W domu lepiej niż w szkole

Pozwala dziecku dojrzeć emocjonalnie, wyzbyć się szkolnych lęków, zbudować głębokie rodzinne relacje. Dla wrażliwych dzieci chcących rozwijać swoje talenty edukacja domowa może być dobrą alternatywą wobec systemowej szkoły.
Czyta się kilka minut
Harmonijny rozwój osobowości zapewniają rodzice, to oni dają dziecku komfort i bezpieczeństwo. Budują też poczucie wartości – Katarzyna Lepszy-Muszyńska
Harmonijny rozwój osobowości zapewniają rodzice, to oni dają dziecku komfort i bezpieczeństwo. Budują też poczucie wartości – Katarzyna Lepszy-Muszyńska

Już w zerówce trudno było mu nawiązać kontakt z rówieśnikami. Sama nauka, wtedy jeszcze przecież przez zabawę, sprawiała mu trudności. Szczególnie liczenie. W podstawówce było jeszcze gorzej. Krzyś Borys na rodzinnym blogu wspomina jak bardzo stresował się każdym dniem. – Klasa była źle dobraną grupą. Składała się z tzw. orłów i tych bardzo słabych, pochodzących głównie z rodzin patologicznych lub rozwiedzionych. Nie pasowałem do żadnej z tych grup. Byłem pośrodku – wspomina.

Keyboard
Nie miał przyjaciół, nie był też faworytem nauczycieli. Rodzice widząc, co się dzieje, przepisali syna do innej szkoły. W relacjach było o niebo lepiej, w nauce nie. W poradni psychologicznej stwierdzono dyskalkulię, dysleksję i dysgrafię. „Szkoła mnie dołowała, zabijała moje marzenia” – napisze kilka lat później Krzyś. – Krzysiu kompletnie nie radził sobie z matematyką. Z czytania i pisania się podciągnął. Jego jednak bardzo interesowała muzyka. Chodząc do kościoła, potrafił zapamiętywać całe frazy pieśni, potem je śpiewać. Gdy kupiliśmy mu prosty keyboard, zaczął je na nim wygrywać – tak wspomina dziś tamten czas jego tata, pan Zbyszek. Talent muzyczny Krzyś odziedziczył po mamie i dziadku. Pan Zbyszek wspomina, że w drugiej szkole nauczyciele i dyrektor byli bardzo przyjaźnie nastawieni. – Chcieli pomóc, ale system szkolny zbudowany na wzór wojska wymusza, by zdawać przedmioty na podobnym poziomie. Przez to brakuje czasu i sił, by rozwijać się w dziedzinie, w której jest się uzdolnionym, bo dziecko poświęca zbyt wiele czasu na przedmiot, z którym radzi sobie gorzej – tłumaczy Borys senior. Pan Zbyszek gorzko konstatuje, że mimo zapewnień, system szkolny wcale nie promuje talentów.
 
Londyn
Pani Danka i pan Zbyszek to artystyczne dusze. Ona to absolwentka akademii muzycznej, on – wzięty plastyk. Dziś oboje w nowatorski sposób uczą języka angielskiego. W nauce wykorzystują ruch i dźwięk. Krzyś z pewnością wrażliwość odziedziczył po rodzicach. Oboje zaczęli szukać rozwiązania. Tak natknęli się na edukację domową. – To było ponad dziesięć lat temu, a w Polsce interesowało się tym zagadnieniem ledwie parę osób – wspomina pan Zbyszek. Wraz z żoną zaczęli o tej formie nauki dużo czytać. Gros informacji było w internecie w języku angielskim. – Ponieważ lata temu zrobiliśmy kursy językowe i zawodowo oboje uczymy angielskiego, dostęp do forów obcojęzycznych był ułatwiony – tłumaczy. Otrzaskani z teorią postanowili desperacko poszukać kogoś z kim mogliby porozmawiać o samej metodzie, kogo mogliby popodglądać, jak edukację domową wciela w życie. – Tak nawiązaliśmy kontakt z kobietą, która prowadziła w Londynie klub edukacji domowej – mówi. Wsiedli w samolot i wylecieli do Londynu. – Ta pani poświęciła nam cały dzień, mogliśmy pytać o wszystko, widzieliśmy, jak funkcjonują w edukacji domowej dzieci – wspomina Borys. To, czego doświadczyli, było bodźcem, by spróbować. I spróbowali…
 
Plik kserówek
Danka i Zbyszek Borys byli pionierami edukacji domowej w Małopolsce. W Polsce jednak kilkanaście lat wcześniej prawdziwą batalię o możliwość nauki swoich dzieci w domu stoczyli w 1994 r. Izabela i Marek Budajczakowie [wywiad z prof. M. Budajczakiem na s. 18 – red.] z wielkopolskiego Ponieca. Odsądzani od czci i wiary rozpoczęli trwającą 13 lat batalię o możliwość nauczania w domu. – Wiele lat spędzili na rozprawach w sądach, walcząc o zmianę zapisu ustawy, która wykonywanie obowiązku szkolnego wiązała tylko ze szkołą. W pewnym momencie zezwoliła na wykonywanie obowiązku szkolnego poza szkołą – tłumaczy Borys. Ten zapis otworzył też furtkę dla państwa Borysów i ich Krzysia. Otworzył, ale nie na oścież. – Jeszcze wtedy edukację domową można było realizować tylko w szkołach państwowych. Musieliśmy więc zgłosić Krzysia do szkoły rejonowej – tłumaczy, dodając, że nie było to najszczęśliwsze rozwiązanie. Każde dziecko uczące się z rodzicami w domu ma obowiązek raz lub dwa razy w roku przyjechać do szkoły i zaliczyć każdy przedmiot. Szkopuł w tym, że rejonowa podstawówka, do której chodził Krzyś, w żaden sposób nie była przystosowana do takich egzaminów. – Krzyś dostał gruby plik pokserowanych testów i kilka godzin na ich rozwiązanie. Gdy to zobaczył, mocno się zestresował, a przecież nie o to w tym wszystkim chodziło – pan Zbyszek kręci dziś głową na samo wspomnienie tamtego egzaminu.
 
Daleko, ale blisko
Początkowo Krzyś w domu miał szkołę bis. Wstawał rano, jadł śniadanie i przerabiał z rodzicami kolejne strony w podręczniku. – Szybko okazało się, że to się nie sprawdza. Odpuściliśmy, idąc za jego muzycznymi zainteresowaniami. Postawiliśmy też na relacje, na jego rozwój emocjonalny, wewnętrzny – mówi. Wspólnie rysowali, poznawali przyrodę w ogrodzie botanicznym, a podczas wakacji nowe urokliwe miejsca. No dobrze, a matematyka, a inne egzaminy? – W międzyczasie zmieniła się ustawa, która do edukacji domowej zaczęła dopuszczać szkoły niepubliczne. To był milowy krok, bo one stały się sojusznikiem rodziców i dzieci w edukacji domowej – wyjaśnia mi pan Zbyszek. Nie było już suchych testów zdawanych ze wszystkich przedmiotów w ciągu jednego dnia i nauczycieli, którzy zamiast sprawdzić wiedzę, pytają tak, by pokazać, że dziecko nie przyswoiło materiału. – Krzysia zapisaliśmy do szkoły w Koszarowej Bystrej w Beskidzie Żywieckim, 80 km od naszego miejsca zamieszkania. Było warto, bo egzaminy były tam rozbite na kilka dni, prócz testów była też spokojna rozmowa z dobrze usposobionym nauczycielem, który zresztą w ciągu roku sam kontaktował się, pytając, czy czegoś nie trzeba, czy może pomóc w rozwoju zainteresowań Krzysia – mówi. Nic dziwnego, że ich dwa lata młodszy od Krzysia Staś także zamiast do szkoły zaczął uczyć się w domu. – Z nim z kolei jeździliśmy zdawać egzaminy do szkoły Salomon, najpierw do Warszawy, potem do Drohiczyna – tłumaczy ojciec.
 
Więcej niż kilka słów
Staś jest w trzeciej klasie liceum. W tym roku będzie zdawał maturę. Nie chodzi jednak do szkoły, bo przygotowuje się do egzaminów w domu. Choć interesuje się różnymi rzeczami, w jego życiu, jak u brata, ważną rolę odgrywa muzyka. Nie gra jednak na organach, bo pociąga go organizacja festiwali. W przeciwieństwie do starszego, 20-letniego już dziś brata z matematyką radzi sobie świetnie. Po nauce w domu w zakresie szkoły podstawowej wrócił do szkoły publicznej na poziomie gimnazjum. – Potem rok był jeszcze w liceum, ale mimo że obie szkoły naprawdę nie były złe, postanowił, że nie będzie marnować czasu na sprawy organizacyjne i znów będzie się uczył w domu. To było dwa lata temu – mówi Borys. Z kolei Krzyś po latach nauki w domu wrócił do szkoły. Muzycznej. Ponieważ na pewnym etapie rozwoju ujawniły się u niego kłopoty ze wzrokiem, zaczął chodzić do szkoły Suzuki, gdzie utworów muzyk uczy się nie z zapisu nutowego, a ze słuchu. – Od dwóch lat jest organistą, realizując swoją pasję. Wstąpił też do seminarium w Sandomierzu – mówi. Danuta i Zbyszek propagują edukację domową wśród innych. Dwa lata temu pan Zbyszek założył krakowski klub edukacji domowej, w którym raz w miesiącu rodzice uczący dzieci w domu mogą wymienić się umiejętnościami, doświadczeniami, mogą też zwyczajnie nawiązać ze sobą relacje. Są też obozy w górach, na których wszystkie te działania przybierają na intensywności. Relacje według Borysów obok możliwości rozwijania talentu, zbudowania poczucia własnej wartości, poukładania emocji, ale i nauki odpowiedzialności są najważniejszym atutem edukacji domowej. – Nie byłoby to możliwe w zwykłym systemie szkolnym, gdzie rodzice wracają zmęczeni z pracy, a dzieci ze szkoły i cała ich relacja ogranicza się do kilku zdawkowych słówek przy kolacji – przyznają.
 
 
Julka „wymusza” zmiany
Julka ma 16 lat i choć ma o siedem lat starszego brata Tomka – studenta medycyny i sześć lat starszą siostrę Anię – studiującą historię sztuki, to właśnie ona jest w rodzinie Muszyńskich prekursorem edukacji w domu. Wszystko przez chorobę. – Kiedy Julka poszła do pierwszej klasy dużo chorowała. Groziła jej astma, bo miała skłonności do obturacyjnego zapalenia płuc. Przez niską frekwencję w szkole musiała zdawać egzaminy. A że nauczanie indywidualne stawało się uciążliwe, pomyślałam, że może warto by spróbować z edukacją domową – tłumaczy mama Julki, pani Katarzyna Lepszy-Muszyńska. To wiązało się z całkowitym przebudowaniem życia pani Kasi, wziętej anestezjolożki. – Jako młoda lekarka bardzo dużo pracowałam. Wtedy duży ciężar przy wychowaniu Ani i Tomka spoczywał na mojej mamie. Gdy urodziła się Julka, zaczęłam stopniowo ograniczać swój pracoholizm. A gdy była większa i tak coraz więcej czasu traciłam na jej dowożenie, odbieranie, odrabianie z nią po szkole lekcji. Ograniczyłam więc etat i zaczęłam ją uczyć w domu – tłumaczy.
 
Furtka
Pani Kasia uważa, że każdy z zaangażowanych rodziców edukację domową ma we krwi. – Gdy Ania i Tomek byli młodsi, jak wielu rodziców siadałam z nimi do lekcji. W ten sposób dobrze poznałam program szkolny. Do etapu gimnazjum naprawdę nie ma zbyt wiele tego materiału. A dla kogoś, kto skończył studia, a nawet ma choćby maturę, wzięcie do ręki podręczników i nauczenie z nich swojego dziecka nie stanowi problemu. Tu decydujące są dobre chęci – przekonuje. Prócz Julki w edukacji domowej są od samego początku 13-letni już Lenek i 9-letnia Kornelka. Szkielet nauki jest ten sam: pani Kasia pozwala się dzieciom wyspać, potem się ubierają, zjedzą śniadanie i zabierają się za podręczniki. – Julka uczy się sama i woła mnie tylko wtedy, gdy czegoś nie rozumie, lub bym ją przepytała, młodsze dzieci trzeba jednak pilnować i mobilizować – uśmiecha się. Zatem szkoła bis? – Pracę z podręcznikami wybrałam świadomie, by zostawić im furtkę do powrotu do systemowej szkoły – odpowiada. Z tej furtki skorzystała na razie Julka. Dwukrotnie. Za pierwszym razem, gdy na trzy lata wróciła w czwartej klasie szkoły podstawowej, za drugim, teraz, gdy po dwóch latach „domowego gimnazjum” zaczęła naukę w liceum. Powody tych powrotów były jednak zgoła inne. – Do szkoły podstawowej Julka wróciła ze względu na to, że bałyśmy się stresu związanego z całorocznymi egzaminami. To był bowiem czas, gdy można je było zdawać tylko w nieprzystosowanych do edukacji domowej państwowych szkołach rejonowych. Powrót od liceum to już świadomy wybór córki, która dostała się do I Liceum im. Bartłomieja Nowodworskiego, gdzie w chórze chce realizować swoje talenty muzyczne – wyjaśnia pani Lepszy-Muszyńska.
 
Elastycznie
Skojarzenie systemu, który wprowadziła w edukacji domowej swoich dzieci pani Kasia ze szkołą bis jest jednak tylko częściowo trafne. Po pierwsze, w domu Muszyńskich nie ma sztywnych godzin nauki. – Gdy któreś z nich ma gorszy dzień, zrobimy mniej, by nadrobić materiał kiedy jest wena. Poza tym, gdy rano świeci piękne słońce, to dzieci idą pojeździć na rowerach, szkoda by nie korzystały z tak pięknej pogody – tłumaczy. W tym samym czasie rówieśnicy Leonarda czy Kornelki siedzą w ławkach, próbując skoncentrować się na tym, co próbuje im przekazać nauczyciel. Wiedzę z podręczników pani Kasia stara się urozmaicić. – Chodzimy na koncerty, wystawy, do parku, niesamowite możliwości daje też internet – tłumaczy. Na ostatnich wakacjach we Włoszech najmłodsze dzieci poznawały starożytne zabytki kilku miast. – To są bezcenne doświadczenia, których nie zastąpi żadna książka – przekonuje. A egzaminy? – Rok szkolny w domu zaczynamy z kilkudniowym poślizgiem, a i tak zwykle materiał mamy przerobiony w całości już w marcu – śmieje się. Jak to możliwe? – Uświadomiłam sobie, że kiedy my realizujemy program w domu, dzieci w szkole tracą czas – zaskakuje. Gdy pytam na co, pani Kasia mówi o sprawdzaniu obecności, o uciszaniu klasy, o skupianiu się nauczycieli na słabszych uczniach. Pani Kasia dba nie tylko o wrażliwość i rozwój intelektualny swoich dzieci. Nie zapomina też o ich tężyźnie fizycznej. – Dużo jeżdżą na rowerach, chodzą raz w tygodniu na basen, a młodsi jeszcze jeżdżą na koniach – wylicza. – Gdy Julka wróciła do szkoły, była jedną z najzdrowszych uczennic w klasie – śmieje się.
 
Nie dla harpagana
Zbyszek Borys porównał szkołę systemową do wojska. – Ma rację, bo obecny system edukacji pochodzi z Prus, a w zamierzeniu Bismarcka miał on wyhodować idealnego urzędnika lub wojskowego – tłumaczy pani Kasia. – Jako rodzice musimy sobie odpowiedzieć, czy chcemy wychować harpagana, albo korporacyjnego urzędnika, czy ważniejsze jest dla nas wykształcenie wrażliwego i subtelnego człowieka – pyta. Ona postawiła na to drugie. Nie stroniąc od nauki odpowiedzialności, mocno wsłuchuje się w potrzeby swoich dzieci. – Kornelia zapragnęła iść na balet, to zapisałam ją na tańce. Leonard lubi majsterkować i budować, więc tworzy w domu przeróżne pudełka i kasetki. Julka wróciła do szkoły tylko dlatego, by realizować się w chórze i koncertować z nim po całym świecie – mówi. Pani Kasia zwraca też uwagę na rozwój emocjonalny dzieci. – Harmonijny rozwój osobowości zapewniają rodzice, to oni dają dziecku komfort i bezpieczeństwo. Budują też poczucie wartości. Tak przygotowane dziecko może potem wrócić do szkoły, bo zna swoją wartość. Ono w przyszłości zbuduje dobre relacje z innymi – tłumaczy. Podobnie do niej myślą już w naszym kraju zaangażowani rodzice blisko 10 tys. dzieci...

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 38/2016