Logo Przewdonik Katolicki

Lekarze i detektywi

Monika Białkowska
Fot.

Książka, która ma kilkaset lat, może być piękna ale często bywa w opłakanym stanie. Oprawa zjedzona przez korniki lub zbutwiała, skruszały papier sypie się w pył przy byle dotknięciu, odczytanie tekstu uniemożliwiają szerokie tunele, wygryzione przez owady.

Książka, która ma kilkaset lat, może być piękna – ale często bywa w opłakanym stanie. Oprawa zjedzona przez korniki lub zbutwiała, skruszały papier sypie się w pył przy byle dotknięciu, odczytanie tekstu uniemożliwiają szerokie tunele, wygryzione przez owady.

Do tego dodać jeszcze można brakujące karty tytułowe, nieczytelne tłoczenia na okładkach, wyrwane niegdyś strony… Żeby świat mógł mieć jeszcze z takiej książki pożytek, nie wystarczy zwykły bibliotekarz. Potrzebny jest lekarz i detektyw w jednym – takimi właśnie lekarzami i detektywami są dziś pracownicy archiwów.

W XXI w. pytanie o to, czy trzymanie na półkach kilometrów starych ksiąg, których od wieków nikt nie potrzebował ma sens, wydaje się nie być całkiem bezzasadne. Bo po co je trzymać? Niektóre, choć rozpadają się ze starości, mają nierozcięte karty, a to znaczy, że nikt ich nigdy nie przeczytał. Napisane w martwym już języku, dotyczące nauki, która się zdezaktualizowała – po co tyle zamieszania, tyle pracy, tyle pieniędzy? 

 

Policzyć nieznane

Kalendarz w XVII w. jest niewielki, oprawiony na czarno. Wydrukowano w nim tylko daty i wspomnienia liturgiczne, ale potem kolejni właściciele zaczęli dopisywać swoje uwagi. Po charakterze pisma widać, że książka należała do przynajmniej dwóch osób. Pierwsze wpisy datowane są w okolicach roku 1605. Ktoś – pewnie ksiądz, bo tylko oni na wsiach potrafili pisać po łacinie – dopisywał w kalendarzu biogramy świętych, potem wydarzenia z życia wsi, odnotował czyjąś śmierć, jakąś epidemię… Aż żal, że tak trudno pismo odczytać, że wszystko w języku, który trudno już zrozumieć, bo przecież można by nad takim kalendarzem spędzić kilka dni i poznać człowieka sprzed wieków, zrozumieć jego myśli, zrozumieć jego świat. Odkładam małą, czarną książeczkę – ja już tego nie zrobię, nie potrafię, ale jest szansa, że ktoś kiedyś do owego kalendarza dotrze, że napisze o nim książkę, że jego dawno zmarli właściciele będą mogli nam coś powiedzieć o sobie i miejscu, w którym żyli.

Szansa, że ktoś dotrze do kalendarza i innych zapomnianych ksiąg istnieje: w gnieźnieńskim Archiwum Archidiecezjalnym trwa właśnie program katalogowania księgozbioru, prowadzony na niespotykaną dotąd skalę. O tym, że w archiwum znajdują się tysiące ksiąg wiedziano od dawna. Część ksiąg wracała po wojnie, część oddawano, przekazywano do archiwum zbiory seminaryjne. Wiele lat temu s. Jadwiga Rył stworzyła dla części zbiorów katalog kartkowy, ale zbyt wiele tego było, by jeden człowiek mógł wszystko to opisać – zwłaszcza w czasach, gdy nie korzystano z komputerów. Zbiory więc były, ale korzystać z nich się nie dało, bo jak odnaleźć jedną książkę na kilometrach półek, jeśli nie istnieje katalog?

Projekt programu katalogowania zbiorów powstał przy współpracy z Wydziałem Historycznym UAM w Poznaniu, jego kierownikiem jest dr Piotr Pokora. Ile dzieł zostanie dzięki temu umieszczonych w nowym, naukowym katalogu trudno powiedzieć – nie wiadomo, ile ksiąg jeszcze czeka na magazynowych półkach i na ile wystarczy czasu i pieniędzy. Szacuje się, że na skatalogowanie czekać może kilkadziesiąt tysięcy woluminów. Program rozpoczął się w 2012 r. i potrwa do roku 2016. Początkowo prace szły powoli, bo trzeba było wypracować stosowne procedury. Dziś, gdy pracownicy zatrudnieni przy projekcie mają już wprawę, udaje im się wprowadzić do katalogu i opisać około 60 tytułów tygodniowo.

 

Kto, kiedy, z kim

Kiedy pracownicy projektu biorą do ręki księgę, stają się detektywami. Najpierw sprawdzają autora: odczytują jego nazwisko i wyszukują go w internetowych katalogach. Chcą wiedzieć, kim był. Jego nazwisko zapisują w kilku wersjach: takiej, jak zostało zapisane na karcie tytułowej (najczęściej po łacinie w ablativus, narzędniku), potem również w mianowniku (nominativus) oraz – jeśli to autor nowożytny – w języku narodowym. Przy nazwisku podają daty jego urodzenia oraz śmierci. Jeśli księga ma współautorów, również ich opisują według tego samego schematu.

Nazwisko autora to jednak dopiero początek. Drugim krokiem jest odczytanie tytułu z karty tytułowej. Jest to zadanie skomplikowane, bo skomplikowane były również tytuły ksiąg, w różnych wydaniach różniące się tylko jednym słowem – to wszystko trzeba wyłapać, by wiedzieć, z którym wydaniem danej księgi ma się do czynienia.

Po zidentyfikowaniu tytułu należy zidentyfikować wydawcę, tu znów służą pomocą międzynarodowe katalogi. Miejsce wydania zapisać trzeba w takim języku, jak zapisane zostało w księdze, następnie w języku narodowym oraz, jeśli brzmi zupełnie inaczej, również w języku polskim. 

Ciekawsze poszukiwania pojawiają się w kolejnym etapie: należy sprawdzić, czy i komu dana książka została dedykowana. Zdarzało się, że autor dedykował swoje dzieło papieżowi, prymasowi, księciu – to ważne pole badań dla historyków, których interesują relacje między poszczególnymi bohaterami historii. Przy okazji dowiedzieć się można wiele o inspiracjach autorów, a nawet o finansowaniu konkretnych badań.

 

Znajomi sprzed wieków

Jedną z najtrudniejszych części badań przy katalogowaniu jest odczytanie proweniencji, czyli ręcznie wpisanych właścicieli poszczególnych egzemplarzy książek. Dopóki jest to seminarium czy klasztor, sprawa jest jasna. Zadanie komplikuje się przy pojedynczych osobach, których nazwiska zostały wpisane nieczytelnie lub zostały zatarte przez czas. Wówczas korzystać trzeba ze słowników biograficznych, artykułów, spisów kanoników – wszystkiego, byle tylko zidentyfikować właściciela książki i umiejscowić go w czasie. To iście detektywistyczna praca, ale też przynosząca wiele radości, kiedy ktoś z przeszłości przestaje nagle być zagadką. Pracownicy projektu mają już wprawę, a niektórych księży sprzed lat traktują jak dobrych znajomych – rozpoznają ich po charakterze pisma, a księdza Zienkiewicza po tym, że zawsze w książce wpisywał kwotę, jaką zapłacił za oprawę. Zaznaczają w nowo powstającym katalogu również istnienie glos – różnego rodzaju komentarzy czy dopisków, które mogą być ważne dla przyszłych badaczy. Kto wie, czy to właśnie owe glosy nie są najciekawsze również dla laika – nad niektórymi trudno się dziś nie uśmiechnąć. Choćby nad takim egzemplarzem historii Kościoła, gdzie na stronie opisującej papieżycę Joannę jakiś gwałtowny czytelnik podkreślił fragment zdecydowanym ruchem ręki, dopisując obok wielkimi literami: „Kłamstwo! Żyt!!!” Kto inny wymazywał albo zamalowywał nagość na rycinach Adama i Ewy, jeszcze inny wycinał podpisy poprzednich właścicieli książek – widać świat nigdy nie był wolny od słabości, a książki niekoniecznie w uczciwy sposób przechodziły z jednej prywatnej biblioteki do drugiej.

Na koniec zostaje jeszcze opisanie opraw: o nich samych można by napisać pracę doktorską. Wykonane z dębowego drewna i skóry, z tłoczeniami, ekslibrisami, herbami, scenami biblijnymi, mottami, skróconymi tytułami, złoceniami, okuciami – często już same oprawy są prawdziwymi dziełami sztuki. Na razie pracownicy projektu opisują je w kilkunastu słowach, żeby przyszli badacze mogli łatwo znaleźć interesujące ich elementy.

Potem pozostają już tylko do zaznaczenia defekty: rozdarte karty, wycięte grafiki. To prawdziwie mozolne poszukiwania, ale konieczne: jeśli defekt zostanie wpisany do katalogu, nikt nie oskarży przyszłego użytkownika o uszkodzenie księgi. To dlatego każda z ksiąg musi być przejrzana strona po stronie, to dlatego zapisać trzeba każdy błąd w numeracji kart, to dlatego praca nad jedną książką trwać może czasem cały dzień…

 

Uratować przed zniszczeniem

Po wpisaniu księgi do katalogu trzeba ocenić jej stan. Zajmuje się tym Marzena Szczerkowska, która ocenia stan ksiąg według trzydziestu kilku kryteriów. Każde z kryteriów opisane jest punktach: 0 oznacza, że nie ma zniszczeń, 3 – że stan jest katastrofalny. To trudna praca, bo każdą książkę trzeba potraktować indywidualnie i nigdy nie wiadomo, co znajdzie się wewnątrz oprawy. Wystarczy, że wygryziony przez owady pył opadnie i już potrzeba specjalisty, żeby księgę móc zamknąć z powrotem.

Później zniszczone księgi mogą zostać poddane konserwacji. Część z nich po pomoc wyrusza do toruńskich studentów. Jeśli są materiałem do ćwiczeń, nie ma ich przez kilka miesięcy, jeśli przedmiotem pracy dyplomowej, wracają dopiero po kilku latach. Studenci badają papier i przyczyny rozwarstwiania się papieru, sprawdzają gatunki pojawiających się na kartach i oprawach grzybów, kupują niezbędne odczynniki, specjalne kleje, które nie wejdą w reakcję z papierem i nie uszkodzą go jeszcze bardziej. Korzyść jest obopólna: adepci sztuki konserwatorskiej mają materiał do nauki, a archiwum – kolejnych kilka ksiąg uratowanych. Konserwacja odbywać się może również na miejscu, w Gnieźnie. Praca ta wymaga wielkiej wiedzy, ale i ostrożności: używa się przy tym gazów grzybobójczych i owadobójczych, trujących nie tylko dla żyjących na nim mikroorganizmów, ale również dla człowieka. Jeśli go nie zabiją, to mogą wywołać poważne kłopoty z drogami oddechowymi. To właśnie dlatego tak bardzo trzeba dbać, żeby pracować w wietrzonym pomieszczeniu i w ochronnej odzieży, żeby na własnym ubraniu czy na ciele nie wynosić trucizny poza archiwum. Grzyby, bakterie, wirusy, zbierający się przez wieki kurz, to wszystko może człowiekowi zaszkodzić. Konserwatorzy w archiwach przypominają więc chirurgów na sali operacyjnej: ubrani w fartuchy, z rękawicami na dłoniach i w maseczkach na twarzy. Stare księgi są niebezpieczne, a nowotwory dróg oddechowych to najczęstsze choroby wśród archiwistów i bibliotekarzy historycznych.

 

Śmieci, które mówią

W pomieszczeniu, gdzie odbywa się katalogowanie, na środku stoi stół z nowoczesnymi komputerami, a pod ścianami ułożone są liczące po kilkaset lat księgi. Stare spotyka się z nowym. Co jakiś czas skatalogowane starodruki wynoszone są do magazynu, a na górę wędrują kolejne, czekające na opisanie. Pracownicy projektu przyznają, że na nową dostawę czekają zawsze z niecierpliwością, bo przecież nigdy nie wiadomo, jakie skarby mogą się tam kryć – może coś, czego nie ma już żadna inna biblioteka na świecie? Ale w księgach oprócz skarbów kryje się również coś, co na pierwszy rzut oka wydawać się może śmieciami. Nikt ich jednak nie wyrzuca, składane są pieczołowicie do oddzielnego kartonu: zakładki, fragmenty kazań i pamiętników, różowy opłatek, rośliny, zasuszone robaki, pocięty fragment rękopisu z XII w., rachunek za smołowanie dachu na kościele, recepta lekarza, co robić w razie wymiotów. I jeszcze list księdza do drugiego z sąsiedniej parafii: „żeby to nie było z obrazą ważności, żebym tę drogę do Kłecka na wtorek da Pan Bóg odłożyli, albowiem w poniedziałek będę celebrował testimonium matrimonium kilku par ludziom, o czym nie pamiętałem, kiedym na swych koniach waszmość poślę. Zatym łaskę waszmości pilnie oddaję”. Dziś zamiast listu napisałby pewnie ów ksiądz SMS: „Sorry, zapomniałem, że mam śluby, pojedziemy we wtorek?” – i nie pozostałby po nim żaden ślad…

 

Ślady duchowej kultury

– Przy projekcie pracuje około dziesięciu osób, ale to nie znaczy, że wszystkie każdego dnia są na miejscu – tłumaczy ks. Michał Sołomieniuk, dyrektor Archiwum Archidiecezjalnego w Gnieźnie. – Nie jesteśmy ośrodkiem historycznym i nie jest łatwo znaleźć ludzi, mających odpowiednie kompetencje do tego typu zadań. Mamy tu historyków, łacinnika, bibliotekarkę, konserwatora zabytków, ja sam pomagam jako paleograf przy odczytywaniu proweniencji. Większość osób dojeżdża z Poznania, a tylko jedna pracuje w takim wymiarze godzin, jak na pełnym etacie. Mam nadzieję, że za kilka lat nie będę miał już problemów z odpowiedzią na pytania, czy dana księga znajduje się w naszych zbiorach – na razie mogłem tylko odpowiadać, że w skatalogowanej części jej nie ma.

Na pytanie, jakie znaleziska są szczególnie ważne, ks. Sołomieniuk odpowiada: – Osobiście cieszę się zawsze, gdy znajdujemy proweniencje naszych kanoników czy arcybiskupów. Kiedyś łatwo będzie dzięki temu zdobyć o nich więcej wiadomości, dowiedzieć się, kto i jakie książki kupował, jakie dostawał, komu je po śmierci przekazywał, zrekonstruować całą  bibliotekę – a przecież właśnie osobista biblioteka świadczy najlepiej o kulturze duchowej człowieka.

 


9 czerwca: Międzynarodowy Dzień Archiwów

 

Międzynarodowy Dzień Archiwów został ustanowiony podczas 16. Międzynarodowego Kongresu Archiwów w Kuala Lumpur na pamiątkę utworzenia 9 czerwca 1948 r. w Paryżu Międzynarodowej Rady Archiwów – organizacji pozarządowej, mającej na celu m.in. rozwój i ułatwienie dostępu do światowych zasobów archiwalnych. Obecnie Rada zrzesza ok. 1400 instytucji ze 199 krajów świata. Tego dnia archiwa na całym świecie przypominają o swojej misji i znaczeniu dla zbiorowej pamięci narodów i społeczeństw. W Polsce jest to także Dzień Pracowników Bibliotek i Archiwów. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki