówienie, iż ludzie demonstrowali w obronie sądów, jest pewnym skrótem myślowym. Myślę, że wyszli na ulice w obronie własnej wolności. Zdali sobie sprawę, że sąd jest tym, co może bronić przed nadużyciami władzy – jakiejkolwiek władzy zresztą. Podporządkowanie więc sądów władzy politycznej oznacza zagrożenie dla wolności.

Dlaczego więc według sondaży ośmiu na dziesięciu ankietowanych Polaków uważa, że sądy wymagają reform?
– Bo w ostatnich tygodniach zdanie to było powtarzane jak mantra – właściwie przez wszystkich, również tych, którzy domagali się prezydenckiego weta. Ja bynajmniej nie neguję potrzeby zmian, ale twierdzę, że bardzo często tylko powtarzano zasłyszaną opinię. To prawda, że spora część Polaków jest niezadowolonych z działania sądów, ale tak naprawdę zdecydowana większość z nas nie ma żadnych doświadczeń z władzą sądowniczą.
W ostatnim czasie mamy do czynienia z prawdziwym czarnym piarem. Niestety, tak się u nas dzieje, że jeśli chce się przeprowadzić zmiany w jakiejś instytucji, to najpierw przedstawia się ją, w tym pracujących w niej ludzi, w negatywnym świetle. Sądy są aktualnym przykładem, nie pierwszym i obawiam się, że nie ostatnim.

Gdzie w takim razie te reformy są najbardziej potrzebne?
– Każdy przychodzący do sądu chciałby, żeby jego sprawa była rozpatrzona dobrze i szybko. Pod względem szybkości polskie sądy mieszczą się w średniej europejskiej, ale to nie znaczy, że nie mogłoby być lepiej. Dla kogoś, kto miesiącami czeka na wyrok w swojej sprawie, unijne statystyki to marna pociecha.

Skąd takie opóźnienia?
– Przyczyn jest wiele. Do niedawna sądom powierzano zadania, które niekoniecznie musiały być przez nie rozpoznawane. Sędziowie zajmowali się drobnymi sprawami o charakterze czysto formalnym czy wręcz technicznym. Na szczęście ta tendencja już się odwraca. Inną sprawą jest to, że wiele etatów sędziowskich jest nieobsadzonych. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że jeśli sprawa jest skomplikowana i wielowątkowa, to po prostu nie da się jej rozpoznać szybko. Aby więc sądy działały sprawniej, ich obsada powinna być odpowiednia do powierzanych im zadań, a tutaj mamy do czynienia z ogromnymi zróżnicowaniami. W mniejszych miejscowościach na jednego sędziego przypada mniej spraw, ale im większy ośrodek, tym jest gorzej.

Podpisana przez prezydenta ustawa o sądach powszechnych wychodzi naprzeciw tym problemom?
– Zmiany w sądownictwie dokonują się nieustanie, bo każdy nowy minister sprawiedliwości ma swoje pomysły na poprawę wydajności. Także obecna władza nowelizowała już tę ustawę. Najnowsza propozycja przede wszystkim zwiększa uprawnienia ministra kosztem samorządu sędziowskiego, który i tak spełniał głównie rolę opiniodawczą. Czy to przełoży się na większą sprawność? Nie bardzo widzę, w jaki sposób.

A kwestia bezkarności sędziów?
– Immunitet sędziowski polega na tym, że na pociągnięcie sędziego do odpowiedzialności musi wyrazić zgodę sąd dyscyplinarny. Jeśli zdarzy się, ze jakiś sędzia popełnia przestępstwo, nikt go nie chroni. Nie tylko podlega normalnej karze, ale również, co oczywiste, traci pracę. Sędziowie odpowiadają też dyscyplinarnie za zaniedbania w pracy – złe wypełnianie obowiązków czy orzekanie z rażącym naruszeniem prawa. W tym wypadku postępowanie dyscyplinarne niekoniecznie od razu kończy się wydaleniem z zawodu, ale i to się zdarza.

Czy sądy nie powinny podlegać nie tylko własnej, ale i społecznej kontroli?
– Decyzje podejmowane przez sądy mają zupełnie inny charakter niż decyzje rządu czy parlamentu. Rząd i parlament podejmują decyzje dotyczące całego społeczeństwa lub jego części, sądy natomiast rozstrzygając konkretne sprawy podejmują decyzje indywidualne. Każdy więc może ocenić poprawność działań rządu i parlamentu: jesteśmy przecież w stanie stwierdzić, czy taka polityka nam się podoba, czy nie, i w wyniku tej oceny oddać swój głos w wyborach. Zupełnie inna sytuacja jest w przypadku orzeczeń sądów – tu nie ma mowy o żadnej „polityce” sądu w zakresie rozstrzygania spraw, bo każda sprawa jest tak naprawdę inna.
Nie wymyślono nic lepszego niż nieusuwalni zawodowi sędziowie. Jest to najlepszy sposób na zapewnienie bezstronności. Natomiast kontrola prawidłowości wyroków jest przeprowadzana w taki sposób, że można się odwołać do wyższej instancji. Tam złe wyroki są zmieniane lub uchylane. Taką kontrolę może przeprowadzić tylko sąd – oceny poprawności wyroku muszą przecież dokonać fachowcy. Odwoływanie się tutaj do szerokiej opinii może być zwodnicze. Najlepszy przykład daje nam Ewangelia – podczas procesu Jezusa szeroka opinia wybrała Barabasza.

To trochę brzmi jak „nadzwyczajna kasta ludzi”…
– Myślę, że przeciętny polski sędzia nie czuje się członkiem żadnej „nadzwyczajnej kasty”.  Jeśli chodzi o moralność, to bez dwóch zdań sędziowie powinni być wzorem do naśladowania. Powinni, ale, nie ma co ukrywać, środowisko nie jest idealne. Tak jest zresztą w każdym zawodzie. Problem w tym, że politycy z wyjątków uczynili regułę. To trochę jak z walką z problemem pedofilii w Kościele. Czy uda nam się ją w całości wyeliminować? Niestety nie, bo nie uda się wyeliminować grzechu. Ale to nie znaczy, że mamy siedzieć z założonymi rękami.

A co z kwestią dekomunizacji i rozliczenia się z przeszłością?
– Nie znam sytuacji, w której sędzia przed 1989 r. krzywdzący ludzi, dziś nadal orzeka. Przede wszystkim z racji wieku, ale nie tylko. Część z nich, może nie od razu, ale zostało jednak wyrzuconych. Spójrzmy na Sąd Najwyższy. Przed 1989 r. był uzależniony od władzy – służyła temu kadencyjność sędziów tego sądu. Później jego skład został w całości wybrany od nowa.
Dziś prezesem Izby Karnej SN jest Stanisław Zabłocki, który do kwietnia 1991 r. był adwokatem i bronił ludzi, również tych, którzy byli represjonowani przez komunistyczną władzę. Reprezentował m.in. rodzinę rotmistrza Pileckiego. Do Sądu Najwyższego trafił z rekomendacji prof. Adama Strzembosza. W myśl nowej ustawy miałby odejść jako „złóg komunistyczny”.

Ustawa o Sądzie Najwyższym została przez prezydenta zawetowana. Co było w niej nie do przyjęcia?
– O tym można by mówić długo. Dla mnie osobiście największy problem to zapisy wprost sprzeczne z konstytucją. Konstytucja jest fundamentem całego porządku prawnego. Może nam się nie podobać, że akurat tę konstytucję uchwalił parlament zdominowany przez lewicę, ale trzeba pamiętać, że konstytucja zawiera zapisy chroniące nasze prawa i wolności. Zresztą przy jej tworzeniu liczono się z opinią społeczną. Mówił o tym niedawno abp Józef Michalik, wówczas przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Tworzenie prawa sprzecznego z konstytucją sprawia, że tracimy jakąkolwiek pewność co do tego, co może zostać uchwalone w przyszłości. Moglibyśmy właściwie zapomnieć o postulacie wpisania do konstytucji ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci, bo taki zapis każda aktualna władza mogłaby zignorować. Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny? Nic pewnego, bo uchwalanie takiego prawa jak to o Sądzie Najwyższym to jasny komunikat, że zapisy konstytucji są nieistotne.

O które przepisy ustawy o Sądzie Najwyższym konkretnie chodzi?
– Podam tylko dwa przykłady. Konstytucja jasno określa długość kadencji pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, wobec czego nie można jej skracać zwykłą ustawą. Mówi również o nieusuwalności sędziów, co jest jednym z fundamentów ich niezawisłości. Jest oczywiście przepis, który pozwala przenosić sędziego w „razie zmiany ustroju sądów lub granic okręgów sądowych” (art. 180 ust. 5). Jest on jednak przepisem wyjątkowym – podstawową zasadę określa art. 180 ust. 1, który mówi o nieusuwalności sędziów – wobec czego należy go stosować w naprawdę wyjątkowych sytuacjach. Tworząc więc nową ustawę o Sądzie Najwyższym, należało jako zasadę wprowadzić pozostanie dotychczasowych sędziów, a jako wyjątki ich przeniesienie, przy czym te wyjątki powinny być precyzyjnie określone. Czyniąc z wyjątku zasadę, regulacja przyjęta w projekcie ustawy o Sądzie Najwyższym naruszała wprost konstytucję.
Ktoś może powiedzieć, że sama długość kadencji prezesa sądu nie jest bardzo istotną sprawą. Owszem, teoretycznie ta długość może być różna. Szalenie niebezpieczne jest jednak samo pokazanie, że nie trzeba się z zapisami konstytucji liczyć. Dziś dotknie to czyjejś kadencji, jutro może dotknąć jakiejś fundamentalnej wolności.

A zawetowana ustawa o Krajowej Radzie Sądownictwa?
– Tu również pojawiła się kwestia sprzeczności z konstytucją, bo również kadencje członków KRS są w niej zapisane. Krajowa Rada Sądownictwa jest organem mającym stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Jest powoływana częściowo przez sędziów, częściowo zaś przez parlament i prezydenta. W myśl nowej ustawy miała być powoływana w całości przez Sejm. Można zadać pytanie, jak może stać na straży niezależności sądów organ, który jest w całości powoływany przez władzę?

Konieczność uzyskania poparcia trzech piątych posłów to niewystarczająca gwarancja apolityczności jej członków?
– To na pewno lepsza propozycja niż pierwotna, w myśl której wystarczała zwykła większość. Jednak trzeba pamiętać, że KRS miała być podzielona na dwie izby. Do podjęcia jakiejkolwiek decyzji KRS potrzebowałaby zgody obu, przy czym druga składałaby się z samych posłów, wybieranych zwykłą większością. To oznacza, że mogłaby ona zablokować wszystko.

Prezydent Andrzej Duda zapowiedział, że w ciągu dwóch miesięcy przedstawi własne propozycje ustaw o Sądzie Najwyższym i KRS. Czego możemy się po nich spodziewać?
– Trudno powiedzieć, bo nie znamy jeszcze uzasadnienia weta prezydenta. Przede wszystkim chciałbym, żeby nad ustawą pracowano porządnie. Przegłosowane ustawy zostały zgłoszone jako projekty poselskie po to, żeby uniknąć trybu przewidzianego dla projektów rządowych, który zakłada cały szereg konsultacji. A przecież konsultacje służą temu, żeby ustawa była lepsza. Jeśli pracuje się dzień po dniu, w nocy, bez możliwości zapoznania się z projektem, do skutku, to efekt jest taki, że ustawa w jednym miejscu mówi, że przedstawia się trzech kandydatów na prezesa Sądu Najwyższego, a w innym miejscu, że pięciu. Znajomy radca prawny stwierdził: „Ja dłużej przygotowuję jedną umowę, niż trwał cały proces legislacyjny w Sejmie i Senacie”. Paradoks polega na tym, że posłowie, którzy zarzucają sędziom złą pracę, sami pracują w taki sposób.
 


Krzysztof Jankowiak st prawnikiem i członkiem Ruchu Światło-Życie. Mieszka w Poznaniu
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki