Logo Przewdonik Katolicki

O życiu bardzo konkretnie

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Rozmowa zks. Tomaszem Kancelarczykiem, szefem Bractwa Małych Stópek.

Rozmowa z ks. Tomaszem Kancelarczykiem, szefem Bractwa Małych Stópek. 

„Wiesz o dziecku zagrożonym aborcją? Zadzwoń. Pomożemy!”. Odważna deklaracja…

– Rzeczywiście, taki komunikat widnieje na naszej stronie internetowej. I ja takie telefony odbieram, często w najdziwniejszych porach. To są przeważnie dramatyczne telefony, a po drugiej stronie wcale nie jest osoba, która chce dokonać aborcji.

 

Nie? A kto?

– Ktoś, kto wie. Ktoś zatroskany – koleżanka, przyjaciółka, sąsiadka, czasami krewny. W takim momencie rolą tego pośrednika jest skontaktowanie nas z osobą planującą aborcję. Zachęcenie jej przynajmniej do rozmowy telefonicznej. Bez żadnych zobowiązań, ona nawet nie musi mówić, niech nas tylko wysłucha.

 

I to wystarczy?

– Jeżeli dochodzi do takiej rozmowy telefonicznej, to już jest połowa sukcesu. W takim przypadku często naprawdę niewiele potrzeba, żeby uaktywnić to, co jest w każdej kobiecie, czyli jej naturalny instynkt macierzyński i opiekuńczość.

 

Dużo jest tych telefonów?

– Na tyle dużo, że sam już właściwie nie muszę dalej szukać. Natomiast oczywiście, aby pomagać jak największej liczbie osób, aby ratować jeszcze więcej dzieci, zachęcam wciąż nowych ludzi do przyłączenia się do Bractwa Małych Stópek. Na naszej stronie internetowej dlazycia.info jest zakładka: „Dołącz do nas”. Wystarczy tylko podać swoje imię, e-maila i ewentualnie nazwę województwa, w którym się mieszka. A potrzeby są różne – od dobrego słowa i banku pomysłów, poprzez wsparcie materialne dla potrzebujących, aż po modlitwę w intencji dzieci nienarodzonych. Często prosimy także o modlitwę w bardzo konkretnej intencji, np. o pomyślny wynik rozmowy z kobietą, która chce dokonać aborcji.

 

To muszą być niewyobrażalnie trudne rozmowy…

– Niekiedy, tak zwyczajnie po ludzku, czuję się bezradny, bo wiem, co jest po drugiej stronie: chęć zadania śmierci nienarodzonemu. I naprawdę niewiele potrzeba, żeby to zrobić, wystarczy kilka pigułek wczesnoporonnych. Jak mam zatem zadziałać? Co powiedzieć? Nie znam tej osoby, nie znam jej historii, nie wiem jak ona zareaguje… Jedyną regułą jest, że prawie nigdy nie ma obok mężczyzny: bo nie chce się przyznać do dziecka, bo uciekł, bo naciska na aborcję, bo mówi: rób co chcesz.

 

Ksiądz jest zawsze tym, który rozmawia?

– Nie, nie zawsze, niekiedy ktoś wręcz sugeruje, że lepiej żeby to nie był ksiądz. Mamy w Bractwie naprawdę sporo osób, które są w stanie w każdej chwili podjąć taką rozmowę. Jedna z nich sama zresztą kiedyś chciała dokonać aborcji, więc jest nawet bardziej wiarygodna. Najważniejsza jest jednak życzliwość wobec tej drugiej osoby. To nie jest przecież rozmowa z wrogiem, który chce zabić dziecko, tylko z kimś, kto w tym wszystkim jest także ofiarą. Ale to nie może być tylko i wyłącznie rozmowa. Ona musi prowadzić do konkretów.

 

No właśnie, konkrety…

– Czyli wszystko to, czego jest pozbawiona ta osoba, a co sprawia, że ona wchodzi na drogę do aborcji. Pierwszy konkret to jest zapewnienie towarzystwa życzliwej osoby. Mówimy: skontaktuje cię z kimś, ktoś do ciebie przyjdzie, ktoś będzie przy tobie – to bardzo ważne. Ale następny konkret to jest już sfinansowanie pewnych potrzeb materialnych.

 

To ten trudniejszy „konkret”.

– My bardzo często popadamy w skrajność, mówiąc, że modlitwa jest najważniejsza, a zapominamy przy tym, że słowo „najważniejsza” nie oznacza, że jedyna. Ja rozmawiając z osobą planującą aborcję, nie mogę jej powiedzieć: nie martw się, modlimy się za ciebie, urodzisz, wszystko będzie w porządku. Tu konieczny jest całkiem inny poziom przekazu, nie  na poziomie wiary, ale na poziomie bytowym. Mówię więc: mamy dla twojego dziecka łóżeczko, wózek, ubranka – chociaż nieraz wcale nie mamy, ale wiem, że na pewno załatwimy je. A największą ulgę na twarzy widzę, kiedy pada: kupimy dla Twojego dziecka zapas pieluch na cały rok.

 

Oho, to już jest rzeczywiście coś.

– I to jakie coś! A wie pan, że na początku zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile potrzeba tych pieluch na rok?

 

No to raczej nie jest sfera kapłańskiego zainteresowania.

– (Śmiech). Na szczęście zanim kupiłem pieluchy, dostałem od kogoś pomocną rozpiskę. Te pieluchy dla jednego dziecka zmieściły się dopiero na takiej dużej platformie przemysłowej – szok. A że te zakupy robiłem w dużym sklepie, to przed wejściem schowałem koloratkę, bo po co ludzie mają snuć jakieś niepotrzebne domysły. No i oczywiście w środku natknąłem się na moich parafian. Spojrzeli na pieluchy, na mnie i zapytali: „Proszę księdza, czy my o czymś nie wiemy?”. Ale że jestem znany z zaangażowania w obronę życia, więc jakoś się wytłumaczyłem. Na tyle, że dołożyli od siebie jeszcze dwie paczki pieluch (śmiech).

 

Tego pewnie nigdy za dużo? 

– Nigdy. Niedawno zawoziłem łóżeczko i pieluchy do Poznania. Ku mojej wielkiej radości najpierw dowiedziałem się, że nie będzie aborcji, a potem, że urodziły się bliźniaki – dwa małe szkraby, dwa kilo każdy. Ale też od razu włączył mi się w głowie kalkulator, że będzie potrzeba dwa razy więcej pieluch. I dlatego kiedy proszę kogoś o pomoc, wręczam też przekaz, na którym jest napisane: każde dziesięć złotych to dwadzieścia pieluch dla dzieci, które zostały uratowane od aborcji. To bardzo przemawia.

 

Ale to nie jest na zasadzie: Masz tu pieluchy i radź sobie dalej sama?

– Oczywiście, że nie. I to nie jest tak, jak mówią „aborcyjni”, że „wy tylko interesujecie się nienarodzonymi”. Staramy się pomagać tak długo, jak długo jest taka potrzeba. Ale nie chcemy też zastępować ojca ani rodziny, ale pozwolić otworzyć się na życie najbliższemu otoczeniu tej kobiety i pokochać to dziecko. To bardzo ważna funkcja: utrzymanie dziecka przy życiu do czasu, kiedy inni dojrzeją i przejmą obowiązki opieki.

 

I tak rzeczywiście jest?

– Bardzo często tak. Tutaj sprawdza się to powiedzenie św. Augustyna: Dziecko niechciane kiedy już jest, staje się kochane. Dlatego też staramy się w miarę możliwości rozmawiać również z ojcem dziecka. Niedawno spotkałem się z jednym chłopakiem i pokazałem mu w laptopie USG jego nienarodzonego dziecka. To wystarczyło. Facet płakał jak małe dziecko.

 

Teraz rozumiem, po co rozdajecie wszędzie te charakterystyczne „Jasie”?

– „Jasie”, czyli wierne modele 10-tygodniowego dziecka. Ten widok to jest prawda o życiu człowieka. To jest coś, co uderza najmocniej. Kiedyś wręczyłem te modele dziewczętom w szkole zawodowej. Jedna z nich przez cały czas trzymała go w drżących rękach i nie odrywała od niego wzroku. Po lekcji podeszła do mnie z płaczem i powiedziała, że tego nie zrobi. Okazało się, że była w ciąży i chciała dokonać aborcji. I jak pan myśli, w którym tygodniu ciąży była?

 

W dziesiątym?

– Dokładnie tak. Inny przykład: Brałem udział w jednym z programów telewizyjnych, a zaraz potem do studia miały wejść panie będące zwolenniczkami aborcji. Celowo zostawiłem więc na stole dość dużo modeli „Jaśków”. I one nie mogły rozpocząć wywiadu, bo miały przed sobą prawdę, jak wygląda ten człowiek, którego nazywały „masą ciążową” albo „zlepkiem tkanek”. One nie mogły tak po prostu mówić o aborcji „płodzików”, więc kazały te modele sprzątnąć.

 

Wasza działalność jest rzeczywiście niezwyczajna. Porównałbym ją do skoku na główkę do nieznanej studni, z której ktoś woła pomocy.

– To dobre porównanie, przełożę je na konkretny wymiar. Jesteśmy tutaj, w Szczecinie, organizatorami największego w Polsce Marszu dla Życia, w którym uczestniczy blisko 20 tys. osób. To jest ogromny, wielomiesięczny wysiłek organizacyjny. Tylko że jedna sytuacja aborcyjna bywa nieraz o wiele trudniejsza i bardziej eksploatująca niż organizacja tak wielkiego wydarzenia. I znów przykład z życia: dostaliśmy informację o kobiecie w ciąży zagrożonej aborcją. Co ciekawe, człowiek, który przekazał nam tę wiadomość, otrzymał ją od zwolennika aborcji. Zwykle jest zresztą tak, że aborcjonista proponuje aborcję jako rozwiązanie, ale jeżeli ktoś jednak zdecyduje się urodzić, to  wtedy słyszy: „Nie, nie, umywam ręce – życiem zajmują się katole”. Aktywiści aborcyjni nie są w stanie zająć się życiem, bo to już jest zbyt wielki wysiłek. I to jest taka moja refleksja: są tak małej miłości, że są tak małej ofiary.

 

A „katole” się oczywiście zajęli.

– Okazało się, ze sytuacja dziewczyny jest skomplikowana: ona w zaawansowanej ciąży, z kilkuletnią córeczką, mieszkające w małej, zadłużonej, kompletnie nieumeblowanej kawalerce. Konieczny był cały splot działań różnych osób, po to żeby zaangażować się w tę jedną konkretną sytuację: przygotowania do porodu, opieka na ten czas nad jej starszym dzieckiem, pomoc prawna, transport. W ciągu jednego dnia udało nam się nawet umeblować całe jej mieszkanie łącznie z lampami. To była taka konkretna praca, że aż w pewnym momencie ktoś z młodych, zmęczony noszeniem tych mebli, powiedział: „Proszę księdza, to jest Ewangelia…”.

A potem jadę sobie pociągiem z Warszawy, godzina dwudziesta trzecia i nagle telefon: „Będę rodziła. Rozumie pan, ksiądz otrzymuje taki telefon od kobiety? (śmiech)”. A teraz właśnie jedziemy do niej, aby zawieźć plecak z wyprawką szkolną dla jej starszej córeczki. 


 

 

Bractwo Małych Stópek skupia obecnie kilka tysięcy osób z całej Polski zaangażowanych w ochronę każdego nienarodzonego dziecka, bez względu na warunki i okoliczności, w jakich się poczęło, oraz w promocję odpowiedzialnego rodzicielstwa. Realizuje swoją misję poprzez edukowanie  młodzieży, promowanie wartości ludzkiego życia, formację duchową  i intelektualną, jak również  poprzez pomoc specjalistyczną i materialną dla potrzebujących. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki