Logo Przewdonik Katolicki

Śmierć to część życia

Renata Krzyszkowska
Prof. L. Drobnik / fot. J. Tomaszewski

Rozmowa z prof. Leonem Drobnikiem, kierownikiem Katedry Anestezjologii i Intensywnej Terapii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, o granicy między śmiercią a śpiączką.

Czy często spotyka się pan ze śmiercią?
 
– Jestem anestezjologiem i pracuję na oddziale intensywnej terapii, więc niestety tak.
 
A pamięta pan pierwszego pacjenta, którego śmierci był Pan świadkiem?
 
– To był trzyletni chłopiec. Jako świeżo upieczony lekarz odbywałem staż w szpitalu. Dziecko miało ciężkie zapalenie płuc, leżało pod tlenem. W środku nocy jego stan się nagle bardzo pogorszył. Dziecko, które było tak osłabione, że przez ostatni czas tylko leżało i spało, nagle stanęło w łóżeczku, zaczęło się śmiać i wyciągać rączki do kogoś, kogo ja nie widziałem, byliśmy w pokoju sami. Wkrótce doszło do zatrzymania akcji serca i reanimacja nie dała rezultatu. Potem byłem też świadkiem wielkiej rozpaczy rodziców.
 
Czym mogło być spowodowane takie zachowanie chłopca?
 
– Wyrzutem neurotransmiterów i endorfin  w mózgu, do czego często dochodzi, gdy mózg jest w silnym kryzysie. To może być miłe doznanie, bo mogą temu towarzyszyć przyjemne wizje, np. kwiatów, zapachów, dźwięków, pojawia się poczucie szczęścia i radości. Być może wytłumaczenie tego stanu jest zupełnie inne. Nasze życie jest niesamowitą energią, nie do końca zbadaną. Tak jak życie każdego człowieka jest wyjątkowe i niepowtarzalne, tak i każdy ma niepowtarzalną śmierć: w innym otoczeniu, wśród innych ludzi i z innym scenariuszem.
 
Czy zgodzi się Pan z powiedzeniem: „Jakie życie, taka śmierć”?
 
– Nie wiem. Myślę, że śmierć jest i pozostanie dla nas zagadką. Choć nauka wie coraz więcej, cały czas jest jakaś ściana, która strzeże jej tajemnic. Nawet jak umierający leży spokojnie, nieruchomo, często bezwładnie, to i tak często widać, że gdzieś w jego głowie dużo się dzieje. Jego czoło może być rozpalone, oddech przyspieszony, oczy pod zamkniętymi powiekami jakby coś śledziły, coś widziały, jakby z kimś rozmawiał, czegoś doświadczał, ale to coś jest poza naszym wglądem. Taki stan wzmożonej aktywności poprzedza moment śmierci i następujący po niej całkowity spokój. Takie są moje prywatne spostrzeżenia.
 
Jak zmieniał się Pana stosunek do śmierci na przestrzeni lat?
 
– Jak każdy człowiek mam odruch ratowania swego życia wszelkimi sposobami, chcę żyć. Miałem jednak okazję obserwować różne momenty odchodzenia z tego świata  i wiem, że to proces naturalny i bardzo ważna chwila, jakby nasz ostatni egzamin, zakończenie. Jako dziecko bałem się śmierci, dziś już chyba nie. Śmierć to część życia. Nauczyłem się, że nawet jeśli umierający wydaje się już niczego nieświadomy, może nas słyszeć. Potwierdza to nauka. Pacjenci znieczuleni do operacji, choć narkoza działa, nie są pozbawieni świadomości, tak samo jak nie opuszcza nas świadomość podczas zwykłego snu. Gdy śnimy, to zawsze wiemy, że my to my. Póki żyjemy, świadomość nigdy nas nie opuszcza. Gdy nieprzytomnych chorych odwiedzają rodziny, zawsze prosimy, by łagodnie i optymistycznie do nich przemawiały, bo najprawdopodobniej oni to słyszą.
 
Czy podobnie może być w śpiączce?
 
– Tak. Śpiączka jest snem wywołanym zaburzeniem czynności mózgu. Zwykły sen to dla mózgu praca, porządkowanie pamięci i nowych informacji, usuwanie z tkanek mózgowych tego, co niepotrzebne. Śpiączki są różne. Z tych wywołanych urazem można czasami wyjść obronną ręką. Organizm nieraz potrzebuje śpiączki jak lekarstwa, bo podczas jej trwania mózg zużywa mniej energii i komórkom mózgowym łatwiej przetrwać ten zdrowotny kryzys. To dlatego czasami pacjentów specjalnie wprowadza się w stan śpiączki farmakologicznej. Śpiączka występująca samoistnie jest jednak zawsze dowodem głębokiego uszkodzenia mózgu. Gdy trwa, nie da się przewidzieć, czy będzie to proces odwracalny.
 
Wiele nieporozumień budzi stwierdzanie śmierci mózgu u ofiar wypadków, których ciało podłączone do aparatury wciąż żyje. Rodziny chcą wierzyć, że mózg ich bliskiego nie umarł, a jedynie jest w śpiączce.
 
– Śmierć mózgu to śmierć człowieka, dlatego po stwierdzeniu śmierci mózgu można pobrać od zmarłego organy do przeszczepu. Po śmierci mózgu ciało to już tylko zwłoki z bijącym sercem. Jeśliby nie odłączać aparatury, ciało i tak zacznie powoli obumierać, każdy narząd w swoim własnym tempie. Czasami proces ten przebiega dość szybko, czasami wolno, ale zawsze ma miejsce, doprowadzając do procesów gnilnych. Widok wtedy nie jest przyjemny. Dobrze przeszkolony personel medyczny powinien umieć szczerze i taktownie rozmawiać z rodziną, by jej to wszystko uświadomić. Rodzina, widząc wcześniej ogromne zaangażowanie personelu medycznego w ratowanie ich bliskiego, łatwiej też przyjmuje od nich te trudne słowa i dlatego częściej zgadza się np. na pobranie od zmarłego narządów, które mogą jeszcze komuś pomóc.
 
Tak jak ostatnio zgodziła się na to rodzina studenta, który zginął w czasie paniki, jaka wybuchła na imprezie masowej w Bydgoszczy.
 
– Taka postawa jest coraz częstsza. Jestem pełen szacunku do takich osób. Jeśli mimo bólu chcą pomóc innym, to zdają egzamin z człowieczeństwa na ocenę celującą.
 
A jakaś cząstka ich zmarłego będzie żyć w innych.
 
– Tak, ale i bez tego w każdym z nas w jakimś sensie żyją zmarli. Każdy z nas ma w sobie pamięć poprzednich pokoleń. Przechowywana jest ona nie tylko w chromosomach, ale także gdzieś w zakamarkach mózgu. W momentach krytycznych, albo w wielkim napięciu układu nerwowego, może się ona ujawniać. Słyszałem o dziecku, które przez sen zaczęło mówić językiem, którego nikt nie rozumiał. Potem okazało się, że dziecko mówiło po litewsku, skąd pochodzili jego dziadkowie, choć ich nie znało. Wiele rzeczy jest przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Talenty, skłonności, ale i gotowa wiedza. Za to prof. Konrad Lorenz otrzymał Nagrodę Nobla. To on zaobserwował, że np. kurczaki, które wykluły się w inkubatorze, przez nikogo nie uczone uciekały z podwórka widząc cień jastrzębia.
 
To miłe wiedzieć, że poprzednie pokolenia żyją w nas.
 
– Dlatego tak lubię Dzień Wszystkich Świętych. To dla mnie święto nadziei. Lubię być wtedy na cmentarzu, rozmyślać o tych, którzy odeszli, obserwować spadające liście, wpatrywać się w płomienie lampek. Nie wszędzie na świecie ten dzień obchodzony jest tak uroczyście jak u nas, a szkoda, bo wspominanie zmarłych może dawać otuchę i poczucie ciągłości, którego potrzebujemy.



Prof. Leon Drobnik
Kierownik Katedry Anestezjologii i Intensywnej Terapii Uniwersytetu  Medycznego w Poznaniu.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki