Logo Przewdonik Katolicki

Świętymi bądźcie

S. Małgorzata Krupecka urszulanka SJK
Fot.

Świętość nie jest propozycją elitarną, przeznaczoną tylko dla wąskiego grona wybranych. Dlaczego więc ciągle pytamy: Czy to realne? Gdzie mi tam do świętości?

Kto raz przeczytał Złotą legendę Jakuba de Voragine’a, jedno z arcydzieł literatury hagiograficznej, pozostaje pod jej urokiem. To dzieło średniowiecznego mnicha – zaludnione Bożymi atletkami i atletami, których życie pełne jest cudownych interwencji Bożych, a oni sami praktykują ascezę w stopniu przekraczającym możliwości, a nawet wyobraźnię zwykłego śmiertelnika – przez wieki kształtowało pojęcie ludzi o świętych i o świętości.

Powiedzmy uczciwie, że i my w epoce nowoczesnej – czy raczej postnowoczesnej – chętnie czytujemy opowieści o cudownym działaniu Boga w życiu czy za pośrednictwem wybranych przez Niego ludzi.

 

Czytać, owszem – ale tak żyć?

Każda epoka ma swoje wzorce świętości. Bohaterowie żywotów świętych na ogół giną śmiercią męczeńską, szczęśliwi, że mogą umrzeć dla Jezusa. Dziś znów cierpienie za wiarę, ze śmiercią włącznie, nie wydaje nam się tak bardzo abstrakcyjną ewentualnością. Nigdy w historii chrześcijanie nie byli prześladowani na taką skalę jak obecnie. Kto wie, czy przykład zaczerpnięty z życiorysów męczenników nie pomoże nam „zachować się, jak trzeba” – tak wyraziła się Inka po przejściu brutalnego śledztwa na UB – gdybyśmy kiedyś, oby nie, znaleźli się w podobnej sytuacji?

Święci przede wszystkim przypominają nam, że nasza ojczyzna jest w niebie, a życie jest pielgrzymką do nieba, w którym – zgodnie z obietnicą Jezusa – mamy przygotowane mieszkanie. Świętość nie jest propozycją elitarną, przeznaczoną tylko dla wąskiego grona wybranych. Dlaczego więc pytamy: Czy to realne? Gdzie mi tam do świętości?

Choć Sobór Watykański II mocno wyakcentował powołanie każdego chrześcijanina do świętości, ta prawda jakby się jeszcze nie przebiła do mentalności wielu ochrzczonych. Tymczasem dzisiejszy świat potrzebuje świętych może bardziej niż kiedykolwiek. Kościół powołany jest, żeby być dla świata znakiem nadziei, a tym lepiej spełnia swoje posłannictwo, im jaśniej świeci blaskiem świętości. Nie ma jednak na nią jednej recepty, jednego modelu. Ilu ludzi, tyle dróg do nieba.

 

Nie chodzi, tylko kroczy; nie je, tylko spożywa…

To już na pewno nie jest styl świętych, którzy żyją wśród nas, rozpoznani lub nie, albo drzemią w nas samych. Dziś już raczej święty idzie do nieba – dlaczego nie – z laptopem pod pachą i komórką w ręku. Nawet obrazki ze świętymi są, na szczęście, coraz mniej przesłodzone. Cukierkowe wyobrażenia zastępowane są autentycznymi zdjęciami, na których widać dbającą o elegancję kobietę, taką jak Joanna Beretta Molla, czy wspinającego się w góry Pier Giorgia Frasattiego. Jan Paweł II, który wypromował oficjalnymi beatyfikacjami i kanonizacjami rekordową liczbę świętych z różnych epok i różnych stanów, niekonwencjonalnym zachowaniem, nawet w sytuacjach oficjalnych, sprowokował powstanie wielu anegdot.

W gronie tych, o których świętości Kościół oficjalnie się wypowiedział, można znaleźć kogoś „dla siebie”, bo jest to towarzystwo bardzo zróżnicowane. Niektórzy słynęli z powagi, inni, jak Filip Neri, zaliczali się do wesołków. Tomasz Morus modlił się o dobre trawienie i o poczucie humoru: „Panie, udziel mi łaski rozumienia żartów, abym potrafił odkryć w życiu odrobinę radości i mógł sprawiać radość innym”. Jedni woleli świątobliwą samotność, innych przeciwnie, ciągnęło do ludzi. A jeszcze inni – to nowość – według oficjalnego orzeczenia Kościoła trafili do nieba parami. Przetarli im drogę Luigi i Maria Beltrame Quattrocchi, beatyfikowani w 2001 r.

Tomasz z Akwinu był tak gruby, że w blacie stołu musiał mieć wyciętą dziurę na brzuch, a dowcipny Pan Bóg dał mu dar lewitacji, którego poskąpił wielu świętym o figurze dzisiejszych modelek. Są święci z profesorskimi tytułami, a przecież nie brak i takich, co ledwie przebrnęli przez szkoły, jak Jan Maria Vianney, który z trudem ukończył seminarium. Jedni dożywali wieku sędziwego, inni umierali młodo, choćby kilkuletnia Antonietta Meo, zwana Nennoliną, która w kolejce do oficjalnego rejestru świętych zajmuje, jak się wydaje, dość bliską pozycję. To oznacza, że niekoniecznie trzeba długiego życia na osiągnięcie gotowości na spotkanie z Panem.

 

Dążyć do świętości?

Czy mamy na to ochotę i co by to w ogóle miało znaczyć? Choć droga Kościoła się nie zmienia, to jednak Kościół stale szuka nowego języka, którym o tym mówi. Niezmienne pozostaje to, że święci nie próbują dopasowywać Ewangelii do życia, ale przeciwnie, życie podciągają do poziomu Ewangelii.

Co widzi święty? Jego oczy przemienia kontemplacja oblicza Jezusa – Jezusa cierpiącego na krzyżu i cierpiącego „w braciach najmniejszych”. Nie tylko oczy, ale serce, wolę, pragnienia, rozum – wszystko w sobie pozwala stopniowo przeniknąć Duchowi Jezusa, bo wierzy, że Jezus zwyciężył zło. Święty ma swoje słabości, małe i większe upadki, chwile ciemności duchowej i trudności, ale jest człowiekiem wielkich pragnień, szybujących ponad doczesnością. Święty to człowiek nadziei – na to, że Bóg jest w każdej chwili Panem naszego życia, że nasze szlaki wyznacza Jego miłosierdzie. Święty wierzy, że warto hojną ręką rozsiewać dobro. Rozwiązanie problemów – swoich, innych ludzi, całego świata – widzi w zmartwychwstałym Jezusie. I angażuje się, żeby pomóc w tym Jezusowi. Bardziej przejęty jest innymi niż swoją świętością. Odróżnia szczęście od używania przyjemności i chwilowego zadowolenia. Dlatego potrafi być szczęśliwy niezależnie od zmiennych okoliczności. Ale czasem też spiera się z Bogiem, którego równocześnie stale przyzywa na pomoc.

 

Święta zwyczajność

Choć i wśród świętych nam współczesnych można znaleźć obdarzonych nadzwyczajnymi darami, wizjonerów i stygmatyków, to jednak zdecydowanie przeważają tacy, w życiu których nie było spektakularnych cudów. Świętość okazuje się prostą i zwyczajną drogą wiernego, uczciwego wypełniania codziennych obowiązków – z coraz większą miłością.

Niezbędnym warunkiem pozostaje intensywne życie wewnętrzne. „Wracam ze Sztokholmu – pisała Urszula Ledóchowska w liście do swego brata, Włodzimierza, w 1916 r. – Byłam u spowiedzi. Ojciec mnie uspokoił, bo mnie czasem taki strach ogarnia, czy dobrą drogą idę. A wtedy myślę, że na sądzie Pan Jezus mnie się nie spyta, ile się modliłam, tylko czy karmiłam Go, gdy był głodny. Ojciec mówił, że to racja, tylko starać się trzeba o złączenie z Bogiem. A mnie tak jasno zrobiło się w duszy i tak chcę się o to starać. Modlić się dużo nie mogę. Rano robię postanowienie, żeby – ile tylko mogę – wszystkim życie osładzać i ułatwiać – i to jest moja praca całodzienna, a w ogóle mam wrażenie, że to się udaje. Tak strasznie chcę dobrze”.

 

Nie ma więzi z Bogiem bez modlitwy, ale modlitwa to nie tylko czas wydzielony, spędzany na kolanach w kościele czy w domu. Chrześcijanin uczy się wszystko, co robi, przemieniać w modlitwę. Dzisiejszy model świętości przypomina po prostu przyjaźń z Bogiem, z którego ręki wyszliśmy i do którego musimy i chcemy wrócić.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki