Logo Przewdonik Katolicki

1066 powodów do obaw

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Dla mnie to jest szokujący projekt. Co to ma być? Wzywanie bratniej pomocy, jak w było w 1956 na Węgrzech, czy w 1968 w Czechosłowacji? tak były sędzia Trybunału Konstytucyjnego Wiesław Johann komentował projekt nazywany ironicznie ustawą o bratniej pomocy. I co? I nic. Sejm ustawę uchwalił.

„Dla mnie to jest szokujący projekt. Co to ma być? Wzywanie bratniej pomocy, jak w było w 1956 na Węgrzech, czy w 1968 w Czechosłowacji?” – tak były sędzia Trybunału Konstytucyjnego Wiesław Johann komentował projekt nazywany ironicznie „ustawą o bratniej pomocy”. I co? I nic. Sejm ustawę uchwalił.

Cichuteńko, bez żadnego medialnego rozgłosu, posłowie przegłosowali kilka tygodni temu ustawę nr 1066 o „udziale zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników we wspólnych operacjach lub wspólnych działaniach ratowniczych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”. I to nie jest dobra wiadomość. Dokument ten pod pozorem konieczności dostosowania do unijnego prawa wprowadza niepotrzebne i bardzo niebezpieczne rozwiązania prawne. Oto bowiem w majestacie prawa otwiera się furtkę do legalizacji działań na terenie naszego kraju dla zagranicznych formacji policyjnych i sił specjalnych. A to tak, jakby na własne życzenie pozbywać się jednego z najważniejszych atrybutów naszej suwerenności państwowej.  

 

Widmo pomocy zza Buga

„Po co jest ustawa o bratniej pomocy?”, „Do czego potrzebne są rządowi uzbrojone posiłki z obcych państw?” – pytał poseł Jarosław Zieliński (PiS) w czasie sejmowej debaty poprzedzającej styczniowe głosowanie nad ustawą. Zdaniem Zielińskiego rząd boi się po prostu imprez masowych i demokratycznych zgromadzeń publicznych. „Niechciana władza czuje się zagrożona i stąd to wszystko. Zanim wszyscy podniesiemy rękę i przyciśniemy przycisk, warto się zastanowić nad skutkami tej ustawy na przyszłość” – mówił Zieliński. 

Tymczasem przedstawiciele resortu MSW, który przygotował projekt ustawy, przekonywali, że jej wprowadzenie wynika z decyzji UE o formach współpracy policyjnej przyjętych między krajami Wspólnoty. Wskazywali także, że niemal wszystkie dwustronne umowy o współpracy policyjnej (szczególnie te dotyczące obszarów przygranicznych) umożliwiają zagranicznym funkcjonariuszom używanie broni palnej i środków przymusu bezpośredniego wobec obywateli polskich. Tyle tylko, że – jak kontrargumentowała prawicowa opozycja – do tej pory nie mogli oni tego robić bezkarnie na terenie całego naszego kraju. Ostatecznie wniosek o odrzucenie projektu w całości nie zyskał sejmowego poparcia. Za ustawą opowiedziało się 286 posłów z PO, TR, PSL i SLD, przeciw było 140 z PiS i SP, jedna osoba wstrzymała się od głosu.

Cóż jednak znajduje się w tym, budzącym tak wielkie kontrowersje, dokumencie? Otóż projekt przyjęty przez Sejm zakłada umożliwienie interwencji na terenie naszego kraju odpowiednim zagranicznym służbom w przypadkach ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego, zapobiegania przestępczości, w trakcie zgromadzeń, imprez masowych, klęsk żywiołowych, katastrof oraz podczas działań ratowniczych. Już tylko pobieżny rzut oka na ten katalog okoliczności, daje pogląd na to, jak szerokie spektrum przypadków i możliwości wielorakiej interpretacji stwarza wspomniana ustawa. Czym inny bowiem jest zapewnienie pomocy w razie pościgów transgranicznych albo ratowania ofiar lawin w górach, a zupełnie czym innym np. tłumienie protestów czy manifestacji. A przegłosowany dokument umożliwia i jedno, i drugie.

Teoretycznie w ustawę wpisany jest „bezpiecznik” w postaci decyzji polskiego organu, który musi wyrazić zgodę na udział zagranicznych służb we „wspólnej operacji”. I tak, w przypadku gdy pobyt w naszym kraju zagranicznych funkcjonariuszy lub pracowników z krajów UE przekroczy 90 dni od dnia wjazdu na terytorium RP (a ich liczba nie będzie większa niż 200 osób), decyzję w tej sprawie wydaje m.in. komendant główny policji, komendant straży granicznej i szef ABW. Jeśli termin pobytu przekroczy 90 dni i będzie dotyczył ponad 200 osób, wtedy decyzja należy do ministra spraw wewnętrznych. I wreszcie – uwaga! uwaga! – za zgodą szefa MSW mogą brać udział w operacjach na terenie Polski także funkcjonariusze lub pracownicy „z państw niebędących członkami UE lub państw niestosujących dorobku Schengen”. A więc teoretycznie mogą to być np. milicjanci z Białorusi lub Rosji…

Szkopuł w tym, że wspomniany „bezpiecznik” jest wysoce wątpliwy prawnie. „Ustawa jest niekonstytucyjna, ponieważ państwo na mocy nie umowy, ale decyzji urzędnika przekazuje część swoich kompetencji. To jest możliwe jedynie na mocy umowy międzynarodowej” –zwracał uwagę wspomniany wyżej prawnik Wiesław Johann w rozmowie z portalem wPolityce.pl.

 

Wolnoć Tomku w cudzym domku

Do tej pory wszelkie wspólne międzynarodowe operacje i działania ratownicze regulowane były na podstawie dwustronnych umów międzynarodowych (Polska ma je podpisane ze wszystkimi sąsiadami oprócz  Białorusi), ale dotyczyły ściśle określonych, wyjątkowych sytuacji. Teraz jednak zagraniczne formacje policyjne i specjalne, które zostaną zaproszone do naszego kraju, otrzymają niejako wolną rękę w swoich działaniach. Przyjęta ustawa przyznaje im m.in. prawo do noszenia własnych mundurów służbowych, a także wwozu i posiadania broni palnej, amunicji i środków przymusu bezpośredniego. Ponadto mogą na podstawie polskich przepisów dokonywać kontroli i zatrzymywania pojazdów uczestniczących w ruchu drogowym, a także używać broni i środków przymusu – w tych sytuacjach obowiązują je jedynie obostrzenia i procedury wiążące polskie służby. Na dodatek zagraniczni funkcjonariusze i pracownicy mają podlegać szczególnej ochronie prawnej przewidzianej dla polskich funkcjonariuszy.

W ustawie „o bratniej pomocy” roi się także od przepisów, które przy odrobinie złej woli mogą być interpretowane i naginane we wszystkie możliwe strony. Przykładowo jeden z nich zakłada, że „wspólna operacja” może być wykonywana „w formie wspólnych patroli lub innego rodzaju wspólnych działań w celu ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego oraz zapobiegania przestępczości”. Ale jak zauważył celnie jeden z internautów, „zapobieganie przestępczości” ma przecież miejsce, zanim się ona pojawi. I jak to interpretować?

Podobnie jest z przepisem, który przewiduje pomoc zagranicznych funkcjonariuszy w przypadku udziału „obywateli innych państw w zdarzeniu uzasadniającym przeprowadzenie wspólnej operacji, w szczególności w imprezie masowej lub innym podobnym wydarzeniu, ze względu na jego charakter może powodować istotne zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego”. I tutaj znów samo pojęcie „bezpieczeństwa i porządku publicznego” jest tak szerokie, że pozwala na niemal dowolną jego interpretację.

 

Halt na ulicy

Oburzenia z powodu uchwalenia ustawy nie kryje zwłaszcza grono byłych opozycjonistów, którym przypomina ona najgorsze czasy reżimu komunistycznego. List otwarty w tej sprawie wystosowały m.in. Maria Siła-Nowicka-Marusczyk oraz Zofia Romaszewska. Ich pismo trafiło do wszystkich polskich senatorów, którzy pracują w tej chwili nad uchwalonym przez posłów projektem.Sejm, który zezwolił anonimowym urzędnikom w nieokreślonych okolicznościach wzywać na nieokreślony czas obce uzbrojone jednostki do pacyfikacji własnych obywateli, sprzeniewierzył się istocie swego powołania” – napisały, wzywając senatorów do odrzucenia mogącej rodzic tak złe skutki ustawy. Dawne działaczki opozycji antykomunistycznej zapytały także retorycznie, „jakie reakcje może wywołać interwencja ludzi w rosyjskich mundurach, po rosyjsku wydających Polakom rozkazy lub też np. Niemców, którzy także we własnych mundurach, po niemiecku będą w Polsce rozkazywać Polakom?”. Wszelki komentarz jest tutaj zbyteczny…

Protest organizują również internauci. Na portalu „Petycje obywatelskie” ruszyła akcja zbierania podpisów pod petycją skierowaną do Prezydenta RP o zawetowanie ustawy „o bratniej pomocy”: „Szanowny Panie Prezydencie, przyjęcie ustawy nr 1066 w obecnej formie grozi utratą suwerenności państwa polskiego. Ponadto, tak ważne decyzje, jak możliwość wprowadzania na teren Polski obcych służb na mocy Konstytucji powinna być uzgodniona z obywatelami” – napisali przeciwnicy projektu. I trudno się z nimi nie zgodzić. Wszak prawo pisze się nie na tu i teraz, ale kroi się je na wiele dziesiątków lat, uniwersalnie, tak by uwzględniało wszelkie potencjalne sytuacje i okoliczności. Nawet te najbardziej, wydawałoby się, nierealne. Bo nawet jeśli przyjmiemy, że teoretycznie wszyscy nasi unijni sąsiedzi są „przyjaciółmi”, to kto nam zagwarantuje, że za dwadzieścia, trzydzieści lat nie narodzi się znów ktoś, komu zamarzy się poszerzenie przestrzeni życiowej na wschodzie? Albo ktoś, kto w imię walki o prawa homoseksualistów, rzekomo prześladowanych w Polsce, nie zechce wprowadzić siłą nad Wisłą tęczowej dyktatury? Nigdy nie mów nigdy…

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki