Logo Przewdonik Katolicki

Zginął dlatego, że był dziennikarzem

Marek Dłużniewski
fot jarek.sledczy

Sprawa Jarosława Ziętary trwa już blisko ćwierć wieku, ale wreszcie pojawia się realna szansa jej wyjaśnienia. Po latach zaniedbań, dziś to jedno z najbardziej priorytetowych śledztw w Polsce.

To historia jak z dobrego, trzymającego w napięciu filmu kryminalnego. Tyle tylko, że wydarzyła się naprawdę. 1 września 1992 r. młody dziennikarz „Gazety Poznańskiej” wyszedł rano z mieszkania przy ul. Kolejowej w Poznaniu. Miał iść do redakcji, jednak nigdy do niej nie dotarł. – Była to bardzo dobrze zaplanowana zbrodnia, w której udział brały osoby z kręgów przestępczych, związane z byłymi służbami. Zatrzymał go fałszywy radiowóz policyjny, a bandyci przebrani byli za policjantów. Wsadzili go do samochodu i porwali – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak, dziennikarz „Głosu Wielkopolskiego”, od lat zajmujący się sprawą Jarosława Ziętary. 
 
Transformacja pod lupą
Początek lat 90. ubiegłego wieku to czas ustrojowej transformacji. Dla jednych bardzo trudny, dla innych złoty, bo wówczas rodziły się zarówno małe przedsiębiorstwa, jak i wielkie fortuny. Tyle że nie zawsze legalnie. Ziętara zajmował się tematami przestępstw gospodarczych. W interesy te zaangażowane były jednak bardzo wpływowe postaci, którym działania młodego dziennikarza nie były na rękę. – Najpierw próbowano go delikatnie zniechęcić. Zablokowano mu publikację w „GP”, bo ci ludzie mieli wpływ nawet na niektóre media. On jednak dalej się sprawą interesował. Próbowano go przekupić, zastraszyć, a później go pobito. Wreszcie postanowiono go zamordować – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak. – Na początku przetrzymywano go na terenie holdingu Elektromis w Poznaniu. To był teren niedostępny, niemal forteca. Celem było to, żeby sprawa, którą się zajmował nie wyszła na jaw. Bandyci chcieli więc dowiedzieć się co i skąd wie oraz komu mógł tę wiedzę przekazać. Torturowano go, a jego mieszkanie przeszukano, zresztą podobnie jak redakcję. Sam widziałem, jak ci ludzie weszli, podając się za policjantów i zabrali materiały Jarka. On sam po kilku dniach został wywieziony z miasta, zamordowany, ciało rozpuszczono w kwasie, a szczątki porozrzucano tak, żeby nie można było ich odnaleźć – przedstawia sprawę porwania i morderstwa dziennikarz.
 
Śledztwa jak farsa
Czynności śledcze podjęte, czy też zaniechane w tej sprawie przez organy państwa były, zwłaszcza w pierwszych latach, parodią wymiaru sprawiedliwości. Dopiero rok po zniknięciu Ziętary i to na skutek interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich, Prokuratura Rejonowa Poznań-Grunwald wszczęła śledztwo. W marcu 1995 r. zostało ono jednak umorzone z powodu niestwierdzenia znamion przestępstwa. W 1998 r. Prokuratura Okręgowa w Poznaniu wznowiła śledztwo, jednak nawet mimo ustalenia prawdopodobnego uczestnika zbrodni, umorzyła je w 1999 r. – Przez całe lata, kiedy śledztwo było prowadzone w Poznaniu, tej sprawy właściwie nie starano się wyjaśnić – komentuje Krzysztof M. Kaźmierczak. Pokazuje to, jak silne były i jak daleko musiały sięgać wpływy osób odpowiedzialnych za tę zbrodnię. – To był układ mafijny, nie tylko poznański czy wielkopolski, bo organy na wyższych szczeblach także nie reagowały – mówi.
W tle całej sprawy pojawia się także wątek służb specjalnych. Jarosławem Ziętarą interesował się Urząd Ochrony Państwa, który złożył mu propozycję pracy. Dziennikarz, który wówczas podejmował „mocne” tematy, był łakomym kąskiem dla służb, także jako potencjalny agent wywiadu. Oficjalnie zaprzeczano jednak, jakoby był on w kręgu zainteresowań służb. Dopiero w 2011 r. pod wpływem presji społecznej osób zajmujących się sprawą Ziętary, znalazły się dokumenty potwierdzające, że dziennikarza próbował zwerbować wywiad. To, jak i sam fakt okłamywania organów ścigania przez specsłużby, wiele mówi o obowiązujących w nich wówczas standardach.
 
Światło w tunelu
Szansą na rzeczywiste wyjaśnienie sprawy Ziętary było kolejne śledztwo rozpoczęte w 2011 r. i prowadzone już nie w Poznaniu, ale przez specjalny wydział Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. W rezultacie niespełna dwa lata temu aresztowano, pod zarzutem podżegania do zabójstwa Jarosława Ziętary, Aleksandra G. To były senator, w przeszłości jeden z najbogatszych Polaków, który odsiadywał także wyroki za przestępstwa gospodarcze. W 2015 r. przeciwko G. został skierowany akt oskarżenia i obecnie toczy się jego proces. Równolegle krakowska prokuratura postawiła zarzuty dwóm ochroniarzom ze wspomnianej już wcześniej firmy Elektromis. Było to możliwe dzięki zeznaniom świadków. Ci jednak wycofali się ze swoich zeznań. W efekcie ten wątek śledztwa został pod koniec 2015 r. umorzony. Jednak wkrótce, bo już wiosną 2016 r. nieprawomocnie umorzone śledztwo przejął małopolski wydział Prokuratury Krajowej. – Jest to jedno z najbardziej priorytetowych śledztw w Polsce i zostało objęte tajemnicą – mówi Krzysztof M. Kaźmierczak. Być może właśnie aura pewnej tajemniczości sprawi, że ten wątek uda się doprowadzić do końca. Część wcześniejszych medialnych publikacji zdradzających szczegóły, niekoniecznie przysłużyła się wyjaśnieniom sprawy.
 
Akt oskarżenia państwa
Przebieg sprawy Jarosława Ziętary, właściwie aż do okresu sprzed ledwie kilku lat, powinien być wielkim wyrzutem sumienia państwa, a na pewno jest przejawem jego nieudolności. Właściwie gdyby nie determinacja kilku osób, w tym dziennikarzy oraz części polityków i urzędników, którzy mimo silnego oporu materii, próbowali popchnąć sprawę w kierunku jej wyjaśnienia, być może do dziś Ziętara uchodziłby jedynie za zaginionego. Zaś do jego zniknięcia przypisywałoby się różne, mniej lub bardziej prawdopodobne teorie.
Nieprawidłowości i nieudolność organów państwowych w tej sprawie zostały zebrane i w reporterskiej formie przedstawione w książce Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa. – Książka stanowi swoisty akt oskarżenia państwa, które w tej sprawie dopuściło się błędów i zaniechań, w dużej mierze świadomych i celowych, aby ta zbrodnia nie była wyjaśniona – przekonuje Krzysztof M. Kaźmierczak, który napisał ją wspólnie z Piotrem Talagą. To jednak nie jedyna pozycja książkowa inspirowana sprawą Ziętary. Kaźmierczak jest bowiem autorem także powieści kryminalnej Krótka instrukcja obsługi psa. Choć to beletrystyka, to jednak zbudowana na motywach zaczerpniętych z historii młodego dziennikarza. – Zacząłem ją pisać 10 lat temu, gdy wydawało się, że nie ma żadnej nadziei na wyjaśnienie tej sprawy. Pojawiają się tam wątki, o których dowiadywałem się w sposób nieformalny, ale jak się później okazało, śledztwo je potwierdziło. Poza tym moim celem było nagłośnienie tej sprawy – mówi autor.
 
Komitet, ulica i tablica
Nagłośnieniu i wyjaśnieniu sprawy Jarosława Ziętary służy także specjalny komitet społeczny. Najpierw funkcjonował pod hasłem „Wyjaśnić śmierć Jarosława Ziętary”, a jego rolą była społeczna kontrola nad przebiegiem śledztwa i działaniem w tej sprawie organów państwa. Obecnie działa jako Komitet Społeczny im. Jarosława Ziętary, a jego celem jest upamiętnienie samej postaci dziennikarza. – On był prekursorem dziennikarstwa śledczego w Polsce. Zabito go, by uniemożliwić publikację wyników jego ustaleń dziennikarskich. Zabójcy sięgnęli po ostateczną formę cenzury – podkreśla Krzysztof M. Kaźmierczak.
Pamięć o Ziętarze próbuje się przechować na kilka sposobów. Na początku września poznańscy radni podjęli decyzję, aby fragment ul. Marcelińskiej, nieopodal budynku, w którym pracował młody dziennikarz, stał się ul. Jarosława Ziętary. To jednak nie wszystko. Na kamienicy przy ul. Kolejowej 49 w Poznaniu, czyli tam, gdzie mieszkał, ma zostać umieszczona specjalna pamiątkowa tablica. Do końca września pieniądze na ten cel zbiera wspomniany komitet. Szczegółowe informacje odnośnie zbiórki, a także inne kwestie dotyczące sprawy Ziętary, można znaleźć na stronie internetowej jarek.sledczy.pl
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki