Logo Przewdonik Katolicki

Kadysz w krematorium

Wiesław Kot
Kadr z filmu "Syn Szawła" / fot. Filmweb

Syn Szawła ma szansę na Oscara. Trzymamy kciuki mocniej niż za Listę Schindlera czy za Życie jest piękne. Bo Auschwitz to nie jest ani materiał na reportaż w stylu CNN, ani na farsę z pogodnym zakończeniem.

A czym jest? Jest wywróceniem znanego nam świata na lewą stronę. Śmierć nie jest śmiercią, lecz anihilacją jak – powiedzmy – tępienie insektów. Współczucie oznacza frajerstwo. Solidarność to samobójstwo. Nadzieja? Jest dla idiotów. Chodzi o to jedynie, by przeżyć do jutra.
W filmie węgierskiego debiutanta László Nemesa tytułowy Szaweł uwija się przy sprawnej selekcji na rampie, zapędzaniu nagich więźniów do komory gazowej, ryglowaniu drzwi. Kiedy niemiecki sierżant wsypie kominem porcję cyklonu, będzie musiał wywlec zwłoki do krematorium, wsunąć na ruszt, a popiół zsypać do stawu. Szybko, sprawnie, na komendę, jeśli chce przeżyć trzy miesiące. Bo tyle życia członkowi Sonderkomando przysługuje. I Szaweł bardzo się stara. Do chwili, aż decyduje się sprawić pewnemu żydowskiemu chłopcu religijny pogrzeb. I wtedy staje się cud – na dnie piekła odbywa się święty żydowski rytuał!
Horyzont filmu: to nie obóz unieważnia Szawła. To on unieważnia obóz. Choć na chwilę…
 
Złe sumienie bratanków
Węgrów tematyka obozowej Zagłady szczególnie uwiera. Kręcą o tym nieustannie, najczęściej zresztą za pieniądze niemieckiego koproducenta. Dziesięć lat temu widzieliśmy niezłą, pogłębioną ekranizację powieści Imre Kertésza Los utracony (Nobel 2002) w reżyserii Lajosa Koltaia. Czternastoletni żydowski chłopak z zasobnej budapeszteńskiej rodziny trafia do Auschwitz i Buchenwaldu. Tu pozbywa się wszelkich złudzeń: co do trwałości zasad, w jakie wyposażyła go kultura europejska, a wcześniej – co do rozsądku własnych rodaków. Ci, nawet uwożeni w bydlęcych wagonach, wolą zapewniać się nawzajem, że to zwykła akcja przesiedleńcza. Koleżanka chłopca przed zejściem na rampę w Birkenau jeszcze na wszelki wypadek poprawia makijaż.
Przed dwoma laty oglądaliśmy zagładę Żydów w małym miasteczku, widzianą oczami kilkuletnich bliźniaków w Dużym zeszycie w reżyserii Jánosa Szásza. Węgrzy denuncjują żydowskich sąsiadów ot tak, między jedną a drugą kromką chleba. Dlaczego? Bo „to nie ludzie, to robactwo”. Skąd to wiadomo? Ano, tak mówią…
Ale złe węgierskie sumienie odzywa się także dlatego, że na tamtych filmach widzimy, jak Żydów poniżają, grabią i eskortują do obozów rodzime formacje: policyjne, kolejarskie, ochotnicze. Ze złowieszczymi czarnymi, kogucimi piórami i krzyżem lotaryńskim na czapkach. To zorganizowana, oficjalna współpraca państwa węgierskiego w dziele Zagłady. Nasza, rodzima kanalia ograniczała się – Bóg strzegł! – do szmalcownictwa nielicznych degeneratów.
 
Litania na obozowej pryczy
Na szkolnych akademiach przez całe lata recytowaliśmy Broniewskiego: „(…) przez moją ziemię/ przeszło nieszczęście,/ na mojej ziemi/ był Oświęcim”. Ale to, że Auschwitz był tuż, wcale nas nie przybliżało do zrozumienia tego, co się działo za drutami. Naszego filmu, niestety, też nie. Choć Ostatni etap (1948) Wandy Jakubowskiej kręcony był zaraz po wojnie, w barakach, gdzie walały się jeszcze pasiaki pokryte zaschniętą krwią. Ale to nie zagładę pani reżyser zamierzała upamiętnić, lecz wielkiego Stalina, który był – jak sugeruje dzieło – jedyną nadzieją uciemiężonych więźniarek. Przecież doskonale pamiętamy: w baraku obozowym w Birkenau stare kobiety klęczą i odmawiają litanię loretańską. Powtarza się cichy, pokorny refren: „Módl się za nami”. Jest w tej modlitwie bezmierny smutek, świadomość nadchodzącej śmierci. Poddanie, uległość i apatia. Na to z innej pryczy młode, energiczne Rosjanki intonują: „Wstawaj, strana agaromnaja, wstawaj na smiertnyj boj”. I jeszcze tańczą hopaka. Stare kobiety, które odmawiały litanię, patrzą na to z mieszaniną zgrozy i podziwu. Przyczyna radości szybko się wyjaśnia – Niemcy zostali rozbici pod Stalingradem. Teraz nawet kobieta, która przewodziła litanii, klaszcze do rytmu tańczącym Rosjankom. Wymowa sceny pokrywa się z sugestią całego filmu: w Auschwitz Bóg milczał, nadzieje należało położyć w Stalinie i Armii Radzieckiej.
Mijają dziesięciolecia, a Auschwitz ciągle się nam wymyka. W filmie Konrblumenblau (1988) Leszka Wosiewicza – by pozostać przy jednym przykładzie – obóz streszcza się do kadłubkowych losów więźnia-muzykanta. Złachanego, zlagrowanego, zobojętniałego. Wszystko mu jedno, czy gra Stille Nacht esesmanom, czy Kalinkę radzieckim wyzwolicielom. Tylko tyle?
 
Kto się upomni o Eugeniusza Bodo?
À propos Kalinki – Rosjanie silnie parli do potępienia hitlerowskich oprawców w Norymberdze, także po to, by odwrócić uwagę od własnych „białych krematoriów”. Owszem, chętnie pokazali np. w Losie człowieka (1959) Siergieja Bondarczuka, jak ten bohatersko odmawia komendantowi hitlerowskiego obozu zakąski po pierwszej szklance wódki. Poczęstowali go z okazji spodziewanego zwycięstwa pod Stalingradem. A on odsuwa słoninę: „Po pierwszym nie zwykłem zakąszać, panie komendancie…”. I całe kino radzieckie poszło w tę stronę.
A przecież my pamiętamy co innego. Choćby poetę Brunona Jasieńskiego zepchniętego (prawdopodobnie!) do wspólnego dołu po egzekucji gdzieś w podmoskiewskich lasach. Ale pamiętamy go nie z filmu, lecz z piosenki Jacka Kaczmarskiego: „Drogą białą jak obłęd, w śnieg jak w łajno mamuta/ Idę młody, genialny, ręce łańcuch mi skuł./ Strażnik z twarzą Kałuka w moim płaszczu i butach/ Żółte zęby wyszczerza, jakby kwiat siarki żuł”.
W przygotowaniu jest serial o Eugeniuszu Bodo (tym od Umówiłem się z nią na dziewiątą…). Ów „król życia” podczas okupacji wyjechał do Lwowa i próbował wydostać się ze Związku Radzieckiego, powołując się na swe szwajcarskie obywatelstwo (miał je jako syn szwajcarskiego inżyniera osiadłego w Polsce). Popełnił błąd! NKWD zrozumiało z tego tyle, że jako Szwajcar jest kapitalistycznym szpiegiem. Kiedy wielu Polaków wypuszczano z „wiecznowo pasielenia” mocą układu Sikorski–Majski, Bodo powędrował w przeciwnym kierunku. Zamarzł w łagrze. Nie wiadomo w którym. Więc jeżeli już nie film, to może choć serial telewizyjny upomni się o takich jak on?
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki