Logo Przewdonik Katolicki

Poeta czasu wojny

Natalia Budzyńska
Fot.

Lektura wierszy Baczyńskiego jest wciąż wstrząsająca.Apokaliptyczny i jakże proroczy jest wymiar jego poezji.70.rocznica śmierci poety przechodzi niezauważona, przyćmiona przez obchody rocznicy powstania warszawskiego. Siedemdziesiąt lat temu zginęło ich tak wielu o tym właśnie pisał, o całym pokoleniu.

Lektura wierszy Baczyńskiego jest wciąż wstrząsająca. Apokaliptyczny i jakże proroczy jest wymiar jego poezji. 70. rocznica śmierci poety przechodzi niezauważona, przyćmiona przez obchody rocznicy powstania warszawskiego. Siedemdziesiąt lat temu zginęło ich tak wielu – o tym właśnie pisał, o całym pokoleniu.

„Ja żołnierz, poeta, czasu kurz” – pisał Baczyński w wierszu Rodzicom z  30 lipca 1943 r. Miał tylko 23 lata, kiedy zginął od kuli snajpera, a napisał już ponad 500 wierszy, kilkanaście poematów i 20 opowiadań. Olbrzymi dorobek. Gdyby przeżył – nie musiałby pisać więcej, był jak Artur Rimbaud, napisał już wszystko, to wystarczy, żeby mówić o  wielkości jego poezji. Kazimierz Wyka, krytyk literacki, który poznał Baczyńskiego osobiście i zachwycił się jego twórczością, i który był autorem jego pierwszej monografii, napisał, że żołnierska śmierć Krzysztofa Baczyńskiego w roku 1944 była tym samym, czym byłaby strata Juliusza Słowackiego w 1831 r. 

 

Syn, mąż

Wychowanie otrzymał typowe jak na tamte czasy: urodził się w trzecim roku istnienia wolnej Polski. Jego los podzieliło tysiące młodych ludzi, których nazwano pokoleniem Kolumbów – to ci, urodzeni w wolnej Polsce, której bardzo szybko musieli bronić. Wzrastał w domu o tradycjach niepodległościowych. Był synem Stanisława Baczyńskiego, żołnierza Legionów Polskich i oficera WP, pisarza i krytyka literackiego, a także działacza Polskiej Partii Socjalistycznej. Matka, Stefania, nauczycielka i autorka podręczników szkolnych, była Żydówką, ale bardzo wierzącą katoliczką. Podobno jej neoficki zapał drażnił ojca ateistę. Krzysztof Kamil Baczyński nie miał rodzeństwa, jego matka przeżyła kilka poronień, a jedna siostra zmarła wkrótce po urodzeniu. Syn był jej jedynym i ukochanym dzieckiem. Uczęszczał do najlepszego warszawskiego gimnazjum Batorego. Chodził do jednej klasy z Janem Bytnarem „Rudym”, Tadeuszem Zawadzkim „Zośką” i Maciejem Aleksym Dawidowskim „Alkiem”. Tak jak oni był harcerzem działającej przy szkole 23. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej „Pomarańczarnia”. Wpływ ojca zapewne sprawił, że należał do młodzieżowej organizacji socjalistycznej „Spartakus” pod patronatem PPS. Niezbyt lubił chodzić do szkoły i nie był pilnym uczniem. W 1939 r. zdał maturę i zamierzał zdawać na Akademię Sztuk Pięknych. Dzięki znajomościom miał też możliwość studiowania we Francji – wiza była gotowa. Wszystko poszło nie tak, jak zaplanował. Najpierw w lipcu zmarł ojciec, zaraz potem wybuchła wojna, jego lewicowe przekonania zrewidowała napaść Związku Radzieckiego na Polskę. Przez pierwsze lata wojny opiekował się matką – jej decyzja o niezakładaniu opasek z gwiazdą Dawidą, a później  pozostanie po aryjskiej stronie mogła mieć przecież bardzo konkretne konsekwencje. Dotychczas o tym się nie mówiło, ale przecież Baczyński musiał mieć świadomość swego pochodzenia i codziennego poczucia zagrożenia. Tym bardziej że w 1943 r. rozstrzelany został z tego powodu brat matki i cała jego rodzina. Krzysztof utrzymywał dom, pisał wiersze, studiował polonistykę na tajnych kompletach UW. W 1942 r. poznał 19-letnią Barbarę, która po pół roku została jego żoną. Właściwie dopiero teraz można poważnie mówić o jego twórczości, choć pisał od 15. roku życia. Wojna to przeżycie ekstremalne, które zbiegło się z obowiązkiem odpowiedzialności za matkę, ze wszystkimi dodatkowymi trudnościami dorosłego życia, z ciągłym poczuciem braku bezpieczeństwa – to wszystko sprawiło, że jego poezja stała się dojrzała i pełna. Wkrótce do tych wszystkich emocji trzeba dodać wspaniałą młodzieńczą miłość i patriotyzm.

 

Podchorąży

Pisać równocześnie tak piękne i delikatne erotyki oraz pełne katastrofizmu wiersze o koszmarze krótkiego życia wśród zgliszcz i ruin pewnie nie było łatwo. Baczyński umiał żyć w takim rozdwojeniu, zresztą wielu umiało, być może to właśnie stawało się lekarstwem na przetrwanie. Poezja mu jednak nie wystarczała, nie widział dla siebie roli pięknoducha z piórem w ręku. Chciał trzymać karabin. Słyszałam, jak jeden z powstańców, który walczył z nim w ostatnich latach życia, wspominał, że Baczyński nie miał w sobie nic z żołnierza. Raczej szczupły, a przede wszystkim chorowity, nie miał nawet zbyt dobrej kondycji. A jednak porzucił studia polonistyczne, żeby poświęcić się tylko poezji i konspiracji. Od lipca 1943 r. był sekcyjnym w II plutonie „Alek” kompanii „Rudy” batalionu „Zośka”. Pseudonim: „Krzysztof Zieliński”. W jego mieszkaniu była skrytka w podłodze, gdzie przechowywano broń, podręczniki, mapy i prasę konspiracyjną. Niewielu było stać na taką odwagę – udostępnić swoje mieszkanie i narażać swoich bliskich. Uczestniczył w kilku akcjach, między innymi wykolejenia niemieckiego pociągu. Ukończył turnus Szkoły Podchorążych Rezerwy „Agrykola”. Koledzy z plutonu, rówieśnicy Baczyńskiego, niezbyt przejmowali się poezją – to nie był dobry czas na układanie i słuchanie wierszy. Wiedzieli, że coś pisze, czasem chętnie słuchali, szczególnie, kiedy układał dla nich piosenki. Co innego dowódcy – zdawali sobie doskonale sprawę z jego wielkiego talentu, który należało chronić. Andrzej Romocki „Morro”, rozkazem z 1 lipca 1944 r. zwolnił Baczyńskiego „z powodu małej przydatności w warunkach polowych i proszę, aby objął nieoficjalne stanowisko szefa prasowego kompanii”. Dla Baczyńskiego ta decyzja była bolesna i nie pogodził się z nią. Kazimierz Wyka opisał taką sytuację z tego okresu: „… zacząłem mu tłumaczyć, czy naprawdę jest rzeczą potrzebną, ażeby on z bronią w ręku szedł do powstania, że może lepiej by siebie przechować, nie wiadomo, jak to będzie. Baczyński się bardzo żachnął, jak był opanowany, tak żachnął się wręcz gniewnie, i oto powiedział mi wprost: Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!”. Baczyński odszedł z „Zośki” i przeszedł do harcerskiego batalionu „Parasol” na stanowisko zastępcy dowódcy III plutonu. Przyjął pseudonim „Krzyś”. Słynne są słowa, jakie powiedział Stanisław Pigoń: „Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów”.

 

Poeta

W czasie okupacji wydał cztery tomiki poezji, wiele jego utworów drukowano w prasie konspiracyjnej i antologiach poezji, które ukazywały się w tym czasie. Uważa się, że dojrzałość jako twórca osiągnął w 1942 r. Wszystkie wiersze przetrwały wojnę, kartki różnokolorowe, małe i większe, na których zapisywał szybko, jak gdyby bał się, że nie zdąży, zeszyty, notesy. Te pierwsze, młodzieńcze, zostały opatrzone własnoręcznie wykonanym zapiskiem: „wiersze z tego zeszytu nie mają być nigdzie drukowane”. Potem już bardzo się spieszył: w ciągu ośmiu miesięcy, od września 1941 do lata 1942, napisał niemal sto wierszy! Doczekał się uznania z ust starszych kolegów poetów i krytyków. Spotykał się z nimi, przyjaźnił, dyskutował. Był pierwszym z młodych literatów, który otrzymywał stałą miesięczną zapomogę od władz podziemia. Krótko przed wybuchem powstania Baczyński przekazał w depozyt kilka brulionów z wierszami Juliuszowi Garzteckiemu, redaktorowi ukazującego się w Warszawie miesięcznika „Droga”. W tych zeszytach znajdowały się czystopisy wszystkich jego utworów. Baczyński przepisywał zwykle swoje wiersze w kilku kopiach i umieszczał je u swoich przyjaciół – w ten sposób zwiększał prawdopodobieństwo, że przetrwają wojnę. Garztecki ukrył bruliony w schowku podłogowym w swoim mieszkaniu na Żoliborzu. Zostały ocalone – wydobył je w lutym 1945 r. i przekazał matce poety. W lipcu 1944 r. Baczyński napisał do swojej matki takie słowa: „Nie martw się niczym – jakoś sobie radę damy – jak zawsze nam się uda. Wiesz, że nam się nic nie stanie, zawsze wyleziemy obronną ręką. Tymczasem bądź spokojna o mnie – na pewno nic mi nie będzie”. 1 sierpnia został wysłany po odbiór butów dla swojego oddziału z czterema kolegami, nie zdążyli już dołączyć do „Parasola” na Woli. Godzina „W” zastała ich w okolicach placu Teatralnego. Przyłączył się do tamtejszego oddziału. Zginął od kuli w Pałacu Blanka 4 sierpnia. Miesiąc później umarła jego żona, Barbara, która była sanitariuszką, ale w tamtych dniach ukrywała się w piwnicy z rodzicami.  Operowano ją, umierając trzymała w ręku tomik wierszy męża i dyplom podchorążówki. Spodziewała się dziecka. To nie koniec historii Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. W 1947 r.ku przyszło po niego UB. Szukali żołnierza AK, który brał udział w powstaniu warszawskim.

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki