Dziękuję Bogu za łagry

Będzie pierwsza beatyfikacja w Kazachstanie. To hołd dla Polaków na Kresach, którym ks. Władysław Bukowiński poświęcił swoje życie. Bez reszty.
Czyta się kilka minut
Tygodniami nie odprawiał Mszy św., bo nie miał kawałka opłatka. Ale gdy dostał Hostię, to choćby w łachmanach sprawował swój najpiękniejszy obowiązek
Tygodniami nie odprawiał Mszy św., bo nie miał kawałka opłatka. Ale gdy dostał Hostię, to choćby w łachmanach sprawował swój najpiękniejszy obowiązek

W czerwcu 1955 r. pojawiła się szansa na powrót do domu. Ksiądz zanotował: „Kapitan po sprawdzeniu moich personaliów: „Obywatelu Bukowiński, proponujemy Wam repatriację do Polskiej Republiki Ludowej”. Ja: „Witam z radością decyzję rządu radzieckiego o repatriacji Polaków, na którą oczekiwało tysiące moich rodaków, lecz ja sam osobiście pragnę pozostać w Związku Radzieckim”. Tak prosto i zwyczajnie dokonał się przełom w jego życiu.
Trzy lata później, kiedy aresztowano go po raz trzeci, poniósł konsekwencje tej decyzji. Stojąc przed sądem, usłyszał: „Wyście sobie obliczyli, że za wasze ‘treby’ (chrzty, śluby, pogrzeby, czyli iura stolae) uzyskacie większy dochód w Związku Radzieckim”. Odpowiedział spokojnie, ale stanowczo: „Gdybym kierował się względami materialnymi, to byłbym – proszę mi darować ostre słowo – idiotą pozostając w Związku Radzieckim. W Polsce otrzymałbym kościół parafialny ze stałym dochodem, mógłbym w nim legalnie i spokojnie pracować, a w Związku Radzieckim muszę siedzieć na ławie oskarżonych”. Kochający Boga i ludzi realista.
 
Najważniejsze więzi
O jego domu wiemy niewiele. Urodził się 22 grudnia 1904 r. w Berdyczowie na Ukrainie. Cztery dni później ochrzczono go imionami Władysław Antoni. Przeprowadzki były wpisane z jego życie: Hrybienikówka, Opatów niedaleko Sandomierza, Płoskirów, a od 1920 r. Kraków, gdzie ukończył prawo i teologię na UJ. Mama Jadwiga zmarła w 1918 r. Dom Władysława był życzliwy i pełen szacunku. Choć jego rodzice nie byli głęboko wierzący, to dzięki nim pokochał Różaniec. W 1931 r. przyjął święcenia kapłańskie w katedrze na Wawelu. Maryjna pobożność stała się klamrą jego kapłańskiego życia – umierał z paciorkami w ręce.
Z domu rodzinnego wyniósł też umiłowanie polskości, które rozniecał, działając w Akademickim Kole Kresowym, skupiającym studentów przybyłych z Kresów Wschodnich. Cieszył się ze swojej dziennikarskiej przygody – przez dwa lata pracował w krakowskim „Czasie”. Być może wtedy połknął pisarskiego bakcyla. Mimo że nie był profesjonalistą, zostawił po sobie kilka książek. Jego Wspomnienia z Kazachstanu, choć kilkakrotnie wznawiane, można dziś znaleźć tylko w bibliotekach i antykwariatach.
Niezwykle cennym dziełem jest Historia nauczycielką życia, czyli jak głosi podtytuł Historia Polski pisana w łagrze. Podręcznik powstał w kopalni miedzi w Dżezkazganie, gdzie ks. Bukowiński pracował jako więzień. „Kiedy rozpoczął się strajk więźniów, ks. Władysław skrzętnie to wykorzystał i rozpoczął wykłady z historii Polski. Następnie wykłady spisał własnoręcznie, nie mając materiałów naukowych” – czytamy w przedmowie. Gdy w 1954 r. opuścił łagier, rękopis krążył po polskich domach.
Bestsellerem okazały się też Listy – ponad 400 stron jego korespondencji z księżmi, ale przede wszystkim z przyjaciółmi i rodziną. Interesował się ich sprawami, szczególnie życiem rodzinnym i rozwojem duchowym, niejednokrotnie prosił o adresy swoich kolegów z lat studenckich, aby i do nich mógł skreślić kilka słów. Wielką radość sprawiały mu przesyłane książki i czasopisma. Odwdzięczał się swoimi fotografiami, które były dla niego „dowodami miłości, pamięci i tęsknoty”.
Ks. Bukowiński znał smak przyjaźni. To ona podtrzymywała go przy życiu, kiedy opisując swoją pracę w Dżezkazganie, pisał w liście, że ma życie „nienormalne i wyczerpujące swą nienormalnością”. Był zwyczajny, ludzki.
 
Eucharystia w łachmanach
Po kilku latach zwyczajnej pracy duszpasterskiej w Rabce i Suchej Beskidzkiej, wyjechał na Kresy. Najpierw do Łucka, gdzie był proboszczem i wykładowcą w seminarium. W 1941 r. zainteresowało się nim NKWD, które katolickich księży uznawało za agentów Watykanu i najgorszych wrogów państwa. W latach 1945–1954 przebywał w więzieniach i obozach pracy: wspomnianym Dżezkazganie, Kijowie, Bakał i Czelabińsku. Po katorżniczej pracy odwiedzał chorych w więziennym szpitalu, prowadził rekolekcje w różnych językach, dawał nadzieję, bo nawet tam, w łagrach, widział miłosierdzie Boże. Czuł ludzi, do których był posłany; służenie im go tworzyło, budowało.
 – Spowiadał dniami i nocami – opowiada ks. dr Jan Nowak, wicepostulator procesu beatyfikacyjnego, autor wielu publikacji m.in. Vianney Wschodu o posłudze miłosierdzia u ks. Bukowińskiego.
– Brewiarza nie odmawiał, bo go nie miał. Tygodniami nie odprawiał Mszy św., bo nie miał też kawałka opłatka. Ale gdy dostał Hostię w ręce, to choćby w łachmanach sprawował swój najważniejszy i najpiękniejszy, kapłański obowiązek – dodaje wicepostulator.
W 1963 r. przekonał się o prawdziwości słów znajomego kapłana: „Jeżeli ksiądz chce żyć w Związku Radzieckim, to musi być gotów przeczytać pewnego dnia o sobie coś takiego, o czym się nawet nie śniło”. Prasa donosiła, że biednej staruszce kazał zapłacić za spowiedź pięć rubli, czyli około 80 złotych polskich.
Gorliwy i oddany Bożej sprawie, jest wspaniałym patronem dla kapłanów. Potwierdza to dekret w sprawie cudu za jego wstawiennictwem, który papież Franciszek podpisał 14 grudnia ub.r. – Chodzi o cudowne uzdrowienie umierającego 37-letniego księdza z Karagandy – wyjaśnia ks. Jan Nowak. – To szczególny znak. Po pierwsze, ocalony ksiądz jest Polakiem, a po drugie cud wydarzył się na tamtej ziemi. W 2001 r. Jan Paweł II mówił w Kazachstanie, że przyjechał, aby oddać hołd ks. Bukowińskiemu i zesłańcom. Jego beatyfikacja będzie więc docenieniem tamtejszego, odradzającego się Kościoła – dodaje ks. Nowak. Odbędzie się 11 września br.
 
Cudze łóżka
Ks. Bukowiński jest nazywany misjonarzem Karagandy, choć może lepsze byłoby określenie „zesłaniec Karagandy”. Trafił do tego miasta w 1955 r. z administracyjnym nakazem comiesięcznego meldowania się władzom. Mimo to Karaganda stała się jego domem, tam czuł się jak u siebie.
Pracy „na miejscu” było sporo, ale on ciągle czuł niedosyt. Organizował więc bliższe i dalsze, krótsze i dłuższe (nawet czteromiesięczne) wyjazdy misyjne. Widok owiec bez pasterza zasmucał go, ale też dawał poczucie sensu jego posługi. Opisywał, jak cała wieś prowadziła go jakby w prymicyjnym orszaku i zapamiętał słowa powitalnego przemówienia: „Wywieźli nas pod te góry, zostawili tutaj i wszyscy zapomnieli o nas. Nikt o nas nie pamiętał. Dopiero Ojciec Duchowny do nas przyjechał. My takie sieroty, my takie sieroty”. Płakali wszyscy, ale „to były dobre łzy”.
Misjonarz dbał o porządne przygotowanie do sakramentów. We Wspomnieniach zapisał, że podczas wypraw (m.in. do Turkiestanu, Ałma-Aty, Aktiubińska, Semipałatyńska) rzadko udzielał bierzmowania: „Nie chciałem brać na swoje sumienie udzielania bierzmowania bez żadnego uprzedniego przygotowania”. Ze względów bezpieczeństwa chrzcił zawsze pod koniec pobytu w odwiedzanych miejscowościach, „dlatego, że żadna inna praca tak nie zwraca uwagi otoczenia jak właśnie chrzest dzieci. Dlatego chrzczę dzieci i zaraz wyjeżdżam”.
Ks. Bukowiński był kapłanem rodzin. Mieszkał z nimi w ich domach, towarzyszył w codzienności. „Jestem ustawicznie domokrążcą” – zanotował po zamknięciu polskiego kościoła w Karagandzie w 1957 r. „Zazwyczaj odbywa się to tak: przychodzę po południu lub przed wieczorem. Przede wszystkim urządzam ołtarz. Jest nim zwyczajny stół, byleby tylko mocno stał i nie chwiał się. (…) Mszę św. odprawiam o godzinie 9 wieczorem. Po Mszy św. zwykle jeszcze spowiedź. Wreszcie krótki spoczynek nocny. Krótki bo kładę się zwykle po północy, a już o 5-tej lub 6-tej rano jest poranna Msza św., a potem dalej spowiedź, czasami chrzty i namaszczenia olejami świętymi, czasami śluby. (…) Ponieważ, to powtarza się wciąż na nowo w różnych domach i rodzinach, więc sypiam częściej w cudzych łóżkach niż w swoim własnym”.
 
„Nie jestem ofiarą”
– Oprócz kapłanów, misjonarzy czy rodzin, ks. Bukowiński może być też patronem więźniów, zesłańców, emigrantów czy prawników – wylicza ks. Nowak. Dziś jest znany na kilku kontynentach, a szczególne nabożeństwo mają do niego – oprócz kresowiaków – także Ukraińcy, Rosjanie i Niemcy. Jego kult popularyzuje działające w Krakowie Stowarzyszenie im. Sługi Bożego ks. Władysława Bukowińskiego „Ocalenie” (www.ocalenie.org).
– Wybrał to, co głupie w oczach świata – podsumowuje wicepostulator. – Przyjaciele pisali do niego w listach, żeby wracał do Polski, ale on wolał umrzeć na tamtej ziemi, w Karagandzie w 1974 r. A czy żałował, że nie przyjechał do Polski? Nigdy – mówi ks. Nowak.
„Nie jestem żadną ofiarą losu – pisał. – Dziękuję Bogu, że tu jestem. Jestem właściwym człowiekiem na właściwym miejscu”. Nawet jeśli tym miejscem były sowieckie łagry.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 5/2016