Siła autentyzmu

z Piotrem M.A. Cywińskim, dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, rozmawia Łukasz Kaźmierczak
Czyta się kilka minut

 Z  Piotrem M.A. Cywińskim, dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

Podobno wystawa muzealna nie powinna „żyć” dłużej niż 7-10 lat. Tymczasem ekspozycja główna w Auschwitz ma już grubo ponad 50 lat…

- Wystawa główna była tworzona 10 lat po wojnie, kiedy każdy czuł jeszcze na plecach wojenne piętno. Nie trzeba więc było dopowiadać niektórych rzeczy. Przez te kilkadziesiąt lat zmieniło się jednak wiele. Pojawiły się zagadnienia, które w 1955 r. nie były jeszcze historycznie dopracowane i zweryfikowane, albo w ogóle nabrały zupełne innego znaczenia symbolicznego. Wiele tematów wymaga całkowicie nowego ujęcia. I dlatego też zmiana wystawy poobozowej jest rzeczą nieodzowną.

 

Kto dzisiaj przyjeżdża do Auschwitz?

- Zacząłbym od jakościowej zmiany pokoleniowej. Nie chodzi nawet o to, że

umierają byli więźniowie, czy w ogóle osoby pamiętające wojnę, ale mamy teraz pokolenie ludzi, których dziadkowie urodzili się już po wojnie. Szkopuł w tym, że pamięć rodzinna, taka „swojska” pamięć intymna, kończy się właśnie na dziadkach. A pradziadkowie to jest już inny świat. To mocna bariera psychologiczna. Stanowi ona nową, poważną trudność w edukacji na temat czasów wojny.

Zmienia się także geografia zwiedzających. W ciągu roku przyjeżdża dziś do Auschwitz ok. 100 tys. osób z Azji, nie licząc obywateli Izraela i Rosji. Ci ludzie mają zupełnie inną historię, oni nie przeszli jako społeczeństwo przez II wojnę światową w taki sam sposób jak Europa. I to również wymaga od nas innego podejścia wystawienniczego.

 

Dyskusja nad nową koncepcją scenariusza wystawy trwała ponad cztery lata. Jakiego typu narracji możemy się spodziewać?

- Cóż, ta wystawa będzie w pewnym sensie szła wbrew wszelkim dzisiejszym tradycjom wystawienniczym. I dlatego wielu współczesnych wystawienników uzna ją prawdopodobnie za archaiczną. Uważam jednak, że najważniejszym walorem Auschwitz pozostaje autentyzm i głębia tego miejsca, a nie jakieś fajerwerki instalacyjne. I właśnie po to, żeby nie zaciemniać obrazu Auschwitz, ani nie przysłaniać jego oblicza, będę zdecydowanie usuwał z wystawy wszelkie elementy multimedialne, interaktywne czy technologiczne fajerwerki, o ile ich umieszczenie nie będzie jedynym wyjściem ekspozycyjnym.  

Będzie to więc zupełnie inny model niż ten obowiązujący dziś w wielu muzeach. Coś na zupełnych antypodach np. do Muzeum Powstania Warszawskiego, stanowiącego rodzaj referencji dla innych muzeów.

 

Forma się nie zmieni. A treść?

- Wystawa będzie składała się z trzech części głównych oraz wystawy wstępnej.

Pierwsza część ekspozycji będzie opowiadała o obozie, jako o pewnej instytucji, o czymś, co zostało intencjonalnie założone, rozbudowane, pogłębiane i sukcesywnie poszerzane. Chcemy pokazać, że to naprawdę zrobili ludzie, a nie jacyś naziści z kosmosu czy bezrozumna maszyna.

Obecna wystawa ukazuje prawie wyłącznie świat więźniów. To jest świat czarno-biały, który pokazuje tylko stronę białą. Młodzi ludzie, którzy zwiedzają to Miejsce, nie czują jej wpływu na własną odpowiedzialność, bo im się nie pokazuje aksjologii wyborów ludzkich w sytuacjach ekstremalnych. Chcemy tę część „esesmańską” postawić pod takim kątem, żeby ukazać kto, co i gdzie robił, a także aby zaprezentować całą oś ludzkich zachowań.

 

Rozumiem, że jest to nieodzowne dopowiedzenie właśnie pod kątem dzisiejszych „prawnuków”. Co jednak z obecnymi, „mocnymi punktami” wystawy? Przepraszam, ale nie mogę sobie jakoś wyobrazić opowieści o Auschwitz bez stosów ludzkich włosów…

- Zgadza się, dlatego w drugiej części wystawy zachowamy główne elementy narracyjne powojennej ekspozycji, czyli te wszystkie walizki, garnki, protezy, buty - choć może w trochę mniejszej ilości. To stało się symbolem zagłady i z tego nie można rezygnować. To się musi ostać.

Druga część będzie tak jak do tej pory poświęcona Zagładzie. W tym celu chcemy wykorzystać głównie zdjęcia z albumu Auschwitz Lili Jacob, bo jest to jedyne miejsce Zagłady, w którym taka dokumentacja fotograficzna się zachowała – a więc rampa, selekcja przejście do komór gazowych, kobiety, małe dzieci, nadzorcy, kaci…

 

A trzecia część?

- Obóz widziany z perspektywy więźniów. Bardzo chciałbym, żeby zostało to pokazane przez pryzmat dehumanizacji. Wejść w ogląd człowieka, który przyjeżdża do Auschwitz jako powiedzmy Jan Kowalski, zostaje ogolony do zera, przebrany w jakieś szmaty, wytatuowany, staje się numerem, jest gnębiony, tępiony, bity na każdym kroku i na ogół – chyba że ma jakieś wyjątkowe szczęście – umiera w ciągu pierwszych dwóch, trzech miesięcy pobytu w obozie.

A więc cały przebieg procesu dehumanizacji łącznie z elementami oporu wobec tego zjawiska.

W tej części wystawy chcielibyśmy także w dalszej perspektywie czasu udostępnić do zwiedzania fragment bloku 10., czyli miejsca, gdzie były przeprowadzane eksperymenty na więźniach. To jest blok zachowany w stanie rezerwatowym, łącznie z oryginalnym stołem prosekcyjnym. Tam się nic nie zmieniło od zakończenia wojny.

 

Wspomniał Pan także o wystawie wstępnej. To zupełne novum.

- W tej chwili przewodnicy opowiadają pod bramą Arbeit macht frei o latach 30. i o tym wszystkim, co doprowadziło do  powstania obozów koncentracyjnych,. To jest absurdalne. Arbeit macht frei nie jest elementem, ale wynikiem lat 30.

Zamierzamy w ciągu dwóch, trzech lat przenieść w inne miejsce wejście do muzeum,  natomiast w obecnym budynku wejściowym chcielibyśmy stworzyć krótką 7-10-minutową wystawę wprowadzającą. I pokazać tam cztery wątki: frustrację, populizm, nienawiść i zniszczenie, czyli wybuch wojny. Nie ma to być tylko klasyczna wystawa historyczna opowiadająca o dojściu Hitlera do władzy, ustawach norymberskich czy Kristallnacht. Zdecydowanie bardziej chciałbym, aby ludzie zobaczyli, jak z frustracji można przejść przez populizm, a potem nienawiść aż do zniszczenia. Bo ten mechanizm odkrywamy tak naprawdę we wszystkich totalitaryzmach i we wszystkich ludobójstwach.

 

I dopiero potem wejście przez Arbeit macht frei?

- Tak, taki kierunek wydaje nam się najlogiczniejszy. Kiedy zwiedzający zobaczy wreszcie

 obozowy napis, będzie on dla niego naturalną konsekwencją tego, z czym zetknął się chwilę wcześniej na wystawie wstępnej.

Docelowo marzy mi się także jeszcze jedne element wystawienniczy. Otóż w dawnej kuchni obozowej chciałbym stworzyć wystawę sztuki obozowej. To jest sztuka niezwykle  specyficzna, która w najpełniejszy sposób opowiada o tych wszystkich stanach ducha, których ludzie doświadczali za obozowymi drutami: o beznadziei albo nadziei, o lęku, strachu, nostalgii, bezradności, bólu i cierpieniu.

Za kilka lat nie będzie już wśród nas żyjących więźniów i wówczas taka wystawa stanie się absolutnie niezbędna, aby ponieść dalej to, co oni opowiadają jeszcze dzisiaj. Tylko że to jest bardzo kosztowny pomysł.  Dziś nie mamy, niestety, na ten cel pieniędzy.

 

Zostają jeszcze wystawy narodowe.

- Nie jestem specjalnym entuzjastą tych ekspozycji, ponieważ zbyt często stają się one emanacją pewnych politycznych stanowisk. Kilka wystaw narodowych jest jednak bardzo dobrze zrobionych. Niedługo powstanie zresztą nowa wystawa austriacka oraz nowa wystawa żydowska, robiona w dużej mierze przez Instytut Yad Vashem.

Na tym tle nasza polska ekspozycja staje się powoli najbardziej zapuszczoną wystawą. Chcemy to zmienić. W „polskim” bloku 15. zamierzamy zrobić tak naprawdę dwie nowe wystawy: na parterze przedstawić losy polskich obywateli w Auschwitz – czyli 150 tys. Polaków i ok. 300 tys. polskich Żydów – natomiast na piętrze pokazać obóz w kontekście lokalnym. Wokół Auschwitz  jest bardzo dużo ciekawych wątków, które nie występują nigdzie indziej - wysiedlenia pod obóz, cała czterdziestokilometrowa strefa zakazana, obozowy ruch oporu czy relacje więźniów z miejscową ludnością - czyli przemycanie lekarstw, informacji, grypsów, dokarmianie więźniów, pomoc uciekinierom, ale również kwestia volksdeutschy oraz wielonarodowego pogranicza Małopolski i Śląska.

 

A do tego dochodzi jeszcze olbrzymi, kilkutysięczny garnizon esesmanów, potężne

fabryki, warsztaty i wielkie firmy – Krupp, IG Farben Industrie, Hermann-Göring-Werke…

- Auschwitz to nie były Ponary czy Babi Jar, gdzie ludzi jedynie zwożono i od razu mordowano. Ten obóz był projektem naprawdę głęboko przemyślanym pod różnymi kątami. Nad obozowym planami pracowała cała rzesza architektów. Na wczesnych projektach komór gazowych są jeszcze co prawda napisy „dezynfekcja”  „prysznice”, ale już wtedy – nie wiedzieć właściwie po co – do tych pryszniców doprowadzono szczelne śluzy. To była cała architektura zbrodni, uwzględniająca tysiące rozmaitych czynników, łącznie z kwestiami transportowymi, logistyką, rozbudową ramp i precyzyjnym rozkładem jazdy pociągów.

Co ciekawe, pod koniec 1944 r. architekci nadal rysowali plany powiększenia obozu. Auschwitz-Birkenau, które pierwotnie planowano na 200 tys. więźniów - a które nigdy nie osiągnęło liczebności wiele większej niż 100 tys. osób - nagle miało stać się obozem kilkakrotnie większym. W tym samym czasie powiększano także inne obozy. A przecież w swoim zasięgu hitlerowcy nie mieli już wówczas właściwie żadnych większych skupisk Żydów!

 

Cóż oni takiego planowali?

- Tego możemy się tylko domyślać. W moim przekonaniu, gdyby wojna trwała 5 lat dłużej, to byśmy już tutaj ze sobą nie rozmawiali… Ale nie ma na to żadnych dowodów, właśnie poza tymi planami rozbudowy.

 

No i jest jeszcze wstrząsający autentyzm tego Miejsca. Wystarczy rzut oka na las nagich kominów Birkenau…

-To prawda. Dla mnie ta wystawa nie ma opowiadać o czymś, ona ma przede wszystkim uwierzytelniać i uczytelniać to Miejsce. Ma dopowiadać, podpowiadać pewne rzeczy, ale wizyta tutaj nie jest wizytą wystawy, ale właśnie wizytą Miejsca. I jeśli ono przestanie mówić, no to będzie jakiś zakręt cywilizacyjny.

 

Na razie jeszcze mówi…  

Liczby to potwierdzają, a statystyki zwiedzających stale rosną. W ubiegłym roku było tutaj prawie 1 mln 400 tys. osób i to nowych pokoleń, ludzi z różnych krajów, różnych kontynentów. Proszę sobie na przykład wyobrazić, że w 2010 r. przyjechało do Auschwitz prawie 50 tys. Koreańczyków z Południa.

 

Przepraszam, ilu?

- Prawda, że to o czymś świadczy? Zagadnąłem kiedyś jednego z tych Koreańczyków, starszego, nobliwego biznesmena: „Spędza Pan kilka dni w Europie i przyjeżdża właśnie tutaj? Po co?” Odpowiedział mi: „Ja chcę zrozumieć Europę”.

 

To był mądry człowiek…

- Tak, mnie to również bardzo zaskoczyło i na pewno dało wiele do myślenia. Auschwitz w  moim przekonaniu staje się coraz bardziej pryzmatem, przez który patrzy się również na dzisiejszy świat.

 

Tak jak praca tutaj? Okna Pańskiego gabinetu wychodzą niemal wprost na komorę gazową…

- Praca tutaj zmienia każdego z nas, to pewne. Bo co innego przyjechać do Auschwitz na kilka godzin, a co innego być tutaj prawie codziennie.

W tym Miejscu wiele rzeczy się przewartościowuje i zupełnie zmienia się spojrzenie na świat. W cywilizacji ludzkiej próbujemy sobie różne rzeczy nazywać: to jest bardzo dobrze, to jest dobrze, to jest nie najlepiej, to jest źle, to jest parszywe. W ten sposób powstaje jakaś oś, dajmy na to metrowej długości. Ale jak człowiek dobrze pozna Auschwitz i przez pryzmat tego Miejsca zacznie patrzeć na świat, to uświadomi sobie, że ta oś nie ma metra, tylko że poza nim jest jeszcze wiele, wiele metrów z obu stron – może być dużo, dużo gorzej niż parszywie i dużo, dużo dalej niż całkiem dobrze. To bolesna nauka, ale jednak uczy właściwego dystansu do spraw codziennych. W rezultacie rzeczy, które normalnie budziłyby nasze skrajne emocje i oceny, zaczynają plasować się w średniej ludzkich zachowań. Bo tutaj poznaje się dużo, dużo więcej, dużo, dużo smutniej i dużo, dużo głębiej.

 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 4/2011