Logo Przewdonik Katolicki

Życie w granicach śmierci

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Auschwitz nie może być ładne tak jednym głosem mówią byli więźniowie, muzealnicy i historycy. Miejsce to musi opierać się wszelkim modom, a zwłaszcza komercji i pokusom współczesnego hedonizmu: zabawie, beztrosce, pięknej formie, feerii barw i bezrefleksyjności. Auschwitz ma krzyczeć. Różne są muzea na świecie, a wśród nich wiele takich, które próbują oddać...

Auschwitz nie może być ładne – tak jednym głosem mówią byli więźniowie, muzealnicy i historycy. Miejsce to musi opierać się wszelkim modom, a zwłaszcza komercji i pokusom współczesnego hedonizmu: zabawie, beztrosce, pięknej formie, feerii barw i… bezrefleksyjności. Auschwitz ma krzyczeć.

Różne są muzea na świecie, a wśród nich wiele takich, które próbują oddać tragizm nazistowskich zbrodni. Auschwitz-Birkenau jest jednak pod każdym względem szczególne. To najpierw cmentarz – choć bez grobów i urn, a potem dopiero muzeum. Tutaj nie przyjeżdża się po to, by tak zwyczajnie pozwiedzać, pstryknąć parę zdjęć i pojechać dalej, ale żeby odczuć i zrozumieć, czym była hitlerowska zbrodnicza machina ludobójstwa. I zapamiętać…

Bez Disneylandu
Wystawa prezentowana w Auschwitz-Birkenau liczy sobie już ponad pół wieku. Coraz częściej więc pojawiają się głosy domagające się jej unowocześnienia. Niektórzy chcieliby wprowadzenia na terenie muzeum nowoczesnych środków ekspresji – multimediów, dźwięku, filmów, nowych scenografii – jednym słowem stworzenia czegoś na wzór Muzeum Powstania Warszawskiego.

Byli więźniowie obawiają się jednak, że taka zmiana sprawi, że wystawa zatraci swój autentyzm lub co gorsza stanie się równie ugrzeczniona, jak ekspozycje w niektórych hitlerowskich kacetach na terenie dzisiejszych Niemiec.

Dyrekcja muzeum jednak uspokaja. – Autentyzm i oszczędność formy to największe atuty Auschwitz. Uważamy, że obozowa wystawa powinna być bardzo czytelna, klarowna, ale nie chcemy, by ktokolwiek mógł nam zarzucić, że próbujemy robić tutaj coś na kształt Disneylandu – mówi Teresa Świebocka, wicedyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Białe plamy
Pewne zmiany są mimo wszystko nieuniknione, bo przez te kilkadziesiąt lat zmieniła się cała koncepcja pokazywania, edukowania i współpracy ze zwiedzającymi. W żadnym razie jednak nie ma to prowadzić do dokonywania jakichkolwiek upiększeń.

– Chcemy odnowić wystawę, choćby z tego powodu, że jest ona już bardzo zużyta fizycznie. Nie zapominajmy wszak o tym, że Auschwitz odwiedza rocznie ponad milion osób. Zmienił się również stan badań historycznych i coraz wyraźniej widać, że naszej wystawie brakuje pewnych tematów. Ale ostateczna koncepcja pozostaje cały czas przedmiotem dyskusji. Jeździmy też po świecie, przyglądamy się innym ekspozycjom. Warto je oglądać choćby po to, żeby wiedzieć, czego nie powinniśmy robić u nas – tłumaczy dyrektor Świebocka.

Wszelkie zmiany wymagają zresztą ogromnej dyplomacji i wrażliwości ludzkiej. W końcu mamy do czynienia z niezwykle delikatną materią.

­­– Część Żydów protestuje np. z powodu eksponowania na wystawie ludzkich włosów. Zgodnie bowiem z ortodoksyjną żydowską religią włosy powinny być pochowane jako część człowieka. Inni Żydzi twierdzą z kolei, że chociaż jest to niezgodne z religią, to jednak włosy stanowią tak niepodważalny dowód Holocaustu, że powinny być zawsze pokazywane. My musimy w podobnych sytuacjach znaleźć zawsze jakiś złoty środek – wyjaśnia Świebocka.

Obrazki z Borowskiego
Pierwsze zmiany w obozowej ekspozycji zaczęto wprowadzać już kilkanaście lat temu. Wówczas też zdecydowano, że należy rozpocząć nie od wystawy, ale od uporządkowania terenu obozu, który przez kilkadziesiąt lat pozostawał prawie zupełnie nieobjaśniony, pusty. Szczególnie widoczne było to w przypadku Birkenau. Brak oznaczeń sprawiał, że ludzie przemierzali ten ogromny teren trochę na oślep, mijając miejsca kaźni i nawet o tym nie wiedząc.

Dziś obóz jest już dobrze oznakowany, uporządkowany, sukcesywnie powstają też na jego terenie nowe ekspozycje.

– Niedawno udało nam się odtworzyć dawną judenrampe. Wszyscy znają rampę w Birkenau, która stała się taką ikoną obozu, ale to jest de facto miejsce istniejące dopiero od maja 1944 roku. Przedtem zaś Niemcy rozładowali i selekcjonowali większość transportów na placyku znajdującym się kilkaset metrów przed obozem. Miejsce to było przez ostatnie kilkadziesiąt lat niemal całkowicie zapomniane i zdewastowane – mówi dyrektor Świebocka.

Stopniowo jednak całość zaczyna przypominać teren, jaki znamy z przejmujących opisów, zawartych w prozie Tadeusza Borowskiego. Widać więc zakręt, z którego wyłaniały się kiedyś pociągi, widać odgałęzienie torów odchodzące w kierunku „fabryki śmierci”. Dyrekcja muzeum sprowadziła w to miejsce także oryginalne wagony, jakimi przewożono ludzi. Niebawem zaś w dawnych ziemniaczarkach, które jeszcze do niedawna pełniły funkcję kolejowych magazynów, ma powstać wystawa przedstawiająca rozkłady jazdy „transportów śmierci” i pokazująca, skąd przyjeżdżały pociągi z przyszłymi ofiarami.

Ciężar pustki
Na całym terenie Birkenau zainstalowano też specjalne tablice z czarnego kamienia, zawierające informacje w trzech językach: polskim, angielskim i hebrajskim. Są one ustawione we wszystkich tych punktach, w których działo się coś ważnego, np. przy ruinach krematoriów, na judenrampe czy w miejscu, gdzie doszło do buntu Polaków z karnej kompanii.

Dziś zwiedzający przystają przy tych tablicach, modlą się, składają kwiaty. Dzięki temu spełniają one dwojaką funkcję: upamiętniającą i zarazem objaśniającą. To jednak tylko dyskretny dodatek.

Siłą tego miejsca jest bowiem przede wszystkim niezwykły krajobraz, jaki ukazuje się oczom tych, którzy przekraczają bramę obozu Auschwitz-Birkenau. Zwłaszcza zaś ciągnący się niemal po horyzont niesamowity las nagich kominów – jedyna pozostałość po dawnych obozowych barakach.

– Już sama pustka tego miejsca działa na odwiedzających w niezwykły sposób. Tego widoku nie powinno się niczym przytłaczać. Dzięki temu można też zobaczyć ogrom obozu, to zaś uzmysławia, że w tym miejscu istniały fizyczne możliwości przeprowadzenia eksterminacji na gigantyczną skalę. Jeżeli jednak zaczniemy robić kopie, stawiać makiety, miejsce to straci całą swoją autentyczność – przekonuje Teresa Świebocka.

Dlatego w Birkenau zamiast odbudowanego ze wszystkimi detalami krematorium – tak jak postulowali niektórzy – stoją dziś jedynie jego pozostałości i tablice z fotografiami, które pokazują, jak wyglądało ono w latach wojny.

Niewinne widoczki
Z niemal każdym miejscem w Birkenau związana jest jakaś dramatyczna historia, która wymaga wydobycia na światło dzienne, dokładnego opisania, pokazania zwiedzającym.

Przykładowo przez całe lata ludzie przechodzili dosyć obojętnie przez lasek sąsiadujący z ruinami krematorium. Bo na pozór miejsce to rzeczywiście wygląda dosyć niewinnie. Ot, brzozowy lasek. Tymczasem w nim właśnie rozgrywały się ostatnie minuty życia Żydów, kierowanych po selekcji do komory gazowej. I tam kobiety z dziećmi siadały na ziemi, czekając aż „zwolni” się dla nich miejsce w komorze gazowej.

– Na zdjęciach wykonanych przez esesmanów widać węgierskich Żydów, którzy siedzą spokojnie w tym lasku, wyjmują jakieś kromki chleba, rozbijają jajka, jedzą. Krystyna Żywulska w swoich wspomnieniach „Przeżyłam Oświęcim” pisze, że więźniowie pracujący w sąsiedniej „kanadzie” obserwowali te sceny z przerażeniem: Boże, ci ludzie zachowują się jak na pikniku, a przecież za pięć minut ich już nie będzie – opowiada Teresa Świebocka.

Dziś w lasku znajduje się tablica z opisem i fotografiami. Dzięki temu nikt już nie mija tego miejsca obojętnie. Podobnie jak znajdującego się nieopodal stawku, do którego wsypywano ludzkie popioły. Zapomniane przez lata miejsca zaczęły wreszcie mówić.



Podróż emocjonalna
– Auschwitz to miejsce, które zwiedza się nie tyle poprzez zaliczanie kolejnych obiektów ekspozycji, ale raczej wykazując osobiste emocjonalne zaangażowanie. Ważne są gesty, zapalenie znicza, położenie kwiatów, przeczytanie wiersza. Tak robi wielu odwiedzających. Nie ma chyba drugiego podobnego miejsca, bo nawet w najlepszych muzeach zwiedzający nie stają przed obrazem Goi i nie czytają wiersza mówiącego o tym, co ten obraz przedstawia. Tutaj natomiast, przywołując fragmenty poezji czy wspomnień byłych więźniów, pełniej odczuwa się całą grozę kacetu – uważa dyrektor Świebocka.

Nikt zresztą nie jest w stanie opisać warunków obozowej egzystencji tak dobrze jak byli więźniowie Auschwitz. Tylko bowiem ktoś, kto przeżył obóz, potrafi oddać atmosferę nieustannego zagrożenia, brudu, smrodu, chorób i wszechobecnego zatłoczenia. Tego nie zrobi żaden historyk. W tym sensie jedna nawet najbardziej nieporadna rycina narysowana przez byłego więźnia znaczy o wiele więcej niż poważna rozprawa historyczna, ukazująca cały mechanizm hitlerowskich zbrodni. Wielu byłych więźniów decyduje się więc osobiście oprowadzać zwiedzających po terenie obozu. Tak czyni choćby Halina Birenbaum, autorka książki „Nadzieja umiera ostatnia”.Od wielu lat przyjeżdża do Auschwitz z grupami izraelskimi i prowadzi je do swojego baraku, w którym przebywała jako więźniarka.

– Kiedy tylko powstało muzeum, zaczęto spisywać relacje, zbierać wspomnienia więźniów. Dziś na szeroką skalę korzystamy w tym celu z pomocy młodych ludzi. Pracuje u nas wielu studentów – wolontariuszy, którzy wykazują niezwykłe emocjonalne zaangażowanie w działalność muzeum. Oni jeżdżą po Polsce i zbierają naprawdę fantastyczne relacje od byłych więźniów. I właśnie takie zderzenie starszych osób „po przejściach” z młodymi idealistami rodzi często niezwykłe relacje międzyludzkie. Młodzi, którzy patrzą na wydarzenia sprzed 60 lat zupełnie innymi oczami, spoglądają na byłych więźniów z niezwykłą admiracją i zafascynowaniem – cieszy się Teresa Świebocka.

Ludzie, nie numery
Po zakończeniu wojny wszystkie ofiary Auschwitz traktowano jako jedną wielką grupę. W oficjalnych statystykach podawano jedynie, że w obozie zginęły 4 miliony osób (takie dane pojawiały się w gorącej powojennej atmosferze), nie wspominano przy tym w ogóle o poszczególnych narodowościach. Nie było więc Polaków, Romów, Żydów. Mówiono wyłącznie o ludziach.

Gdy w 1989 roku upadł komunizm, rozpoczęło się generalne sprzątanie historii. Weryfikacji poddano także liczbę osób, które zginęły w Auschwitz, zaczęto też wreszcie przypisywać je do poszczególnych narodowości. – Teraz chcemy iść jeszcze dalej. Zależy nam nie tylko na podkreślaniu, że to były transporty polskie, ale kim byli ci ludzie. To element przywracania tożsamości byłych więźniów, których hitlerowcy zamienili w obozowe numery – mówi dyrektor Świebocka.

Od pewnego czasu muzeum publikuje specjalne księgi pamięci. Najpierw była księga warszawska, zawierająca 23 tysiące nazwisk Polaków wysłanych do Auschwitz z dystryktu warszawskiego, potem krakowska i radomska, w przygotowaniu są kolejne tomy. Wszystkie księgi zawierają podstawowe dane o poszczególnych więźniach – imię i nazwisko, datę urodzenia, zawód, wykształcenie, datę przybycia do obozu, no i rzecz jasna informację o tym, co stało się później z daną osobą.

– Chodzi nam o to, żeby już nie tylko pokazywać, że aresztowano 150 tys. Polaków, bo to jest ogólna informacja, ale co się kryje za tą liczbą, jacy ludzie i jak dużo stracił nasz kraj, czy w ogóle cała ludzkość, poprzez istnienie takich straszliwych miejsc jak Auschwitz – uzasadnia Teresa Świebocka.

Ocalić od zapomnienia
Przyszłością Auschwitz-Birkenau jest właśnie edukacja. A edukacja na oryginalnym terenie, na którym dokonało się ludobójstwo, jest zawsze najmocniejsza.

– Przyjeżdżają tu z całego świata ludzie, którzy interesują się historią Holocaustu. I oni po kilku godzinach zwiedzania Birkenau często mówią: czytałem mnóstwo książek na temat Holocaustu, znam mechanizmy, dokumentację, całą historię ludobójstwa, ale aż do dziś miałem trudności, by zrozumieć, jak to było technicznie możliwe. I dopiero teraz, chodząc po tym ogromnym terenie, oglądając tę przestrzeń, widzę, że to fizycznie mogło się stać, bo było miejsce i były narzędzia, żeby dokonać ludobójstwa na tak ogromną skalę – mówi dyrektor Świebocka.

Ta wiedza musi być jednak nieustannie upowszechniana, bo już dziś trzeba pamiętać o przyszłych pokoleniach. Dlatego też w styczniu 2005 roku, w 60. rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, utworzono w ramach muzeum Międzynarodowe Centrum Edukacji o Auschwitz i Holokauście. Od kilku lat muzeum wespół z krakowską Akademią Pedagogiczną organizuje także studia podyplomowe „Totalitaryzm – Nazizm – Holocaust” dla nauczycieli i pedagogów szkolnych.

Wszystko po to, by wraz z odejściem ostatnich świadków, pamięć o tym miejscu nigdy nie zaginęła i aby Auschwitz nie stało się wyblakłą kartą historii.

Cisza nad Auschwitz
O tym, jak najprawdopodobniej w niedalekiej przyszłości będzie wyglądać cała obozowa ekspozycja, można przekonać się, odwiedzając wystawę oddaną do użytku zaledwie kilka lat temu w dawnej obozowej saunie w Birkenau. W miejscu tym w czasie wojny rejestrowano i dezynfekowano nowych więźniów.

Już dziś wielu ekspertów z całego świata uważa, że ta ekspozycja powinna stać się dla innych muzeów wzorem, w jaki sposób powinno się traktować oryginalne pomieszczenia.

Koncepcja wystawy robi rzeczywiście olbrzymie wrażenie. Prostota w połączeniu z autentyzmem miejsca dały w tym przypadku znakomity efekt.

– Cały budynek sauny potraktowaliśmy z jak największym pietyzmem. Początkowo projektanci chcieli tutaj wprowadzić komputery, dodać głosy. Wszystkie te pomysły po kolei redukowaliśmy, aż osiągnęliśmy niemal czystą postać. Nie poprawialiśmy nawet oryginalnych napisów, dlatego są one nieco pozamazywane – wyjaśnia Teresa Świebocka.

Nieliczne nowe elementy dodają jedynie powagi całemu miejscu. Tak jak szklana podłoga, która zabezpiecza oryginalne podłoże sauny. Jednocześnie ta szklana tafla niesłychanie dyscyplinuje i uspokaja najbardziej nawet rozwrzeszczaną grupę. Po takim podłożu stąpa się bowiem automatycznie ostrożniej.

Niezwykłe wrażenie wywołuje także gigantyczna podświetlona ściana zapełniona przedwojennymi fotografiami przyszłych więźniów obozu. Po drugiej stronie przedstawiono historie wybranych rodzin i opisy poszczególnych zdjęć. Wrażenie potęguje fakt, że są to fotografie obrazujące zwykłe codzienne życie, fotografie, jakie każdy z nas mógłby mieć w swoim domowym albumie. Układ ścian dodatkowo sprzyja kameralnemu odbiorowi tego fragmentu ekspozycji.

Podobne efekty dyrekcja muzeum zamierza wprowadzić także w innych częściach obozu.

– Zastanawiamy się również nad zamknięciem pięter poszczególnych bloków i rozciągnięciem całej wystawy wszerz. Wtedy w każdym z obiektów będzie przebywało mniej grup. Już teraz w niektórych miejscach wprowadzamy ograniczniki, które umożliwiają poruszanie się jedynie w pojedynkę.

Chcemy także wyposażyć naszych przewodników w mikrofony, a zwiedzających w słuchawki. Takie rozwiązanie stosuje się już z powodzeniem w instytucie Yad Vashem i Watykanie – przekonuje dyrektor Świebocka.

Wszystko wskazuje więc na to, że koncepcja wystawiennicza Auschwitz-Birkenau będzie zmierzała do jak największego wyciszenia tego miejsca i do maksymalnego zindywiudalizowania odbioru wystawy.

Takie działania przynoszą już pierwsze dobre rezultaty.

– Obserwowałam niedawno pewne małżeństwo, które zwiedzało krematorium w Auschwitz. Byli w środku sami, a mimo to mówili do siebie szeptem. I to jest to, właśnie o taki efekt nam chodzi – podkreśla z satysfakcją dyrektor Świebocka.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki