Logo Przewdonik Katolicki

Odpowiedzialność za wspólnotę

Jacek Borkowicz

Kryzys konstytucyjny skłania wielu katolików do postawienia sobie pytania: po której stronie mam się opowiedzieć? Jaką postawę wobec zmian, które zaszły po 25 października, nakazuje mi Ewangelia?

Przede wszystkim należy pamiętać, że chrześcijanin, zarówno w swoich wyborach indywidualnych, jak i społecznych, kieruje się wolnym głosem sumienia. Chrześcijańskie sumienie nie jest bynajmniej indywidualnym widzimisię, kształtuje je nauka Kościoła, wszelako – dzięki wskazaniom sumienia – odpowiedzialność za dokonane wybory moralne spada wyłącznie na indywidualnego wiernego. Nikt, żaden urząd ani wspólnota w Kościele, nie może go od tej odpowiedzialności zwolnić, przejmując odeń – w części lub w całości – władzę wskazywania, w którym kierunku ma pójść. Dorosły chrześcijanin porusza się na własnych nogach, bez podpórek, kierując się tam, gdzie wskaże mu drogę jego własne sumienie. Tyle tylko, że nie robi tego po omacku: oświetla sobie wędrówkę trzymaną w ręku lampą Dekalogu.

Spór uprawniony
Zasada ta prowadzi nas do pierwszego konkretnego wniosku: polski katolik nie musi popierać ani PiS, ani KOD (tak sobie, dla uproszczenia, nazwijmy obu głównych antagonistów). Nie odnosi się też doń moralny zakaz przynależenia do którejkolwiek z tych formacji. Mimo ostrego sporu politycznego żadna z jego stron – przynajmniej jak do tej pory – nie przekroczyła granicy, poza którą niemożliwy byłby moralnie usprawiedliwiony udział w niej wyznawców Chrystusa. Innymi słowy, dopuszczalny jest spór dwóch polskich katolików, z których jeden należy do PiS, drugi zaś do KOD. Spór taki będzie zapewne ostry, jednak żadnej ze stron nie wolno w ferworze dyskusji wykluczać drugiej z Kościoła.
Ta konstatacja winna działać jak kubeł zimnej wody na rozpalone polskie głowy. Podzieliliśmy się biegunowo na dwa obozy, ale chrześcijanin winien przy tym pamiętać, że poza polityką istnieją także inne wymiary oceny rzeczywistości. 
To jednak zaledwie stwierdzenie wstępne. Gdyby na nim poprzestać, czytelnik mógłby słusznie oskarżać autora tego tekstu o łatwiznę, ocierającą się o wazeliniarstwo. Poza indywidualnym sumieniem istnieje jeszcze poczucie odpowiedzialności za wspólnotę. Łączy ono nas, chrześcijan, z tymi, którzy nie uznają boskiej natury Chrystusa, zarówno wierzącymi inaczej, jak i ateistami. I ono to nakazuje nam aktywnie dążyć do sytuacji, w jakich najlepiej manifestuje się zasada wspólnego dobra. Cóż ona oznacza? Nie można przecież wszystkim naraz dogodzić. To jasne, ale ten właśnie, oczywisty wniosek, był punktem wyjścia dla twórców owej zasady – starożytnych prawodawców, operujących na gruncie klasycznego prawa rzymskiego. W jego bowiem ramach rozwijała się przez ostatnie dwa tysiące lat cywilizacja Europy, zwana także cywilizacją chrześcijańską. Dlatego też pojęcia odnoszące się do prawa rzymskiego będą stale obecne w tym artykule.

Zasada dobra wspólnego
Wróćmy do zasady dobra wspólnego. Nie można jej wyjaśnić prościej, niż za pomocą matematyki. Chodzi o to, aby społeczeństwo osiągało możliwie jak największą sumę wartości uznawanych za dobro przez uczestniczące w nim jednostki. Pod jednym wszak warunkiem: obywatele muszą uczestniczyć we wspólnych korzyściach proporcjonalnie, inaczej nadmiar dobra (wolności), przysługujący jednemu, będzie realizowany kosztem innego.
Ta zasada funkcjonowała dość prosto w odniesieniu do dawnych społeczności, kierujących się prawami demokracji bezpośredniej, w której całą władzę wybierali wszyscy metodą wiecową. Wspólnoty rozwinięte składają się, jak wiadomo, z różnego rodzaju grup. Jest rzeczą naturalną, że członkowie takich grup w praktyce stawiają wyżej własny, grupowy interes, nad interesem powszechnym (nazwijmy go racją stanu), często nawet świadomie utożsamiając jeden i drugi. Tu właśnie rodzi się komplikacja, bowiem postulatu dobra wspólnego nie można już określić za pomocą prostej sumy dóbr indywidualnych, które dałoby się równo podzielić. Jeśli już pozostajemy przy matematycznych porównaniach, jest to raczej suma nierównych korzyści poszczególnych grup. Korzyści te są jednak ograniczane tak, aby żadna z tych grup nie wyzyskiwała reszty społeczeństwa.

Konglomerat interesów
To jednak jest bilans trudny do zrobienia. Podam przykład. W stuosobowej grupie sprawiedliwe rozdzielenie stu bochenków chleba jest rzeczą prostą, gdyż łatwo jest wszystkim wytłumaczyć logikę zasady „jeden bochenek na jedną osobę”. W wielomilionowym społeczeństwie, składającym się z różnorakich, większych i mniejszych grup nacisku, większą nośność zawsze będzie miało hasło: „Poprawmy sytuację własnej grupy”. Dzieje się tak, bo postulat racji stanu staje się tutaj mało wyrazisty, przenosząc się w sferę abstrakcji. W tym stanie rzeczy wielu macha ręką na dobro wspólne, uznając że jego miary nie da się określić, bądź że coś takiego w ogóle nie istnieje.
W takiej sytuacji żyją obecnie Polacy. Jesteśmy konglomeratem interesów najróżniejszych środowisk: górników, rolników, emerytów, sędziów (przykłady można mnożyć). Każde z nich, owszem, głośno mówi o interesie narodowym, tak się jednak składa, że interes ten utożsamiany jest z interesem grupy. Oczywiście własnej. Na to nakłada się jeszcze konflikt polityczny. Obie zwalczające się strony operują poważnymi argumentami: zwolennicy KOD wtedy, gdy wskazują na konkretne, niewydumane przykłady łamania prawa przez partię rządzącą obecnie, zwolennicy PiS – gdy piętnują konkretne przykłady naginania prawa w celu oligarchizacji polskiej polityki, które miały miejsce za rządów PO. Każda ze stron upiera się, że to właśnie ona reprezentuje polską rację stanu. Obóz władzy zachowuje się w sposób odbierany przez przeciwników jako arogancki i zmierzający ku dyktaturze. Z kolei opozycja, w jej antyrządowej retoryce, zapędziła się do punktu, z którego – jak się powierzchownie wydaje – nie ma już powrotu do postawy trzeźwego dialogu.
Taka perspektywa nie wróży niczego dobrego. Ludziom PiS, nawet przy najlepszych chęciach, nie uda się przecież doprowadzić do realnych reform przy tak szerokim zasięgu społecznego oporu. A ludzie KOD – co chyba sami już widzą – nie zdołają przekonać większości Polaków do postulatu „obrony demokracji”, gdyż odbierany jest on jako niewiarygodny. Gołym okiem widać, jak zmierzamy prostą drogą albo do trwałego paraliżu państwa, albo do wybuchu niszczących walk wewnętrznych.

Inna droga
Czy nie ma innej drogi? Owszem, jest nią droga zaufania. Jeśli nie mamy się wzajemnie pozabijać, musimy udzielić sobie chociażby minimalnego kredytu zaufania, który umożliwi nam wspólne wypracowanie drogi wyjścia z kryzysu. Bo nie uda się to na pewno żadnej ze stron, jeśli będzie działała osobno i przeciw drugiej. Potrafiliśmy usiąść do okrągłego stołu nawet z namiestnikami sowieckiego hegemona – dlaczegóż zatem nie moglibyśmy powtórzyć tego manewru sami ze sobą? Ludzie KOD winni jednak zrozumieć, że Polska dojrzała już do nowej konstytucji, a znienawidzone przez nich pojęcie Czwartej Rzeczypospolitej może być neutralnym opisem politycznej rzeczywistości. Z kolei ludzie PiS musieliby uznać, że konstytucja to zbyt poważny akt prawny, aby jego uchwalenie w prosty sposób powierzać parlamentarnej, partyjnej większości. Tutaj potrzebny jest „pakt narodowy” – na wzór tego, jaki zawarliśmy 3 maja 1791 r.
A jednym i drugim przyświecać powinny zasady, jakimi od stuleci kierowała się praworządność europejska. Jedną z naczelnych sformułował tu św. Tomasz: każda norma prawna musi mieć za cel dobro ogółu. Z tej właśnie zasady należałoby wywodzić wszystkie prawa szczegółowe, określające ramy nowej konstytucji.
Na koniec cytat z Monteskiusza. Autor Ducha praw bardzo przestrzegał przed przyjęciem modelu państwa, gdzie „urzędnik jako wykonawca posiada władzę, którą przyznał sobie jako ustawodawca. Może on pustoszyć państwo przez swe ogólne chęci, a że posiada jeszcze władzę sądzenia, może zniszczyć każdego obywatela przez swe szczegółowe pragnienia”. Nie można zapominać o tych słowach, szukając drogi wyjścia z kryzysu konstytucyjnego.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki