Logo Przewdonik Katolicki

Ostatni oddech

Renata Krzyszkowska

Rozmowa z prof. Krzysztofem Kuszą, krajowym konsultantem w dziedzinie Anestezjologii i Intensywnej Terapii, o terapii osób podtrzymywanych przy życiu za pomocą aparatury.

Czym jest terapia uporczywa?
– Wolę określenie terapia daremna. W dziedzinie, którą reprezentuję, czyli anestezjologii i intensywnej terapii, niektóre procedury medyczne są bardzo inwazyjne i wyjątkowo dokuczliwe dla chorego, ale stosujemy je, gdy tylko jest szansa, że uratują komuś życie. Dopóki wiedza medyczna każe dawać nadzieję na poprawę, robimy wszystko, co należy, by chorego uratować. Nie jesteśmy jednak cudotwórcami. Są sytuacje, w których wiadomo, że mimo największych wysiłków pacjent i tak nie przeżyje. Dzieje się tak, gdy uszkodzenie narządów jest zbyt rozlegle i nieodwracalne albo pacjent ma np. powyżej 90 lat i śmierć zbliża się w sposób naturalny i z racji licznych chorób przewlekłych kluczowe organy nie są już w stanie funkcjonować, lub podczas poszerzonej diagnostyki rozpoznajemy np. bardzo zaawansowany proces nowotworowy nieuchronnie prowadzący do szybkiej śmierci, bo medycyna jest bezradna. W takiej sytuacji stosowanie wszystkich bardzo inwazyjnych procedur właściwych dla intensywnej terapii staje terapią daremną i  może nawet nosić znamiona świadomego narażenia chorego na cierpienie, które nie może doprowadzić do jego wyleczenia.
 
Wszystkie inwazyjne procedury są bardzo bolesne?
– Gdybyśmy nie stosowali środków analgetycznych [środków przeciwbólowych – przyp. red.] i sedacji [obniżenie aktywności ośrodkowego układu nerwowego za pomocą środków farmakologicznych bez wyłączenia świadomości  – przyp. red.], to niektóre tak. W zależności od stanu chorego wprowadzamy go w płytszy lub głębszy sen. Przyspiesza to regenerację i zdrowienie organizmu, pozwala uniknąć bólu i realizować zadania terapeutyczne. Przede wszystkim jednak nie możemy pozbawiać pacjenta godności, a dzieje się tak zawsze, gdy narażamy pacjenta na cierpienia, wiedząc, że jest to już nieefektywne i bezcelowe. Wtedy pozostawiamy tylko takie urządzenia i procedury, które stosowane są w medycynie paliatywnej, czyli poprawiającej jakość życia w terminalnym okresie choroby. Robimy wszystko, by chory nie odczuwał bólu i lęku. Jeśli źle oddycha, to sztucznie go wentylujemy, jeśli nie może przełykać, to karmimy go przez sondę lub robimy to dożylnie. Jest zatem wolny od uczucia duszności, głodu, pragnienia i bólu. Jasno jednak należy powiedzieć, że intensywna terapia pozostaje bez związku merytorycznego z opieką paliatywną i mówię to dlatego, że niektóre media mylą te pojęcia.
 
Domyślam się, że rozstrzygnięcie, czy pacjent rokuje szanse na przeżycie, czy też nie – bywa trudne.
– Wbrew pozorom nie, gdyż o tym, czy zaprzestać inwazyjnego leczenia i przejść do opieki paliatywnej, nie decyduje jeden lekarz, ale zawsze poprzedzone jest to konsultacjami z lekarzami różnych specjalności, o dużym doświadczeniu i na podstawie gruntownego rozpoznania. Kłopoty wynikają raczej, co paradoksalne, z dynamicznego rozwoju intensywnej terapii. Kiedyś na naszym oddziale pacjenci przebywali kilka dni i albo ich ratowaliśmy, albo umierali. Dziś funkcje niektórych narządów potrafimy podtrzymywać długo, nawet jeśli nie daje to szans na wyzdrowienie. Trudno jest wytłumaczyć rodzinom, że czasem wszystkie te zabiegi przestają mieć sens i do niczego nie prowadzą. Nieraz słyszymy, żeby nie zaprzestawać w wysiłkach i cały czas robić wszystko, co w naszej mocy. Rodzinie trudno zrozumieć, że nasze zabiegi nie doprowadzą już do poprawy, a choroba prowadzi do nieuchronnej śmierci
 
Czy przypadkiem z daremną terapią nie mamy do czynienia w przypadku kierowcy formuły jeden Michaela Schumachera, który dwa lata temu uległ wypadkowi i żyje tylko dzięki intensywnym zabiegom medycznym ?
– Z tego co wiem, to nie, bo on jest w stanie wegetatywnym, samodzielnie oddycha i ma zachowaną przytomność, ale bez świadomości, co oznacza, że nie nawiązuje kontaktu ze światem zewnętrznym (jeśli wierzyć mediom oczywiście). Z takiego stanu pewnej grupie chorych udaje się jednak wyjść, czasem po miesiącach, innym po latach, podobnie bywa w przypadku śpiączki, bo stan wegetatywny to po prostu rodzaj śpiączki. U takich chorych wszystkie wykonywane zabiegi nie mają znamion daremnej terapii. Podobnie nie ma o niej mowy, gdy pacjent jest przytomny, świadomy, a jedynie z powodu choroby nie może samodzielnie oddychać. Odłączanie go od respiratora byłoby zwykłym zabójstwem.
 
Z respiratorem jest jeszcze taki problem, że z prawnego punktu widzenia łatwo do niego podłączyć pacjenta, a odłączyć już nie, nawet jeśli przysparza mu to tylko niepotrzebnych cierpień.
– W Polsce jeśli już podłączymy pacjenta do respiratora, to o ile nie podejmie samodzielnego oddychania, już nigdy go nie odłączamy z wyjątkiem orzeczenia zgonu, no i oczywiście wyzdrowienia, co dzieje się najczęściej. Cały czas jednak sprawdzamy, czy pacjent nie odzyskał zdolności samodzielnego oddychania. W ciągu np. studniowego pobytu na oddziale sprawdzamy to jakieś kilkadziesiąt lub więcej razy. Jeśli mięśnie oddechowe i przepona pacjenta podejmą prawidłową pracę, respirator nie jest potrzebny. W przeciwnym wypadku odłączony od respiratora chory by się udusił.
 
Ale to nie jest daremna terapia i niepotrzebne przedłużanie umierania?
– W Wielkiej Brytanii chorzy np. na POChP [przewlekła obturacyjna choroba płuc – przyp. red.], którzy nie są już w stanie samodzielnie oddychać i są podłączeni do respiratora – wiedząc, że nigdy nie powróci im wydolny spontaniczny oddech – zostają odłączeni od respiratora na własną prośbę związaną z wcześniej złożoną deklaracją lub deklaracja ta jasno określa, że odmawiają wentylacji mechanicznej w przebiegu takiej choroby. Wcześniej otrzymują odpowiednie dawki morfiny, która znosi uczucie duszności i zmniejsza częstość oddechów do kilku na minutę. W obecności rodziny lekarz wyłącza respirator i pacjent po prostu łagodnie umiera. Nie ma to nic wspólnego z eutanazją, jest tylko zaprzestaniem daremnej terapii. Pacjenci nawet zawczasu podpisują specjalną klauzulę, w której proszą, by nie podtrzymywać ich przy życiu za wszelką cenę. Robią to, gdy jeszcze mogą sobą dysponować. Natomiast 80 proc. chorych oddziałów anestezjologii i intensywnej terapii w Polsce nie jest już w stanie wyrazić swej świadomej woli.
 
W Polsce prawo nie przewiduje takiej klauzuli. Jeśli pacjent napisze swój „testament życia”, poprosi, by nie ratować go, gdy trwale utraci świadomość i nie będzie możliwości wyleczenia, to i tak nie ma to żadnej mocy prawnej. 
– Tak. Przeciwnicy takiego testamentu życia twierdzą, że nigdy nie można mieć pewności, że osoba, która go napisała, będąc jeszcze zdrową, w obliczu ciężkiego stanu może inaczej popatrzeć na swoją decyzję i zechcieć zmienić zdanie, a nie będzie już do tego zdolna. Na dzisiaj wszystko, co lekarze mogą zrobić dla takiej osoby, to uśmierzać ból, poić, karmić, zabezpieczać oddech, by nie czuła duszności, i wszystko to robić aż do śmierci, jednocześnie nie narażając tej osoby na badania i terapie, które nie dadzą już żadnego skutku. Zostawiamy tylko te procedury, które pozwalają mu godnie, naturalnie umrzeć.
 
Kościół katolicki w swoim Katechizmie dopuszcza odstąpienie od daremnej terapii, jednak podłączenie do respiratora nie jest w Polsce traktowane jak uporczywa terapia.
– Przeciwko odłączeniu często protestują rodziny chorych. Pamiętam pacjentkę w wieku 85 lat, po rozległym krwotocznym udarze ośrodkowego układu nerwowego, z niepomyślnym rokowaniem. Jej córka domagała się, by nie zaprzestawać stosowania wszystkich wdrożonych procedur. Straszyła prokuratorem i się wręcz odgrażała. Po trzech miesiącach poprawy nie było i córka zaczęła się niecierpliwić, ciągłe chodzenie do szpitala zaczęło być męczące. Terapia zrobiła się uporczywa także dla córki, jej wola walki o matkę osłabła.
 
W przypadku umierających dzieci rodzicom chyba trudniej zrezygnować z daremnej terapii. Mogliby latami nie odchodzić od jego łóżka, byle mieć nadzieję, że kiedyś jego stan się poprawi…
– Niestety, dzieci też umierają. Im krócej używamy aparatury sztucznie podtrzymującej życie, tym lepiej. Im dłużej za chorego pracują maszyny, tym mniejsza szansa na poprawę. Pobyt na oddziale intensywnej terapii ma służyć leczeniu chorych, a nie poprawie samopoczucia rodziny, która woli siedzieć przy łóżku chorego niż pogodzić się z myślą, że nie ma dla niego ratunku. Na szczęście w ustawie o zawodzie lekarza i w kodeksie etyki lekarskiej jest zapis, że lekarz nie ma obowiązku prowadzić terapii, która tylko przedłuża umieranie i prowadzi do niepotrzebnych cierpień. 



Prof.  Krzysztof Kusza
Krajowy konsultant w dziedzinie Anestezjologii i Intensywnej Terapii, prowadzi wykłady w Collegium Medicum im. Ludwika Rydygiera w Bydgoszczy; lekarz w Szpitalu Uniwersyteckim nr 1 w Bydgoszczy.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki