Logo Przewdonik Katolicki

Roz-separowanie

Dorota Niedźwiecka
Dr hab. Andrzej Ładyżyński / fot. Dorota Niedźwiecka

Właściwą drogą jest uwolnienie dziecka, pozwolenie na odejście mu w przyjaźni, bez gniewu czy rozczarowania. Rozmowa z dr. hab. Andrzejem Ładyżyńskim.

Sytuacja: młodzi małżonkowie urządzają swoje pierwsze mieszkanie. Mama jednego z nich domaga się, by uczestniczyć w wybieraniu mebli, tato szczegółowo dopytuje o finanse. Dla młodych to niekomfortowe. Co mogą zrobić?
– To naturalne, że rodzice chcą pomóc. Jednak moment wychodzenia młodych z domu jest odpowiedni, by zastanowić się, jaki poziom pomocy jest im potrzebny i czy o niego proszą. Optymalne wydaje się, gdy rodzice proszeni – pomagają, a nieproszeni – wstrzymują pomoc. Mając na uwadze, że są w momencie, gdy każda z rodzin na nowo organizuje swoje życie – młodzi po raz pierwszy, rodzice po raz kolejny, dostosowując się do nowych warunków.
 
Czy wielu jest takich rodziców, którzy po ślubie dzieci intensywnie żyją ich życiem?
– Nie ma takich statystyk. Pewnie jest tak, że większość rodziców chciałaby partycypować w życiu dzieci. Przez 20, 25, 30 lat dziecko było z nimi w domu, trudno im więc zrezygnować z intensywnego kontaktu. Formy wypracowane dotychczas wydają się niekiedy być jedynymi możliwymi. Rodzicom wydaje się też, że one niczemu nie szkodzą. Że w sposobach kontaktu nic nie trzeba zmieniać.
 
A co trzeba zmieniać? Co np. robić zamiast odwiedzania ukochanej córki lub syna codziennie?
– Nawet nie dzwonić codziennie. Dać szansę, by to dzieci inicjowały spotkanie. Jeśli dzwonię, to raz do córki/syna, a raz do zięcia/synowej. Takim zachowaniem przekazuję, że ważna jest dla mnie także relacja z tym dzieckiem, które wchodzi do mojej rodziny.
Na miejscu rodziców, w tym nowym kontekście myślałbym w kategoriach: dawać pole wolności. Wielu młodych małżonków jako opresywne odbiera częste dzwonienie i zbyt roszczeniowe zapraszanie na obiady. Bywa, że nie mogą zjeść sami obiadu w niedzielę, bo odmówienie rodzicom wiąże się z obrazą. Z mówieniem, że gardzą relacją. Na pewno właściwą drogą jest uwolnienie  dziecka, pozwolenie na odejście mu w przyjaźni, bez gniewu czy rozczarowania, że ten kontakt nie jest taki, jak był. On nie może już być taki.
 
Jak rodzice mogą sobie poradzić z poczuciem pustki?
– Zająć się przede wszystkim sobą: zacząć spełniać swoje marzenia, wracać do pasji, na które nie mieli dotąd czasu. Wiele osób ma pomysł na budowanie siebie wraz ze współmałżonkiem. Moi znajomi na przykład zaczęli intensywnie razem spacerować. Wyjeżdżają codziennie na pętlę tramwajową i stamtąd wracają pieszo. Prosta rzecz, a przeprowadzana w dialogu, więzi, niezwykle umacnia. Jeśli więź małżeńska była do tej pory satysfakcjonująca, ten moment to szansa na bycie ze sobą w nowy, szalenie atrakcyjny sposób. Dawniej musieliśmy godziny dla siebie wyciągać z dnia pełnego obowiązków, teraz ten czas jest nam dany.
 
A jeśli małżeństwo rodziców nie jest w dobrej kondycji?
– Jeśli np. porozumiewaliśmy się przez dziecko, a ono odchodzi, okazuje się, że nie mamy przez kogo do siebie mówić. To głębszy temat, na inną rozmowę.
 
Kolejna sytuacja: młody małżonek codziennie po pracy jedzie do mamy, by jej pomóc. Do żony wraca wieczorem. Mama jest zdrowa i samodzielna.
– Pytanie: dlaczego chodzi do mamy? Dobrze jest uświadomić sobie, że wejście w rolę męża czy żony powoduje zmianę, a dokładnie mówiąc: osłabienie relacji pomiędzy synem, córką a rodzicami. Ważne, by mieć tego świadomość. Bez tej świadomości syn lub córka dalej będą się czuli zobowiązani, by zaspokajać potrzeby rodziców. Mogą być dwie przyczyny tego, że młody mąż zahacza tak często o dom matki i przebywa w nim tak długo. Albo nie zdołał się roz-separować, czyli odejść od rodziców albo w związku małżeńskim dzieje się coś takiego, że ma chęć do niego nie wracać, tylko zaznać raz jeszcze poczucia bezpieczeństwa w rodzinnym gnieździe. To sytuacja – być może – nie do końca dojrzałego radzenia sobie z rzeczywistością, w której się znalazł.
 
Mówi Pan o roz-separowaniu. Często nazywa się je przecięciem pępowiny.
– To ładna nazwa. Bardzo interesujący jest zestaw metafor, którymi określamy czas odchodzenia z domu. „Zerwanie pępowiny”, ale też „puste gniazdo” – niezwykła metafora, pokazująca to, że gniazdo było pełne życia, tętniące, że życie się w nim kształtowało, a teraz jest tego życia pozbawione. Termin „gniazdowniki” – czyli młodzi, którzy jako dorośli nie wychodzą z domu. „Bumerangi” – to brzmi żartobliwie, symbol jest jednak mocny i myślę, że czytelny. „Drzwi obrotowe”, czyli młody człowiek, który pozornie wychodzi z domu, ale jak w drzwiach obrotowych: nie zdąża wyjść po ich drugiej stronie, i powraca. Ta wielość językowa pokazuje bogactwo i zainteresowanie społeczne okresem wychodzenia z domu.  
 
Wyzwanie stawiają nam w tym czasie głównie emocje: poczucie przywiązania do rodziców.
– Bo to kluczowa relacja, więź z tzw. rodziną nuklearną: matką, ojcem, rodzeństwem. Poluźnienie relacji z nimi okazuje się w praktyce trudne. Rozstajemy się z poczuciem bezpieczeństwa, ciepła, empatii, jakie daje matka. Rezygnujemy z bliskości z ojcem.
 
Rozmawialiśmy o odwiedzaniu rodziców. Jakie zasady są pomocne w okresie, gdy rozpoczynamy budowanie własnego małżeństwa?
– Myślę, że mniej korzystnym rozwiązaniem jest odwiedzanie rodziców w pojedynkę. Lepiej, byśmy robili to we dwoje. To pokazuje, że budujemy więź niezależną, wzmacniamy w ten sposób kluczową dla nowego życia rodzinnego relację. Z rodzicami byliśmy już 25 lub 30 lat, teraz pora, byśmy byli z partnerem. Jeśli to możliwe – dobrze, by zięć i synowa odwiedzali w pojedynkę swoich teściów. Oczywiście, wszystko w sposób elastyczny.
 
Jak rozmawiać z rodzicami o przemianach w relacji? Czy warto rozmawiać, czy pozostawać na pozawerbalnym akcentowaniu tego, że jesteśmy w małżeństwie?
– Myślę, że jeśli tylko się da, jeśli rodzice są otwarci, warto prowadzić nieustanny dialog. Bo roz-separowanie to trwający w czasie proces. Stawanie się narzeczoną, narzeczonym, żoną, mężem – to wyrazista cezura. Jednak odchodzenie nie dzieje się z dnia na dzień. Trzeba luzować więzi, można początkowo do domu zachodzić częściej, z czasem – coraz rzadziej. Nie po to, by doprowadzić poziom kontaktów do zera, ale by zaakcentować, kto w tej relacji jest najważniejszy. Spodobał mi się przykład, gdy narzeczony w drodze do narzeczonej wysiadał po drodze z tramwaju do mamy na obiad. Narzeczoną to drażniło, termin ślubu się zbliżał. Gdy o tym porozmawiali, narzeczony zasygnalizował mamie, że ten etap się skończył. Że teraz to jego żona przejmie rolę współżywicielki.
 
Nie odchodzi się na złości, gniewie, ale szukając porozumienia?
– Dokładnie. Przy czym łatwiej jest, jak rodzice nie budzą poczucia winy, nie mają pretensji, żalów, nie wmanewrowują w konieczność opieki w momencie, gdy jej nie potrzebują. Znam kuriozalną sytuację, gdy młody żonkoś jeździł 200 km do matki, by wytrzepać dywan. Mama mówiła, że sobie nie poradzi, podczas gdy jej mąż był w pełni sprawny, by to zrobić.  Ten dywan był symbolem nadmiernego przeżywania, że dziecko odchodzi z domu. W takim wypadku to młody człowiek musi postawić granicę: „Musicie sobie z ojcem poradzić z trzepaniem dywanu”. To nie była sytuacja, gdy rodzice w wieku senioralnym potrzebują opieki.
 
Chodziło o to, by postawić jasne granice.  
– Tak, młodzi muszą postawić granice. Optymalnie jest, gdy z drugiej strony stawiają je również rodzice. Ważne jest ich wsparcie dla tej podstawowej grupy: „Wracaj do domu. Nie będziesz tu nocował”. Zamiast tę relację osłabiać: „Taką masz podłą żonę. Zostań. Gdzie może być ci lepiej?”.  
 
W fazie odchodzenia wiele jest trudności, wiele też akcentów radosnych, optymistycznych.
– To prawda. Z jednej strony to faza kurczenia się rodziny. Z drugiej strony – perspektywa na jej rozwój. Zyskujemy kolejnego jej członka, z którym teściowie często nawiązują dobre relacje, przyjemnie im jest ze sobą przebywać. I cudowna relacja z wnuczętami, w której nie musimy podejmować tak wielkiej jak przy własnych dzieciach odpowiedzialności, a która otwiera niezwykłe pole w budowaniu relacji, daje ogromną życiową satysfakcję. Pojawia się perspektywa  nieśmiertelności: jedyna możliwa – poza duchową. My wprawdzie umrzemy, ale nie cali…
 
 
Fot. Dorota Niedźwiecka
Etap odchodzenia z domu  – jak każdy atrakcyjny etap w życiu – wiąże się z wielością emocji – podkreśla dr hab. A. Ładyżyński  
 
 



Dr hab. Andrzej Ładyżyński, pracownik naukowy Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego i terapeuta rodzinny, wykładowca przedmiotów związanych z rodziną i poradnictwem, mąż, ojciec, dziadek dwojga wnuków.
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki