Logo Przewdonik Katolicki

Opłatkowe myśli

ks. Piotr Gąsior, Justyna Sowa

Łamanie się opłatkiem – wciąż okazja do wypowiedzenia płynących z serca dobrych życzeń czy już tylko pusty gest?

Nikt nie mógł wiedzieć
Zacznę od wspomnienia, które u młodszych czytelników może wzbudzić zdziwienie. Kiedyś tzw. klasowy opłatek szkolny to wcale nie była sprawa oczywista. Pamiętam jak w moim liceum byliśmy chyba jedną z pierwszych klas, które zdobyły się na ten gest za wiedzą wychowawcy. Ale wszystko miało pozostać tajemnicą. Dyrektor? Absolutnie nie mógł się o tym dowiedzieć. Drzwi do pracowni zostały na tę niby „godzinę wychowawczą” zamknięte na klucz. Stroików też nikt nie przyniósł, aby się nie wydało. Jedynie ktoś z bardziej utalentowanych plastycznie narysował kredą na tablicy symbol żłóbka. Dzieło musiało oczywiście zostać zaraz po życzeniach dokładnie zmazane. W takiej więc atmosferze podchodziliśmy do siebie z opłatkiem w ręce. I wszyscy czuliśmy to jako wyjątkowe wydarzenie. Nasze słowa nie były zlepkiem pustych „no to do siego roku” albo „trzymaj się brachu”. Z perspektywy czasu myślę, że tamte życzenia były nad wyraz dojrzałe i na pewno wypływały z serca. A na wychowawcę popatrzyliśmy w tym dniu nie tylko jak na belfra, ale człowieka wierzącego i na dodatek kogoś z charakterem.
 
Brudny chleb na podłodze
Jako katecheta próbowałem podnieść rangę szkolnych opłatków do czegoś więcej niż  tzw. przedświąteczna impreza. Dlatego zanim przeszliśmy do łamania się opłatkiem, najpierw czytaliśmy fragment Pisma Świętego. Czułem jednak, że młodzież ma jakby przesyt tego „świętowania” przed świętami. Najbardziej bolało mnie znajdowanie brudnego chleba na podłodze czy gdzieś pod ławkami. Widziałem, że niektórzy nie spożywają tych wymęczonych rękami dzieci drobin opłatka, bo to – jak dawali do zrozumienia – takie nieestetyczne. Piękny znak religijny i rodzinny uległ dewaluacji. Wigilie klasowe przybrały charakter radosnego poczęstunku ciastkiem i „czerwonym barszczem” w postaci coca-coli. Smutne, prawda?
 
Opłatek z marketu
Dziś opłatki kupuje się w marketach. No bo przecież to taki miły, polski gest, z którego korzystają nawet niewierzący albo „wierzący inaczej”, którzy nie przychodzą do kościoła przed świętami, więc gdzie mieliby się w nie zaopatrzyć. Dlatego kto wie, czy w obecnej sytuacji w przeciwieństwie do czasów PRL-u odwagą nie byłoby w niektórych firmach, szkołach i klubach zrezygnowanie – po wcześniejszym wyjaśnieniu, dlaczego tak czynimy – z tego jakże głębokiego, lecz już nic niewyrażającego gestu?
 
Bywa niezręcznie
Z drugiej strony w wielu miejscach, m.in. w szkołach lub firmach, daje się zauważyć pewnego rodzaju przesyt takimi uroczystościami. Ludzie zaczynają traktować łamanie się opłatkiem w pracy jako pewnego rodzaju obowiązek, i to nie koniecznie ten przyjemny. Jest to powinność, którą po prostu trzeba jakoś przeżyć. I czasem trudno się takiej postawie dziwić, skoro niektórzy oprócz opłatka w domu, wśród najbliższych, mają jeszcze łamanie w zakładzie pracy, we wspólnocie czy w szkole dziecka z innymi rodzicami i nauczycielami. Takie uroczystości tworzą czasem niezręczne sytuacje. Łamanie opłatkiem to przecież zwyczaj nie tylko ważny, ale także w pewien sposób intymny. Stajesz z kimś twarzą w twarz i z serca życzysz mu tego, czego potrzebuje. Błogosławisz mu zatem. A czego możesz życzyć osobie, której prawie nie znasz? Z którą utrzymujesz kontakt na dystans? Przecież nie z każdym można mieć zażyłą relację. Wiadomo, że wszystkim się dobrze życzy, problem zaczyna się jednak, gdy trzeba zwrócić się konkretnie do konkretnej osoby z mało konkretnymi życzeniami – tak żeby pasowały, ale żeby nie przekraczały granicy, za którą nigdy nie zostaliśmy wpuszczeni. Czy właśnie wtedy nie uciekamy się do pustych sloganów?
To niedobrze, kiedy ten piękny zwyczaj staje się stresującym i niemiłym obowiązkiem.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki