Logo Przewdonik Katolicki

Słowiańskie początki Kościoła w Polsce

Jacek Borkowicz
Wprowadzenie liturgii słowiańskiej, Alfons Mucha / fot. Wikipedia

Podczas tegorocznej rocznicy chrztu Polski podkreślamy ponadtysiącletnią tradycję Kościoła na naszych ziemiach. Okazuje się jednak, że historii chrześcijaństwa w Polsce możemy dopisać jeszcze jedno stulecie.

Wielkie Morawy kojarzą nam się raczej z przedegzaminacyjną zmorą studentów filologii niż z problemem, który w ten czy inny sposób mógłby dotykać naszej polskiej tożsamości. I trudno się temu dziwić. Już same łamiące język nazwy, takie jak „państwo wielkomorawskie” lub „język staro-cerkiewno-słowiański”, odstraszają potencjalnych zainteresowanych. Naukowy żargon skutecznie zdusił tajemniczy urok zjawiska, którego istoty do dzisiaj nie potrafimy ani właściwie określić, ani tym bardziej docenić.
 
Morawy naprawdę wielkie
Na początek przypomnijmy podstawowe fakty, choć i przy nich nie sposób powstrzymać się będzie od komentarzy. Nazwa Wielkich Moraw odnosi się do krainy, którą zna każdy Polak, jaki choć raz w życiu wybrał się do Włoch, nie mówiąc już o bliżej leżącym Wiedniu. Ziemia to malownicza, lecz traktowana przez nas jedynie jako obszar tranzytowy. Jednak owe lekceważone Morawy stały się ośrodkiem słowiańskiego państwa na półtora wieku przedtem, zanim u sąsiednich Polan przyjął chrzest ich książę Mieszko. Dlaczego „Wielkie”? Otóż dlatego, że jako państwo, Morawy rozciągały się znacznie poza obszar swojego obecnego terytorium. W dobie rozkwitu ich granice sięgały na zachodzie rzeki Soławy (dziś w głębi Niemiec, tej samej, w której nurty wbijali później słupy graniczne woje Bolesława Chrobrego), na południu – Sawy i Dunaju, na wschodzie – źródeł Cisy, zaś na północy – według wszelkiego prawdopodobieństwa obejmowały Śląsk i Małopolskę.
 
Księstwo czy królestwo?
Zgodnie z obietnicą przerywam w tym miejscu cytowanie faktów historii. Ciśnijmy w kąt zakurzony podręcznik i zacznijmy myśleć samodzielnie. Zakreślony powyżej obszar w IX w. obejmował tereny zamieszkałe przez Słowian, których Morawianie byli tylko niewielką częścią. Owszem, Słowianie żyli wówczas i poza granicami interesującego nas państwa, jednak były to terytoria o raczej peryferyjnym charakterze. Innymi słowy, Wielkie Morawy skupiały w swych rubieżach sam rdzeń, serce Słowiańszczyzny. Dlaczego zatem nie nazwać ich po prostu państwem słowiańskim? Sama nazwa Wielkich Moraw wydaje się zresztą dość przypadkowa i odnosi się raczej do kolebki tej wielkiej politycznej formacji. Jej władcy z dynastii Mojmirowiców zapewne też uważali się za kniaziów Słowian, a nie tylko Morawian.
Kniaziowie, książęta… również i tutaj fakt od razu potyka się o komentarz. Tak władców Wielkich Moraw tytułowali królowie wschodniofrankońscy, którzy usiłowali trwale podporządkować sobie owe ziemie. Można zrozumieć, że z takimi pretensjami nie mogli oni uznawać morawskich władyków za równych sobie. Jednak państwo Mojmirowiców było w owym czasie jednym z największych i najpotężniejszych państw Europy. Owszem, miewało okresy faktycznej podległości względem zachodniego, niemieckiego królestwa, ale równie często względem niego prowadziło ono politykę samodzielną – jako partner lub też wojenny przeciwnik. Świętopełka I, największego władcę Wielkich Moraw (trzymajmy się już tej terminologii, skoro nie ma innej) ówczesne zachodnie źródła tytułują zresztą  mianem rex, czyli „król”. I chociaż w potocznym przekazie uparcie trzymamy się pomniejszającej nazwy księstwa, państwo wielkomorawskie, nie popełniając błędu, można też nazwać królestwem.
Słowiańskie królestwo, starsze od państwa Mieszka – to pierwszy wniosek z naszych szkicowych uwag.
 
Niweczone dzieło Cyryla i Metodego
W państwie Mojmirowiców modlono się po słowiańsku. Rościsław, następca pierwszego władcy Wielkich Moraw, zaprosił na swoje włości – dotąd przeważnie pogańskie – Cyryla i Metodego. Drugi z wymienionych ojców obrządku słowiańskiego stworzył tu prawdziwe centrum misyjne, w którym wykształcono kilkudziesięciu księży. Rozeszli się oni po całym terytorium rozległego władztwa, wszędzie zaszczepiając wiarę Chrystusową, głoszoną w mowie znanej każdemu. Słowo Boże szerzono też poprzez słowiańskie pismo – głagolicę.
Związani z obrządkiem łacińskim możni państwa wschodniofrankijskiego z dezaprobatą patrzyli na ten rozkwit słowiańskiej pobożności. Państwo wielkomorawskie i tak wymykało im się z rąk, utrwalenie w nim odrębnego rytu chrześcijańskiego tylko umocniłoby tę niezależność. Nie można było na to pozwolić. Feudałowie Zachodu, zarówno świeccy, jak i duchowni, robili więc wszystko, by utrudnić życie szerzycielom i wyznawcom słowiańskiego obrządku. I trzeba przyznać, że im się to udało: słowiańskich księży i mnichów wypędzano, oni potem wracali, potem znowu ich wyganiano. Z każdą interwencją, idącą od strony Salzburga lub Ratyzbony, wpływy Kościoła Słowian malały. Z biegiem wieków udało się zniweczyć większą część apostolskiego dzieła Cyryla i Metodego, chociaż w niektórych krajach – jak na przykład w Chorwacji – słowiańskie nabożeństwa przetrwały aż do czasów nowożytnych. Nie mówię tutaj o prawosławiu, które, choć używa języka staro-cerkiewno-słowiańskiego, jest jednak bytem liturgicznie odrębnym. Klasyczny obrządek słowiański, zapisany w głagolicy, miał mniej elementów greckich, był więc bliższy mentalności wiernych.
 
Łącznik między Wschodem i Zachodem
By unaocznić jego znaczenie, odwołam się, za świętym Janem Pawłem, do porównania z anatomii. Obrządek słowiański był jakby mostkiem, który przez kilka stuleci łączył obydwa płuca chrześcijaństwa – wschodnie i zachodnie. Dzisiaj już tego łącznika nie ma, nawet pamięć o nim zatarto. Również dlatego trudniej jest obecnie porozumieć się katolikom z prawosławnymi. I vice versa.
Obrządek słowiański funkcjonował także w Polsce, na Śląsku i w Małopolsce, czyli w dawnym państwie Wiślan. Co prawda historycy i archeolodzy od dwustu lat toczą spory o to, czy Kościół słowiański w ogóle u nas istniał. Pokażcie nam fundamenty choć jednej słowiańskiej świątyni – prowokowali negacjoniści. Słowiańskie kościoły budowano u nas z drewna, więc nic po nich nie zostało – odpowiadali im obrońcy tezy o słowiańskich początkach chrześcijaństwa w Polsce. Tym ostatnim solidnego, acz niespodziewanego argumentu dostarczył w ostatnich latach… architekt. Profesor Edmund Małachowicz, odtwórca gotyckich iglic katedry we Wrocławiu, po przejściu na emeryturę nie poprzestał na dotychczasowym dorobku: ruszył w objazd Śląska, zabrawszy ze sobą georadar. Rezultaty tej zabawy okazały się zdumiewające – w kilku miejscach, np. w Niemczy, pod poziomem fundamentów romańskich rotund Małachowicz odkrył relikty kościołów budowanych w połowie IX w. Historii chrześcijaństwa w Polsce możemy dopisać jedno stulecie.   
Wśród Polaków, niewątpliwych Słowian, to co „słowiańskie” nie kojarzy się tak dobrze, jak w innych pokrewnych nam mową krajach. Pamięć o słowiańskiej jedności nasuwa nam obawy przed rosyjskim panslawizmem. Z kolei słowiańska religijność kojarzy się nam wyłącznie z pogaństwem. W obu wypadkach niesłusznie. Możemy być dumni z tego, że w jakiś sposób również i my, Polacy, jesteśmy dziedzicami tradycji Wielkich Moraw.
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki