Logo Przewdonik Katolicki

Jak Boska Komedia

O. STANISŁAW MORGALLA SJ
fot. danr13/fotolia

Wezwanie modlitwy „odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” osłuchało się nam i nie robi już na nas większego wrażenia. Niemniej w swej istocie jest wciąż swoistym wyzwaniem, które rzucamy Bogu po kilka razy dziennie.

Przebaczenie jest tematem kontrowersyjnym. Wystarczy o nim wspomnieć w kontekście jakiejkolwiek świeżo doznanej krzywdy, a od razu podzieli obecnych na dwa walczące – i nierzadko zwalczające się - obozy. Czy wolno\można\trzeba przebaczyć? Jak\kiedy\komu\kto i dlaczego ma przebaczyć? – i zaczyna się gorączkowe odmienianie przebaczenia przez wszystkie osoby, przypadki, tryby i czasy. Ale nawet jeśli dyskutuje się o przebaczeniu w sposób chłodny i wyważony, zachowuje ono właściwości intelektualnego dynamitu: rozsadza od środka utarte schematy myślenia, zwłaszcza tam, gdzie rozum wyczerpał swoje możliwości, np. w temacie krzywd niewybaczalnych. Trafne byłoby więc nieco ewangeliczne porównanie: przebaczenie jest jak ogień, który został rzucony na ziemię, bo wciąż na nowo rozpala ludzkie serca i umysły (por. Łk 12, 49). W temacie przebaczenia bowiem nie sposób pominąć postaci Jezusa z Nazaretu. To On na trwałe wprowadził to pojęcie w dzieje ludzkości. Nikt przed Nim ani nikt po Nim nie wierzył w jego moc z taką żarliwością, by ośmielić się stawiać je jako wzór do naśladowania samemu Bogu Ojcu. I choć wezwanie modlitwy „odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” osłuchało się nam i nie robi już na nas większego wrażenia, to w swej istocie jest wciąż swoistym wyzwaniem, które rzucamy Bogu po kilka razy dziennie. Czy jesteśmy tego świadomi? Czy wiemy, na co się porywamy?
 
Łączenie skrajności

Skąd się bierze owa kontrowersyjność przebaczenia? Po części stąd, że przebaczenie próbuje łączyć absolutne skrajności: zło i dobro, brzydotę i piękno, piekło i niebo, potępienie i zbawienie. I na dodatek łączy je nie w modne dziś związki nieformalne, ale wprost przeciwnie, w te nierozerwalne, by nie powiedzieć sakramentalne. Przecież nie sposób mówić o przebaczeniu, nie dotykając najpierw kwestii wyrządzonej krzywdy. To ona jest osnową każdej historii przebaczenia i bardzo często ma oblicze zła w jego najobrzydliwszym wydaniu, w świadomym działaniu na szkodę innych. Im krzywda większa, tym zło paskudniejsze. Z drugiej strony, gdy na scenę wkracza przebaczenie, jesteśmy świadkami czegoś radykalnie odwrotnego: świadomego działania na korzyść kogoś drugiego, kto na dodatek na to nie zasługuje. Stajemy więc wobec najczystszego dobra, wobec aktu bezinteresownej miłości i to miłości w najwyższym, ewangelicznym wydaniu – miłości nieprzyjaciół. Problem w tym, że pomiędzy tymi skrajnymi biegunami, tj. pomiędzy doznaną krzywdą a udzielonym przebaczeniem, nie ma łatwego czy oczywistego przejścia. To raczej długa, kręta i bolesna droga, a właściwie cała wyprawa, która – niczym słynna Boska Komedia – zaczyna się od zstąpienia do piekieł, by dalej przejść przez czyściec, aby ostatecznie dotrzeć do raju. Będąc świadkami przebaczenia, stajemy się uczestnikami takiej Boskiej Komedii, dlatego dla własnej korzyści warto przyjrzeć się z bliska jej kolejnym odsłonom.
 
Piekło – nigdy nie wybaczę!
Sęk w tym, że dla sporej części ludzkości wielka wyprawa kończy się już w punkcie wyjścia, tj. w piekle doznanej krzywdy. Doświadczenie krzywdy jest zawsze doświadczeniem zła, z którego nie wychodzi się bez szwanku. Zło niczym błoto, którym ochlapał nas krzywdziciel, na stałe przywiera do naszej skóry i może – jeśli nie zareagujemy odpowiednio wcześnie – jak zaraza wniknąć w głąb naszego organizmu. Im większy brud, tym trudniej się od niego uwolnić, a tym łatwiej samemu zanurzyć się w błocie. Im większa krzywda, tym trudniej przebaczyć, a tym łatwiej zamknąć się w zaklętym kręgu odmowy przebaczenia i ostatecznie zła. Współczesna psychologia nadała fachową nazwę temu krążeniu po zaklętym kręgu nieprzebaczenia: ruminowanie. Oznacza ono bierne i nawracające skupianie się na objawach własnego cierpienia i na okolicznościach mu towarzyszących.
Każdy z nas zna kwaśno-słodki smak ruminowania, w którym nienawiść do krzywdziciela miesza się z tkliwym współczuciem dla samych siebie, kuszące wizje słodkiej zemsty wspierane są i uwierzytelniane przez słuszne skądinąd poczucie moralnej wyższości nad krzywdzicielem. Doznana krzywda daje przecież niepisane prawo do bycia traktowanym w sposób specjalny przez innych. A jeśli ci inni są nieświadomi naszej krzywdy, to tym gorzej dla nich – na własnej skórze przekonają się o tym, co znaczy brak empatii dla naszych głębokich zranień. I tak bezwiednie z ludzi skrzywdzonych możemy stać się krzywdzicielami, a wszystko to nierzadko pod świętym sztandarem dochodzenia własnych praw i sprawiedliwości. Czyż nie na tym polega tajemnica piekła – na samotnej rozpaczy, na dobrowolnym zamknięciu się w zaklętym kręgu zła, które ktoś nam wyrządził i którego nie tylko nie zdołaliśmy przezwyciężyć, ale które nas pokonało?
 
Czyściec – tańczący z wilkami!
Wobec zła nie można pozostać biernymi. Przeciwnie, trzeba od razu działać i jednoznacznie opowiedzieć się po stronie dobra. W walce dobra ze złem, która toczy się w ludzkim sercu nie ma okresów zawieszenia broni czy pokoju. Jak trafnie tłumaczył wnuczkowi pewien stary Indianin: „Czuję, jakby w moim sercu toczyły walkę dwa wilki: jeden jest pełen złości i nienawiści, drugiego zaś przepełnia miłość i przebaczenie”. Na inteligentne pytanie chłopca o to, który zwycięży, dziadek opowiada: „Ten, którego karmię”. Wnioski nasuwają się same, choć może nie są tak łatwe do zastosowania w praktyce. Bo choć walka dobra ze złem w żadnym innym temacie nie jest bardziej wyraźna, to jednocześnie tutaj jest bardziej dramatyczna. Powód jest prosty. Ruminowanie wydaje się moralnie uprawomocnione („mam prawo odczuwać ból i złość”), a przynajmniej na początku. Dopiero po owocach rozpoznajemy, że na dłuższą metę to ślepa uliczka. 
Jedynym rozwiązaniem jest radykalne opowiedzenie się po stronie dobra i miłości, odrzucenie resentymentu, lęku i nienawiści sprowokowane krzywdą. Jest to tak odmienna postawa, że muszę się uciec do obrazu, by oddać jego charakter. To jest jak przebudzenie z koszmarnego snu, jak otwarcie na oścież okna w ciemnym i zatęchłym pokoju na ogród w środku ciepłego lata, jak powstanie z martwych po zadanej nam z premedytacją śmierci. Na tym etapie przebaczenia umiera stary człowiek, a na jego miejsce rodzi się nowy. Odchodzi ten, który nienawidzi, a przychodzi ten, który kocha. Ktoś trzeźwo zapyta: świetnie, ale jak tego dokonać? Celowo jednak unikam odpowiedzi na pytanie, „jak” ma się to dokonać, bo po pierwsze nie sposób odpowiedzieć na nie wyczerpująco w tak krótkim tekście, a po drugie taki czy inny sposób nie zmienia istoty przebaczenia: przemiany serca z kamienia w serce z ciała.
 
Raj – wybaczam z serca!
Przebaczenie ofiarowane z serca tak owocuje: uwalnia serce od lęku i złości sprowokowanych krzywdą i otwiera je na nową miłość. Dokonuje się przy tym jednocześnie ostateczny rozwód ze złem, bo zło nie ma wstępu do raju. Pamięć o nim co najwyżej pozostaje niczym chwalebne blizny u Zmartwychwstałego. Ta prawda brzmi pewnie bardzo bajkowo w uszach wielu czytelników: zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Jednak prawda jest taka, że przebaczenie jest dlatego tak piękne, że jest prawdziwe. Przebaczenie to jedyna bajka, która w życiu się sprawdza. Intrygujące jest to, że pośród Chrystusowych błogosławieństw brak tego jednego, które dotyczy przebaczenia. Być może jest tak dlatego, że jego błogosławionych owoców doświadcza się już tu, na ziemi.
Trzeźwo jednak ktoś wróci do drażliwego pytania: ale jak tego dokonać? Dlaczego nie doświadczamy tego raju, skoro np. codziennie staramy się przebaczać naszym winowajcom? Być może problem leży w doborze przewodnika. W oryginale Boskiej Komedii przecież główny bohater podąża każdorazowo za przewodnikiem. Może i my powinniśmy znaleźć kogoś takiego, kto przemierzył przed nami drogę przez piekło, czyściec i niebo? Był już przecież ktoś taki, kto wie najlepiej, czym jest powstanie z martwych, gdy ktoś świadomie i intencjonalnie zadaje ci śmierć. Przebaczenie nie jest owocem ewolucji i trudno oczekiwać, aż naukowcy odkryją ten właściwy gen, gen przebaczenia. Ono jest rzeczywistością z innego wymiaru, która jednak realizuje się na naszych oczach. Dlatego jest tak intrygująca i ważna dla życia.
 
 
Stanisław Morgalla SJ – jezuita, psycholog, wykładowca Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Ania
    21.12.2014 r., godz. 13:25

    Można przebaczyć nawet najgorsze zło i to przynosi dobre owoce i pokój ducha - przeczytajcie:
    http://www.franciszkanska3.pl/O-Bogu-ktory-nie-opuszcza-ludzi-w-cierpieniu,a,26371

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki