Logo Przewdonik Katolicki

Pielgrzymi na traktorkach

Dorota Niedźwiecka
Pielgrzymi w drodze do Lisieux / fot. archiwum

15 kilometrów na godzinę, 37 dni. Kiedyś bezdomni, dziś członkowie wspólnoty „Betlejem” mówią, że dzięki pielgrzymce do Lisieux uwierzyli we własne możliwości.

Jedna z napotkanych jeszcze w Polsce pań zadała im pytanie: – Co reklamujecie?  – Pojednanie – odpowiedzieli. – Tak, tak, pojednanie – ks. Mirosław Tosza, duszpasterz „Betlejem” i duszpasterz uczestników pielgrzymki reaguje na moje zdziwienie. –  Naszą drogę do Lisieux zorganizowaliśmy, bazując na filmie Davida Lyncha Prosta historia. Jego główny bohater, Alvin, podróżuje na małym traktorze z Iowa do Wisconsin, by pojednać się z bratem. Celowo, by dotrzeć do różnych środowisk,  wybraliśmy film niekojarzony z treścią religijną, ale o głębokim przesłaniu. Pewnie dla każdego z nas ważne w nim było coś innego: dla mnie kluczowym stało się zdanie z filmu, że z pojednaniem wychodzi nie ten, kto bardziej zawinił, ale ten, kto bardziej go pragnie.
 
Zadanie do wykonania
Dla uczestników wyprawy to była przede wszystkim okazja do sprawdzenia siebie. – Udowodniliśmy, że potrafimy dokonać tego, co zaplanowaliśmy – wyjaśnia pan Darek, czterdziestosiedmiolatek,  w „Betlejem” od półtora roku. A wyzwań było sporo: 40-letnie traktory kilkakrotnie podczas trasy wymagały napraw. Codzienne relacje w drodze okazały się kolejnym zadaniem do przepracowania. – To była droga pojednania dla nas – precyzuje ks. Mirek. – Nie jest tak, że to my wcielamy się w rolę apostołów, którzy wzywają innych do bycia miłosiernymi. Odkrywaliśmy raczej, jak sami potrzebujemy  wzajemnego przebaczenia. Pielgrzymując w dość trudnych warunkach, doświadczaliśmy, że bywamy skłonni do kłótni, gdy coś idzie nie tak. Z magicznym słówkiem „przepraszam” i uśmiechem pomimo wszystko, wprowadzaliśmy w życie umiejętność pojednania.
Pielgrzymujący spali w przyczepach, które w ciągu dnia ciągnęli za traktorkami. Tam, gdzie się zatrzymywali na nocleg, codziennie wieczorem siadali na 15 minut medytacji. – To musiał być interesujący widok – śmieją się. – My, siedzący w ciszy, z zapaloną świeczką, np. na parkingu przed Tesco. – Środkiem lokomocji i wymalowanymi w świętych przyczepami specjalnie robiliśmy widowisko – wyjaśnia ksiądz. – Chcieliśmy przykuwać uwagę, by ludzie podchodzili i pytali: dlaczego? Cel osiągnęliśmy: zagajali rozmowy na stacjach benzynowych, na postojach. Rozdawaliśmy im też wtedy foldery o pojednaniu i o naszej wspólnocie, przygotowane w ich języku.
Pielgrzymi chcieli w ten sposób dzielić się swoją wiarą w miejscach codziennego życia, w których ludziom być może jej brakuje. A także informować o wspólnocie, która zakłada, że ubodzy również mogą z powodzeniem dzielić się z innymi pracą własnych rąk. Czasem zatrzymywali się w napotkanych po drodze miejscowościach i wspólnie z mieszkańcami oglądali film Lyncha.
– Największe wrażenie zrobiła na mnie wizyta w zamieszkałym może przez dziesięć rodzin niemieckim Steinbach – opowiada pan Darek. – Nie przewidywaliśmy tego postoju. Zepsuł nam się traktor i musieliśmy tu czekać trzy dni, aż nadejdzie potrzebna część. – Wieczorem zorganizowaliśmy wspólną projekcję filmu na ścianie garażu. Przyszło wielu mieszkańców wioski. Pili herbatę, otuleni w koce. Wytworzyła się przyjazna atmosfera – dodaje ksiądz. Potem dowiedzieli się, że jednemu z uczestników film pomógł rozpocząć układanie trudnych relacji z bratem.
 
Zwolnili, by słuchać
– Gdy wyjeżdżaliśmy z Polski, najbardziej bałem się kierowców, poirytowanych tym, że zwalniamy ruch. Nie było tak źle. Jechaliśmy głównie trzecio- i czwartorzędowymi drogami, gdzie nikomu nie przeszkadzaliśmy – mówi ks. Tosza. – Na główniejszych trasach, zjeżdżaliśmy na pobocze co kilka minut, by rozładować tworzący się za nami korek. – Dlaczego pojechaliście na traktorkach? By trenować cierpliwość? – pytam na pół żartobliwie. – Po to, by odkrywać, że szybciej nie zawsze znaczy lepiej – wyjaśnia. – Bywa, że z pośpiechu gubimy ważne sprawy, powierzchownie traktujemy innych, nie słuchamy…  A to i tak było szybko – odwzajemnia żart. – Filmowy Alvin jechał sześć kilometrów na godzinę.
Ludzie w Niemczech i we Francji reagowali zazwyczaj życzliwie. Uśmiechali się, machali, wymieniali kilka zdań tam, gdzie traktorki mogły się zatrzymać. Na ks. Toszy szczególne wrażenie zrobił kucharz, który w przeszklonym lokalu przygotowywał właśnie pizzę. Wyszedł w białym fartuchu na zewnątrz, otrzepywał oprószone mąką ręce i odprowadzał ich wzrokiem – jakby nadziwić się nie mógł temu, co widzi. Dwieście kilometrów przed Lisieux do pięcioosobowej grupy traktorowej dołączyła czteroosobowa grupa piechurów. Z „Betlejem” wyruszyli  trzy tygodnie przed wyjazdem traktorków i rowerów. Wspólnie  odwiedzili kościół w Saint-Etienne-du-Rouvray, gdzie zamordowano ks. Hamela i wspólnotę „Arka” w Compiegne. – Byłem zachwycony tą wizytą i spotkaniem z założycielem „Arki”, Jeanem Vanier – opowiada ze wzruszeniem Marek Marzec, czterdziestolatek z pieszej grupy.  – Podobało mi się to, że tak wiele mają wspólnego z naszym „Betlejem”: są dla ludzi z problemami życiowymi, na których wielu postawiło przysłowiowy krzyżyk. Pomagają wzbudzić im pasję, dostrzegają, że oni także mają uczucia i potrafią pracować, tworzyć piękne rzeczy. To niezwykle buduje ludzką godność.
Ostatnim ważnym punktem wyprawy była wizyta w sanktuarium św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Lisieux, na którą kolejne czterdzieści osób z Polski dojechało autobusami. Wszyscy wspólnie uczestniczyli w trzydniowych rekolekcjach. – Teresa jest patronką „Betlejem”, naszą droga chcieliśmy jej podziękować za dwudziestolecie istnienia – wyjaśnia ks. Tosza. – Wcześniej myślałem, że to jakaś tam zakonnica, którą zrobili świętą – wyjaśnia pan Marek, mówiąc o tym, jak nie potrafił zrozumieć „co ona ma mu pomóc”. Po odwiedzinach w Lisieux, poznaniu jej historii i miejsc, w  których żyła, zrozumiałem bardziej,  na czym polega modlitwa. Zafascynowało mnie, że wiarę mogę okazywać także gestami, gdy np. ustąpię komuś miejsca w autobusie.
 
Przywrócenie godności
– Film Lyncha stanowi  znakomity komentarz do słów papieża Franciszka o pielgrzymce – mówi ks. Mirosław. – Że nie chodzi w niej tylko o dotarcie do świętego miejsca, ale o wewnętrzną przemianę.  O lepsze poznanie i zrozumienie innych, stawanie się bardziej skorym do przebaczenia, hojnym w  dawaniu.  Ludzie w Polsce  niekiedy próbują „atakować” tego typu pomysły, zarzucając, że bezrobotni wyjeżdżają na fajne wycieczki. – Filozofia domu polega na tym, by na takie przedsięwzięcia jak to, samodzielnie i uczciwie zarobić – wyjaśnia ks. Tosza. Nasi mieszkańcy często mają za sobą serię strat – domu, pieniędzy, pracy, kontaktu z rodziną. Nie bardzo mają się czym pochwalić. Potrzebują doświadczenia, że coś osiągnęli. To był ambitny cel, spełanijący męską potrzebę przygody, podczas którego namęczyli się i napocili.  A w efekcie: doświadczyli pasji, fascynacji, zaczęli odkrywać sens życia.
Fot. Archiwum „Betlejem”
Skoro sami zarabiają – jeśli byłaby jakaś wierszówka za zdjęcia dla nich – kontakt do ks. Toszy: padremiron@gmail.com; 501428577. Im nic nie mówiłam.
Foty:
Podróż traktorami trwała 37 dni. Pokonali 2 tys. kilometrów
Drogę pojednania – bo tak nazywają pielgrzymkę – objął patronatem sam David Lynch. Po drodze jego ekipa kręciła film o pielgrzymach
O św. Teresie z Lisieux mówią jako o fundatorce domu oraz pomysłodawczyni na życie we wspólnocie. Odwołują się przede wszystkim do uprzedzającej miłości Boga, o której mówiła, i tego, że zawsze można zacząć od nowa



 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki