Logo Przewdonik Katolicki

Jestem tam, by mogli żyć

Michał Bondyra

Pomaga wykupywać z niewoli Państwa Islamskiego kobiety i dzieci, wspierając je potem w codziennym życiu. Szkoli też z pierwszej pomocy mężczyzn, którzy bronią wiosek przed atakami wycofujących się terrorystów.

Jako reporter
Dwa dni po tym jak przeczytał artykuł, złożył komplet dokumentów z prośbą o zakończenie służby w trybie przyspieszonym. – 31 stycznia byłem po raz ostatni w pracy, a sześć dni później w drodze do północnego Kurdystanu – tłumaczy. Choć wszystko potoczyło się bardzo szybko, pan Bartosz świetnie się do wyjazdu przygotował. W kilka miesięcy zrobił wymagane szczepienia, kupił niezbędny sprzęt, spotkał się też z Witoldem Repetowiczem, dziennikarzem regularnie jeżdżącym w tamte rejony. – Przez cztery godziny wypytywałem go o wszystko: od sytuacji politycznej poprzez standardy kontaktów w ścianie – wymienia. By wyjechać, musiał wcielić się w rolę reportera. – Pozwoliło mi to spotkać dziesiątki osób, wejść w miejsca, których zwykle się nie odwiedza. Poznałem ludzi i ich potrzeby – mówi. Po 18 dniach w Kurdystanie i Iraku wiedział jedno: musi tam wrócić.
 
Jazydzkie WTC
To były jedyne dwie noce, które spędziłem w hotelu – mówi o pierwszych dwóch dobach pobytu. Podczas tego i kolejnych dwóch wyjazdów, nigdy potem już z hoteli nie korzystał. Jadąc pomagać chrześcijanom, spotkał Jazydów – mniejszość religijną, która liczy wedle różnych szacunków od pół miliona do miliona ludzi na całym świecie. To na nich w 2007 r. terroryści muzułmańscy w miejscowości Al-Kahtanijja przeprowadzili zamach, w wyniku którego zginęło aż 796 z nich, a blisko 1,5 tys. zostało rannych. – To był największy w historii świata zamach terrorystyczny zaraz po tym na World Trade Center w USA. To tak jakby w naszym kraju zginęło 35 tys. osób, a kolejne 70 tys. było ranne – ilustruje. Siedem lat później Jazydzi padli ofiarami ludobójstwa dokonanego przez ISIS na terenach okalających górę Sindżar. – Już pierwszego dnia zginęło blisko 3 tys. osób, a kolejne 13 tys. trafiło do niewoli. Do dziś jest tam zresztą ponad 3 tys. osób, głównie kobiet i dzieci – wylicza. Jazydzi stali się ofiarami w sumie 73 udokumentowanych pogromów.
 
Generatory i mina
Pan Bartosz zwykle nocuje na podłodze dużej sieni z kilkoma Jazydami. – To są niezwykle otwarci ludzie, do tego dbający o codzienną higienę. Kiedyś lekarze, inżynierowie, nauczyciele, rolnicy – ludzie majętni i wysoko postawieni, dziś po przejściu ISIS, ludzie niemający niczego – tłumaczy. Pan Bartosz opowiada o szefie jednej z tamtejszych fundacji charytatywnych, który przed atakiem ISIS miał dwa generatory, dostarczające do wioski prąd. – Byłem w lepszej sytuacji, niż ty jesteś teraz w Polsce, ale jednego dnia wszystko przepadło – przytacza jego słowa. Po przejściu terrorystów Jazydzi wracają do swoich wiosek. Z tych często zostają zgliszcza. Tereny wokół częściowo są zaminowane. – Mieszkając u jednego z Jazydów, nagle usłyszałem za ścianą przeraźliwy kobiecy płacz. Okazało się, że szwagier mojego gospodarza wraz z kolegą wjechali nie na tę stronę drogi co trzeba i zdetonowała mina. Obaj zginęli na miejscu – mówi.
 
Dwa światy
Zaufanie – od jego zdobycia trzeba było rozpocząć. – Gdy przyjechałem tam po raz pierwszy w lutym jako reporter, ojciec mojego tłumacza zapytał: „Takich jak ty, dziennikarzy, było przed tobą 150. Po ich wyjeździe nasza sytuacja nic a nic się nie poprawiła. Powiedz mi, czemu mielibyśmy z tobą rozmawiać?” – relacjonuje pierwsze dni w Kurdystanie. Pan Bartosz wytłumaczył, że nie jest dziennikarzem, a przyjechał, by pomagać ludziom z imienia i nazwiska, nie liczbom, przypadkom. – Wziąłem plecak i zacząłem chodzić od namiotu do namiotu. Rozmawiając z dziesiątkami osób, dowiadywałem się, czego im trzeba – zaczyna. To dlatego po powrocie stwierdził, że niezbędna jest pomoc na miejscu, a nie wirtualnie tworzone w Europie programy. – Nie trzeba tam przywozić żywności, ubrań, bo to wszystko tam jest. Osiem kilometrów od obozu uchodźców w Dahuk, w którym ludzie mieszkają pod namiotami zszywanymi z worków po mące, są centra handlowe, gdzie kupi pan roleksa – zaskakuje.
 
Sto dolarów
Za sto dolarów przez dwa miesiące można utrzymać rodzinę, 16–18 dolarów kosztuje 50-kilogramowy worek mąki z napisem „ONZ – nie do dalszej sprzedaży” – wylicza Rutkowski. – To są realne potrzeby tych ludzi. To na nie zbieramy pieniądze, które zawozimy, a ostatnio dzięki lokalnym fundacjom charytatywnym przelewamy najbardziej potrzebującym – mówi. To dlatego stworzył Orlą Straż. – Chciałem zaciągnąć się do jakiejś istniejącej już fundacji, ale żadna nie chciała pomagać tak, jak ja sobie to wymyśliłem: tam na miejscu, konkretnym osobom z imienia i nazwiska – tłumaczy. Fundację zaczął rejestrować zaraz po powrocie z pierwszego pobytu na Bliskim Wschodzie. Ósmego maja otrzymał KRS, wtedy też rozpoczął zbiórkę pieniędzy. – Liczyłem, że w ciągu roku uda mi się zebrać 10 tys. dolarów, czyli około 40 tys. zł. Dziś jest to już 170 tys. zł – cieszy się. Pan Bartosz zaznacza, że nieoceniona w zbiórkach jest Fundacja Pomocy Dzieciom w Żywcu, założona przez lekarza Krzysztofa Błecha. – Gdyby nie jego pomoc, czerwcowa wyprawa pewnie nie doszłaby do skutku – mówi z wdzięcznością. Wdzięczny jest też kilkuset darczyńcom, którzy przez pół roku wsparli Orlą Straż ponad tysiącem przelewów. – Polacy chcą pomagać, tylko muszą mieć pewność, że ta pomoc jest skuteczna i dociera tam, gdzie ma trafić – wyjaśnia.
 
Oszukani
Rutkowski mówi, że IDP czyli tzw. przesiedleńcy, a więc ci, którzy nie wyjechali z całą falą emigracji do Europy, a migrowali po Kurdystanie czy Iraku, czują się oszukani. Oszukani przez nas, Europejczyków. – W lokalnej telewizji widzą przekaz z Europy, a na nim ludzi, którzy mordowali ich bliskich, a teraz pokazywani są jako uchodźcy – mówi. Mają za złe, że świat pomaga tylko najbogatszym, czyli tym, którzy mieli na tyle pieniędzy, by dopłynąć, a
nierzadko nawet dolecieć do Europy. Pan Bartosz tłumaczy też, że ci, co zostali na Bilskim Wschodzie, nie rozumieją akcji typu kolorowanie kredkami czy marszów przeciw przemocy. – Oni potrzebują realnej pomocy w walce z ISIS – przekonuje. Dlatego powstały chrześcijańskie i jazydzkie oddziały, w których mężowie, ojcowie walczą z terrorystami, broniąc swoich kobiet i dzieci. – Nawet arcybiskup kurdyjskiego Irbilu Baszar Warda mówi wprost, by wspierać tych, co militarnie przeciwstawiają się ISIS – konkluduje.
 
MMS
Przychodzi MMS. W nim zdjęcie młodej kobiety opartej o ścianę. Podpis: „12 tys. dolarów, a córka będzie wolna”. Pan Bartosz był świadkiem niejednego takiego MMS-a. To pierwszy kontakt między ISIS a rodziną. – W niewoli muzułmańskich terrorystów jest wciąż ponad 3 tys. kobiet i dzieci. Średnia cena ich wykupu to 10 tys. dolarów. Ostatnio spada, bo ISIS są w odwrocie i chcą szybko pozbywać się niewolników – tłumaczy. Niewykupione kobiety i dzieci są zabijane. Rodziny Jazydów, których jest tak mało, zbierając pieniądze na wykup zwykle nie mają potem za co, a często i gdzie żyć. Tu niezbędna jest pomoc Orlej Straży. Pan Bartosz opowiada mi o kobiecie wykupionej z niewoli, mamie czwórki dzieci. – Kupiliśmy dla niej cement, zalaliśmy fundament, na którym postawiliśmy duży namiot ze stelażem – wymienia. Przez dwa lata będzie dla nich domem. Domem za 250 dolarów. – Ostatnio powstało specjalne biuro rządowe, które zwraca część kosztów lub gdy jest to dobrze udokumentowane, nawet całkowitą sumę za wykup – dopowiada z nadzieją.
 
Trzynaście wybitych zębów
Wykupione kobiety są w dramatycznym stanie. – Rozmawiałem z dziewczyną, która w niewoli spędziła 11 miesięcy. W tym czasie miała pięciu właścicieli, była codziennie gwałcona, a przy najmniejszej niesubordynacji bita deską po stopach. Były tak zdeformowane, że nie mogłem od nich oderwać wzroku, podobnie jak od pociętych przy próbach samobójczych rąk – opisuje z drżeniem w głosie. Pan Bartosz opowiada też o 35-letniej Jazydce, której w niewoli muzułmanie kolbą wybili 13 zębów. – Jako jedyna jest wolna, bo pozostała część jej rodziny wciąż przebywa w niewoli. Jej, poza żywnością, będziemy musieli wprawić zęby, by mogła jakoś funkcjonować wśród innych – przyznaje. Z traumami gwałtów, znęcania się fizycznego i psychicznego najszybciej radzą sobie matki. – Kobieta mając czwórkę dzieci, szybko musi wrócić do życia, dla nich – tłumaczy. Gorzej jest z młodymi dziewczynami. – Do jednej z wiosek dwa tygodnie temu wróciła wykupiona dziewczyna, przez ten czas dzień i noc szlochała, nie było z nią kontaktu, a do namiotu nie mógł wejść żaden mężczyzna, tylko zaufana kobieta, która przynosiła jej jedzenie – opisuje.
 
Szwalnia
Wykupione z niewoli dziewczyny chcemy nauczyć krawiectwa – zaskakuje Rutkowski. Na początek sześć, może dziesięć z nich. Szwalnia powstanie w Sindżarze – najbardziej zniszczonym rejonie Kurdystanu, do którego uchodźcy dopiero wracają. – Planujemy kupić maszyny do szycia i sprowadzić instruktorki, które nauczą te kobiety fachu. Ubrania, które uszyją, będziemy rozdawać w ramach pomocy humanitarnej – wyjaśnia, dodając, że praca w szwalni ma pomóc kobietom wrócić do społeczeństwa. Podobnie zresztą jak plac zabaw, który planują zbudować dla 13 chrześcijańskich sierot w wiosce Al-Kusz.
 
Żołnierze w trampkach
Wolałbym jechać do Irbil niż na wycieczkę do Paryża – rzuca Rutkowski. – W stolicy Kurdystanu wiedzą, co to jest terroryzm i jak z nim walczyć – dodaje. Militarne oddziały Asyryjczyków i Jazydów składają się często z 20-latków, którzy nie mają niczego: ani sprzętu, ani kamizelek, ani broni, ani łączności. – W październiku prosto z frontu przyjechał do mnie żołnierz w trampkach – mówi. Żołnierze broniący kobiety i dzieci przed ISIS nie dostają też żołdu. Często przez to, że walczą, ich rodziny nie mają za co żyć. Orla Straż kupuje im żywność, płaci za nich zaległe czynsze, ale nie tylko. – Ostatnio wyjechał ze mną paramedyk, który szkolił ich z pierwszej pomocy. Zostawiliśmy u nich sprzęt medyczny za 30 tys. zł – mówi. Wcześniej Rutkowski zorganizował wsparcie dla 17 rodzin, których mężczyźni polegli, broniąc ludności przed ISIS we wsi Telskuf. – To byli muzułmanie, którzy ramię w ramię walczyli z chrześcijanami – wyjaśnia.
***
Bartosz Rutkowski zbiera właśnie pieniądze na drugą operację zatoki jelitowej dla małego Quasima. Szykuje się też do wyjazdu do Oslo. – Chcę tam porozmawiać z tymi, którzy jeździli ostatnio do Syrii. Chcę tam jechać, ale i bezpiecznie wrócić – mówi. Śmieje się, że jako wierzący dostrzega w tym, co robi palec Boży: „Nigdy nie przypuszczałem, że na emeryturze będę robił takie rzeczy pod najlepszym dowództwem w historii”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki