Logo Przewdonik Katolicki

Nie możemy się usprawiedliwiać

Kamila i Błażej Tobolscy
Fot. Archiwum prywatne. O. dr hab. Tomasz Szyszka. Misjonarz werbista i misjolog.

Z o. dr. hab. Tomaszem Szyszką, misjonarzem werbistą i misjologiem, o misjach, nowej ewangelizacji oraz o granicach inkulturacji rozmawiają Kamila i Błażej Tobolscy

 Kiedy mówimy o misjach, pierwsze skojarzenie, jakie nam się nasuwa, to misjonarz pracujący gdzieś wśród tubylców w Afryce. Zaraz po nim przychodzi jednak myśl, że przecież wszyscy jesteśmy misjonarzami. Jak więc dziś rozumiemy słowo „misjonarz”?
– Pojęcie misjonarza bardzo jasno zdefiniował Sobór Watykański II: to człowiek powołany, przygotowany i posłany do konkretnego miejsca, gdzie zostaje przyjęty. Trzeba przy tym podkreślić, że misjonarz najpierw wyrasta i dojrzewa w lokalnym Kościele. To tam bowiem, po zweryfikowaniu jego powołania w czasie formacji i odpowiedniego przygotowania, sam biskup posyła konkretnego człowieka do innego Kościoła lokalnego jako misjonarza. Takim misjonarzem nie zostaje się więc na chwilę, ale tak naprawdę na zawsze. Dlatego misjonarz nie może mieć mentalności turysty, który zakłada sobie, że pojedzie do jakiegoś kraju zobaczyć jak tam jest, czy warunki mu odpowiadają i jeśli tak, to ewentualnie zostanie. Zadaniem misjonarza jest głoszenie Ewangelii ludziom, do których jest posłany w konkretnym kraju. Dlatego musi chcieć i umieć wejść w to konkretne środowisko, poznać miejscowy język i kulturę i starać się, by tamtejsi mieszkańcy go zaakceptowali, a jest to długotrwały proces. Misjonarz ma wręcz wrosnąć w tę ziemię. Na to, aby był postrzegany tam jako wiarygodny świadek Jezusa trzeba zazwyczaj długich lat.
 
Ale papież Franciszek mówi o misjonarzu-uczniu, którym ma być każdy z nas…
– Owszem, Franciszek zachęca nas, abyśmy wszyscy byli misjonarzami, świadkami Ewangelii, tam, gdzie żyjemy i to według naszych własnych możliwości. Mamy być autentycznymi uczniami Jezusa, czego sprawdzianem jest to, czy chcemy o Nim mówić, o Nim świadczyć, dzielić się naszą wiarą z ludźmi, pośród których żyjemy, do których On nas posyła, niekoniecznie gdzieś daleko, w innych krajach. Papież bardzo mocno podkreśla więc, że cały Kościół jest w stanie misji i wszyscy jesteśmy za to dzieło misyjne Kościoła odpowiedzialni. I do tak rozumianej działalności misyjnej rzeczywiście wszyscy jesteśmy wezwani. Aczkolwiek potrzebujemy specjalnie przygotowanych ludzi, którzy będą realizowali program misji ad gentes [łac. do narodów – przyp. red.], wyjeżdżając, jak się to popularnie mówi, na misje. To, że nie może nam w Kościele nigdy zabraknąć ludzi, którzy poświęcą się wyłącznie dziełu misyjnemu, podkreślał już św. Jan Paweł II.
 
Czy w takim razie zarówno mówiąc o misjach ad gentes, jak i o nowej ewangelizacji, możemy używać terminu misje?
– Po tym, jak papież Franciszek zupełnie na nowo zredefiniował pojęcie misji, mówiąc, że powołaniem każdego chrześcijanina jest bycie uczniem, a więc także misjonarzem, Jezusa Chrystusa, myślę, że tak. W tak rozumianym wymiarze misyjnym znajduje się zresztą całe duszpasterstwo, które powinno mieć charakter ewangelizacyjny, żywego przepowiadania Jezusa. Jednak wciąż aktualne jest takie rozgraniczenie, którego dokonał Jan Paweł II, m.in. w poświęconej misjom wielkiej encyklice Redemptoris missio, mówiąc o misjach ad gentes i nowej ewangelizacji, czy też reewangelizacji. Te ostatnie dotyczą tych obszarów, na których chrześcijaństwo jest znane, ludzie wprawdzie słyszeli o Chrystusie, są nawet ochrzczeni, żyją w kulturze chrześcijańskiej, choć może na co dzień nie są tego do końca świadomi, ale w praktyce nie są już wyznawcami Jezusa. Z taką sytuacją spotykamy się na przykład na zachodzie Europy.
 
Mówienie o potrzebie misji w Europie byłoby chyba sporym zaskoczeniem dla ludzi Kościoła żyjących jeszcze na początku ubiegłego wieku…
– Przeświadczenie, że to my, Europejczycy, tak zwany pierwszy świat, wysyłamy misjonarzy do krajów tzw. Trzeciego Świata i tam prowadzimy misje, było do niedawna powszechne w Kościele. Było to myślenie jednokierunkowe, podszyte mentalnością kolonialną. Nawet obradujący pół wieku temu Sobór Watykański II, który był pewnym podsumowaniem tego, co się już w Kościele wydarzyło oraz odważnym i dojrzałym spojrzeniem ku przyszłości, dzieło misyjne rozpatrywał jeszcze w głównej mierze według kategorii geograficznej. Zmiana takiego myślenia, czy też postrzegania działalności misyjnej jest wyraźnie zauważalna w encyklice Redemptoris missio opublikowanej w 1990 r.
 
Papież pisze w niej także o misjach ad gentes, które polegają na głoszeniu Ewangelii wśród ludzi, którzy jeszcze nie znają Chrystusa. Czy są jeszcze w ogóle takie miejsca na świecie?
– Wbrew pozorom tych miejsc jest stosunkowo dużo. Nie mamy tu bowiem na myśli tylko takiej sytuacji, w której jacyś ludzie, żyjący w przysłowiowym głębokim buszu, nie mieli jeszcze nigdy okazji zetknąć się z naszą cywilizacją i za jej pośrednictwem z chrześcijaństwem, a przynajmniej niektórymi aspektami kultury chrześcijańskiej. Jest bowiem wielu ludzi, którzy owszem, słyszeli o Jezusie, choćby za pośrednictwem środków społecznego przekazu czy hollywoodzkich filmów, w których sprawa wiary niekiedy się pojawia, ale nie mieli okazji tak naprawdę poznać Dobrej Nowiny, Jego orędzia miłości i zbawienia. I takie białe plamy misyjne mamy między innymi w Azji, chociażby w Chinach, Japonii, Indiach, Korei Północnej, Nowej Gwinei, żeby wymienić tylko niektóre z nich. Podobna sytuacja jest w krajach arabskich, w których chrześcijanie, stanowiący i tak znikomą mniejszość, są też prześladowani czy nawet eliminowani, bądź zmuszani do ucieczki.
Warto powtórzyć raz jeszcze, co Jan Paweł II mocno podkreślał, że ten obszar misyjnej działalności Kościoła, to jest misji ad gentes, jest niezwykle ważny i dlatego musi być brany pod uwagę i realizowany. Nie można się usprawiedliwiać, że brakuje ludzi gotowych do tego rodzaju pracy. Papież stwierdził w swojej misyjnej encyklice, że chociaż stajemy u progu nowego tysiąclecia, to tak na dobre sprawa misyjna dopiero się rozpoczyna i mamy w tym obszarze jeszcze bardzo dużo do zrobienia.
 
Wracając jeszcze do samych misjonarzy, w naszym kraju coraz popularniejsze są, zwłaszcza wśród młodzieży, kilkutygodniowe lub kilkumiesięczne tzw. wolontariaty misyjne. Jak Ojciec postrzega to zjawisko?
– Trzeba tu wprowadzić zdecydowane rozróżnienie między misjonarzem a wolontariuszem. Wolontariusz to ten, który jedzie do kraju misyjnego, najczęściej na relatywnie krótki czas, aby zdobyć pewne doświadczenie i pomóc misjonarzowi. Nawet jeśli ma dojrzałą wiarę i przeszedł konkretną formację w jednym z wielu działających w Kościele ruchów i stowarzyszeń, nie jest jednak na tyle przygotowany, aby być samodzielnym misjonarzem. Jego pomoc jest natomiast bardzo potrzebna. Może to być na przykład praca fachowca na rzecz placówki misyjnej czy parafii, wprowadzanie nowych technologii, choćby informatycznych, usprawniających pracę misjonarzy lub praca w charakterze pielęgniarza, lekarza czy wychowawcy. Tego typu wolontariat na pewno też bardziej uwrażliwia na sprawę misji i owocuje także po powrocie wolontariuszy do kraju, kiedy dzielą się oni z innymi świadectwem tego, czego sami doświadczyli na misjach.
W Polsce mamy jednak obecnie dość duże zamieszanie w tej kwestii, zwłaszcza w odniesieniu do używanych pojęć i symboli. Przykładem są tu krzyże misyjne, które podczas swojego posłania na misje otrzymują zarówno misjonarze, jak i wolontariusze. Można by w takim razie zapytać, jaka jest różnica między nimi, skoro jedni i drudzy są oficjalnie posłani przez Kościół i mają krzyże misyjne? Na pewno jest więc potrzebne dookreślenie tych terminów. Ma się tym zresztą zająć, w tym rolą świeckich i wolontariuszy na misjach, przyszłoroczny kongres misjologiczny, który w Warszawie planuje zorganizować Komisja Episkopatu do spraw Misji wraz z Katedrą Misjologii UKSW.
 
Podkreśla Ojciec cały czas bardzo mocno potrzebę należytego przygotowania misjonarzy, zanim ruszą na misje. Na co powinno się zwrócić szczególną uwagę podczas ich formacji?
– Niezwykle ważne są tu trzy kwestie: wiara, dojrzałość i konkretna wiedza. Jan Paweł II podkreślał, że misje to sprawa wiary, a nie tylko organizacji i logistyki. Misjonarz musi mieć bardzo głęboką wiarę i być gotowy do tego, żeby się tym wielkim darem dzielić z innymi. To jest podstawa tożsamości misjonarza. Benedykt XVI zwracał z kolei uwagę, że misje to sprawa miłości. Nie chodzi tu jednak o jakąś powierzchowną emocjonalność czy sentymentalność, tylko o ludzką dojrzałość. Misjonarz bowiem musi być człowiekiem bardzo dojrzałym, emocjonalnie zrównoważonym, ponieważ udaje się do nowego dla siebie kontekstu religijnego, kulturowego i społecznego, a wobec żyjących tam ludzi ma być świadkiem w sprawach wiary. Musi tam sobie jednocześnie poradzić z wieloma nieprzewidzianymi okolicznościami, w jakich przyjdzie mu żyć i pracować, czyli realizować swoje powołanie misyjne.
Kiedy ktoś wyjeżdża na misje, nie wystarczą jedynie dobre chęci, wielkie pragnienie pracy misyjnej. Żeby dobrze, efektywnie i odpowiedzialnie pracować, trzeba mieć konkretną wiedzę o prawdach wiary, o Piśmie Świętym, misjologii, czy też o historii misji. Dla misjonarza bardzo ważna jest też wiedza o sytuacji społecznej, kulturowej i religijnej ludzi, wśród których przychodzi mu pracować. Niezmiernie istotna, a dla wielu problematyczna, jest również sprawa języka. Bez dobrego poznania języka ludzi, wśród których ma pracować, jego wysiłki staną pod znakiem zapytania.
 
Czy takie patrzenie na formację misyjną ukształtowało się w Kościele dopiero po Soborze Watykańskim II?
– O nie, to nie jest ani sprawa nowa, ani nauczanie ostatnich papieży. Te elementy formacji pojawiają się w dokumentach kościelnych już w XVI i XVII w. Świadczy to o tym, że już wtedy, kiedy w związku z odkryciami geograficznymi dzieło misyjne nabierało wielkiego rozmachu, na te trzy aspekty bardzo mocno zwracano uwagę.
 
Próbowano również, głosząc Dobrą Nowinę, wykorzystywać do tego elementy lokalnej kultury. Jak ten proces inkulturacji postrzega dziś Kościół?
− Samo pojęcie inkulturacji, która jest czymś o wiele większym i głębszym niż tylko adaptacją albo asymilacją, wprowadził dopiero Jan Paweł II. Często zresztą nieświadomie mylimy te pojęcia, stąd też biorą się nieporozumienia. Mówiąc o inkulturacji, mamy na myśli bardzo często jedynie próby adaptacji, czyli akceptowanie albo wprowadzenie takich czy innych nowych elementów, „ozdobników” kulturowych. Tymczasem chodzi tu o takie głoszenie Ewangelii, żeby słowo Boże wykiełkowało na gruncie danej kultury i zakorzeniło się tak głęboko, aby mogło wydać owoc w postaci dojrzałej wiary wyrażanej za pomocą elementów lokalnej kultury, to jest języka, symboli, wrażliwości, kolorytu, zmysłu organizacyjnego i form modlitw. Z tym problemem zakorzeniania wiary zmagali się już apostołowie, czego dowodem jest chociażby spór pomiędzy św. Piotrem, zwolennikiem tradycji judaistycznej i św. Pawłem, który wykorzystywał pojęcia filozofii greckiej czy rzymskiej, by wyrazić prawdy wiary głosząc ją Grekom i Rzymianom oraz losy kolejnych pokoleń misjonarzy, żeby wymienić tylko niektórych: św. Cyryla i św. Metodego głoszących Ewangelię wśród Słowian, Mateo Ricci w Chinach czy Roberto de Nobili w Indiach.
Zdawali sobie oni sprawę z tego, że wiara musi zyskać otoczkę kulturową, która będzie bliska i zrozumiała dla ludzi pochodzących z danego kręgu kulturowego. W przeciwnym wypadku, przed czym przestrzegają także św. Jan Paweł II oraz papież Franciszek, wiara będzie postrzegana jako coś obcego, zewnętrznego albo narzuconego. Tym samym będzie przeżywana jedynie powierzchownie. Nie ulega jednak wątpliwości, że cały ten proces zmagań inkulturacyjnych musi szanować nauczanie i tradycję Kościoła, a zarazem być w nich głęboko osadzony. Wymaga on jednocześnie czasu oraz odwagi i rozwagi od misjonarzy oraz duszpasterzy, którzy będą z zaangażowaniem głosić Dobrą Nowinę, a także z cierpliwością towarzyszyć owemu procesowi pełnego zakorzeniania się wiary. Okazuje się bowiem, że półśrodki oraz nadmierny pośpiech albo zniecierpliwienie nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.
 


 O. dr hab. Tomasz Szyszka, misjonarz werbista i misjolog. Od 1992 r. przez sześć lat pracował w Boliwii wśród Indian Ajmara, był także wykładowcą na tamtejszych uczelniach. Obecnie jest adiunktem w katedrze historii misji Instytutu Dialogu Kultur i Religii na Wydziale Teologicznym UKSW w Warszawie, zajmując się głównie problematyką historii ewangelizacji i inkulturacji w Ameryce Łacińskiej. Współpracuje z Centrum Formacji Misyjnej, jest członkiem Instytutu Misjologicznego w Sankt Augustin oraz członkiem zarządu Stowarzyszenia Misjologów Polskich.


 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki