Logo Przewdonik Katolicki

Wigilia przed kanonizacją

Monika Białkowska
Fot.

Rozkrzyczani jak zwykle Hiszpanie. Sznur sercanek w czarnych habitach. Dzieci śpiewające głośno na całą ulicę, że Przyjeżdżamy tutaj z Koniakowej, żeby przed papieżem schylić głowę. Harcerze ZHR z ojcami kapucynami.

Rozkrzyczani jak zwykle Hiszpanie. Sznur sercanek w czarnych habitach. Dzieci śpiewające głośno na całą ulicę, że „Przyjeżdżamy tutaj z Koniakowej, żeby przed papieżem schylić głowę”. Harcerze ZHR z ojcami kapucynami.

I setki tysięcy innych, którzy na dwa dni objęli Rzym na własność, czyniąc go swoim domem. Kanonizacja Jana Pawła II i Jana XXIII to nie jest lokalna uroczystość – to motyw, da którego cały świat wyruszył na pielgrzymkę.

 

 

Emeryci chodzą pieszo

W poszukiwaniu pielgrzymów w wigilię kanonizacji trafiłam najpierw do kościoła Santo Spirito in Sassia. Słoneczne sobotnie popołudnie nieopodal Watykanu, w bocznej ulicy przygotowanej już do wieczornego zamknięcia. Na razie żółte taśmy powiewają jeszcze wysoko ponad głowami pielgrzymów, służby porządkowe nie zwracają uwagi na przetaczające się ulicą tłumy, a ulicę wypełniają dźwięki śpiewanej głośno Koronki do Miłosierdzia Bożego. Gdzieś tam pośród ludzi, którzy gęsto jeden przy drugim siedzą na schodach kościoła są ci, z którymi porozmawiać chciałam od kilku miesięcy: Jola i Zbyszek Janczakowie, małżeństwo z Miłosławia oraz ich przyjaciółka, Krystyna Zabrocka. Choć ukrywają się w tłumie, są pewnie jednymi z najbardziej interesujących pielgrzymów na kanonizacyjnych uroczystościach – do Rzymu przyszli bowiem pieszo. Wędrowali z archidiecezji gnieźnieńskiej przez trzy miesiące, przemierzając ponad dwa tysiące kilometrów.

Cała trójka ma już za sobą sześćdziesiąte urodziny, ale kiedy patrzę w ich oczy, mam wrażenie, że nie mogą mieć więcej, niż po dwadzieścia lat. Ich twarze spalone słońcem i wysmagane wiatrem zdają się błyszczeć. Opowiadają z entuzjazmem, bez odrobimy zmęczenia, choć to przecież po ludzku niemożliwe, żeby zmęczeni nie byli. Okazuje się, że w taką drogę chcieli wyruszyć już trzy lata temu na beatyfikację papieża Jana Pawła II, ale wtedy wszyscy jeszcze pracowali: Jola i Zbyszek jako nauczyciele, a Krystyna jako lekarz weterynarii. Teraz są na emeryturze, więc postanowili zmierzyć się z trzymiesięczną drogą. Wyprawa była wielka, ale nie zupełnie w nieznane, bo wszyscy troje od lat przemierzają Drogi Jakubowe. Wyprawa do Rzymu była jednak zdecydowanie największa i najważniejsza.

 

Niesieni przez innych

– Z Miłosławia wyszliśmy 28 stycznia – wspominają. – Nie wiedzieliśmy wtedy, jak to będzie wyglądało, czy uda nam się osiągnąć cel. Nie wiedzieliśmy, czego spodziewać się po zimie: mieliśmy spodnie jak na snowboard, które nazywaliśmy pancernymi i termiczną bieliznę, drogi były pokryte lodem i cienką warstwą śniegu. Bagaże nosiliśmy ze sobą, potem przyjaciele po drodze odebrali od nas tę ciężką, zimową odzież, kiedy przestała już być potrzebna. Planowaliśmy trasę liczącą około 2200 km, ostatecznie wyszło trochę mniej, bo po drodze, za radą miejscowych, korygowaliśmy trasę na krótszą. Zamierzaliśmy każdego dnia pokonywać około 30 km, biorąc pod uwagę, że któreś z nas może zachorować i mieć mniej sił. Oczywiście nie zawsze się to udawało, w zależności od tego, gdzie znajdowaliśmy nocleg, czasem przechodziliśmy odcinki dużo dłuższe, a czasem krótsze.

Jak logistycznie przygotować taką wyprawę? Gdzie szukać schronienia na noc? Miłosławscy pielgrzymi korzystali z tego, co droga im niosła. Czasem były to domy pielgrzyma na trasie Dróg Jakubowych, a czasem gościna w domach, na plebaniach, w klasztorach. Przed wyjściem straszono ich Czechami, w których katolicy są zdecydowaną mniejszością, ale to właśnie czescy księża przekazywali ich sobie nawzajem, polecając sąsiednim parafiom opiekę nad pielgrzymami. Zapewniali nie tylko nocleg, ale czasem również transport bagażu. – Któryś ksiądz powiedział nam, że oni nas przez Czechy przeniosą – śmieje się Zbyszek. – I rzeczywiście nas przenieśli!

Czy ludzie, którzy spędzają we troje trzy miesiące w ekstremalnie trudnych warunkach, mogą jeszcze na siebie patrzeć? – Każdy z nas jest indywidualnością, każdy ma silny charakter – mówi Jola. – W zasadniczych sprawach potrafimy dojść do porozumienia, a przecież nie musimy trzymać się wciąż za ręce, żeby iść razem. Kiedy wędrowaliśmy, każde z nas miało swoją przestrzeń, swój czas na myślenie, na modlitwę. Wspólnie każdego dnia mówiliśmy różaniec, koronkę i Anioł Pański, poza tym każdy miał czas dla siebie. Kiedy mogliśmy, dołączaliśmy też do Mszy św. w parafiach, staraliśmy się wchodzić do napotkanych kościołów na chwilę modlitwy.

 

Stopy uświęcone

Trzymiesięczna wędrówka oznacza, że Jola, Krystyna i Zbyszek również święta Wielkiej Nocy spędzili w drodze. – Truduum Paschalne przeżywaliśmy w Viterbo – wspominają. – W Wielki Piątek braliśmy udział w misterium i procesji przez miasto. Uczestniczył w niej biskup, a ulicami niesiono wielkie figury i lampiony. Później spotkaliśmy mieszkającą tam Polkę, która zaprosiła nas na wielkanocne śniadanie. Okazało się, że nie jada się go jak u nas, w domu z rodziną, ale wspólnie, całym miastem, parafią lub dzielnicą. Każdy przynosi, co może, ksiądz błogosławi i wszyscy wspólnie świętują Zmartwychwstanie Jezusa.

Kiedy pytam, czy mieli chwile zwątpienia, kiedy marzyli o powrocie do domu, zgodnie odpowiadają, że nie. – Owszem, były takie dni, kiedy była trudna pogoda czy kiepskie samopoczucie – tłumaczy Zbyszek. – Szło się wtedy tak, jakby coś trzymało za plecak i ciągnęło do tyłu. Ale żeby się wycofać? Nigdy!

Cała trójka zgodnie podkreśla, że motywacją do wyruszenia w drogę nie była kanonizacja Jana Pawła II, ale kanonizacja dwóch papieży. Ich droga w przedziwny sposób splotła się z drogą Włocha Francesco, którego poznali w czasie Wielkanocy w Viterbo: Francesco również szedł pieszo na kanonizację z Bergamo, rodzinnego miasta papieża Jana XXIII. Trudności językowe nie były barierą dla przyjaźni, Francesco uradowany witał ich w Rzymie.

– W Rzymie zatrzymaliśmy się w domu pielgrzyma, przeznaczonym wyłącznie dla pielgrzymów pieszych – opowiada Jola. – Przyszliśmy tam bardzo późno, ale czekano tam na nas, a później poproszono, żebyśmy usiedli, oni obmywali nasze nogi i je całowali… Wszyscy wtedy płakaliśmy, i my, i oni. W tym domu pielgrzyma zatrzymać się można na dwie noce, więc dziś zostaliśmy już bez noclegu. Ale jest ciepło i tyle tysięcy ludzi spędzi tę noc na ulicy, więc dlaczego i my nie możemy? A potem będzie uroczysta Msza św. i znów będą łzy i człowiek zapomni o wszystkim, co było trudne.

 

Czekają, żeby pomóc

Jeśli od Bazyliki św. Jana na Lateranie iść do Bazyliki Santa Maria Maggiore, po drodze napotka się niewielki kościół pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. To właśnie tam znajduje się oryginał sławnego na cały świat obrazu i tam posługują księża redemptoryści z Polski. Wchodzimy tam po drodze, pytając o możliwość odprawienia Mszy św. – Oczywiście, nie ma sprawy – słyszymy. – A potem zapraszamy na herbatę i kanapki!

Przy parafii działa Polonijne Centrum Duszpasterskie im. Św. Klemensa. W każdy czwartek po południu i w każdą niedzielę spotykają się w nim pracujący i mieszkający nieopodal Polacy. Biorą udział w Mszy św. w języku polskim i dodają sobie otuchy w życiu n obczyźnie. Na dzień kanonizacji papieża Polaka przygotowali się specjalnie: stoły uginają się pod talerzami pełnymi kanapek i ciasta. Każdy, kto tędy przechodzi, może wejść się najeść, a jeśli będzie potrzeba, również przenocować. Pani Dorota Kurowska i pan Sławomir Witecki czuwać będą przez całą noc, żeby nikogo z rodaków nie zostawić w Rzymie bez pomocy. Trochę są rozczarowani, że dopiero druga grupa do nich trafiła, ale przecież wieczór jest długi i na pewno żadne jedzenie się nie zmarnuje.

 

Wspólnie po polsku

Późnym wieczorem w wigilię kanonizacji Polacy zbierają się na Piazza Navona, przy kościele św. Agnieszki. To właśnie tam przewidziano dla nich nocną adorację. Powiewają biało-czerwone flagi, a człowiek czuje się trochę jak na Rynku w Krakowie, bo język polski zdecydowanie zagłusza wszystkie inne. Przed kościół wychodzi o. Jan Góra. – Tylu was tutaj jest! Przecież nie będziemy odprawiać Mszy św. w kościele dla małej grupki, skoro was tylu tutaj zostało na zewnątrz! Dalej, wynosimy ołtarz na zewnątrz!

Rozbrzmiewa Apel Jasnogórski, potem „Czarna Madonna” niesie się aż na sąsiednie ulice. I nie wiadomo jak, ale polska spontaniczność bierze górę nad włoskim chaosem, za chwilę ołtarz stoi już w drzwiach kościoła i pieśni „Siewców Lednicy” porywają do śpiewu, zaczyna się liturgia. Na Piazza Navona jest już ciemno. Część z tych ludzi pójdzie nad ranem w stronę placu św. Piotra, część zostanie tutaj, przy telebimie. Na razie pod włoskim niebem, czują się jak u siebie w domu.

 

Jak oni dwaj

Przede mną jeszcze jeden etap wigilijnej pielgrzymki. Wydawało mi się, że prywatny, bo od lat chciałam wejść do kościoła św. Augustyna nieopodal Piazza Navona, Teoretycznie wiedziałam, że tam właśnie znajdują się relikwie św. Moniki, ale odbijałam się od zamkniętych drzwi. Miałam nadzieję, że w wigilię kanonizacji, kiedy wszystkie kościoły starego Rzymu miały być otwarte, uda mi się uklęknąć wreszcie przy grobie patronki. I rzeczywiście: kościół był otwarty, i św. Monika była. Ale było też coś więcej, co sprawiło, że wizyta w kościele św. Augustyna sama i niespodziewanie wpisała się w wielki program pielgrzymki na kanonizację. Przy drzwiach wejściowych kościoła znajduje się potężna marmurowa figura Matki Bożej z Dzieciątkiem, ze stopą obłożoną srebrem. Obok figury wywieszone są dziękczynne wota i wyłożona jest księga podziękowań. Nie byłoby w tym zapewne nic ciekawego, gdyby nie forma owych wot. Przy figurze nie wiszą korale ani złote serca, ale dziecięce śpioszki, kaftaniki i maleńkie sukienki. Księga podziękowań składa się głównie ze zdjęć maleńkich dzieci, których narodziny wyprosili rodzice za wstawiennictwem Maryi. Z boku wisi kilka niewielkich fotografii. Na jednej z nich pielgrzym do Maryi, papież Jan XXIII całujący stopę Maryi. Na drugiej papież Jan Paweł II, pokornie klęczący przed słynącą cudami figurą. I oto okazuje się, że człowiek chodzi śladami papieży, choć wydawało mu się, że jest tu tylko na chwilę i przypadkiem…

 

Madonna pielgrzymów

Po lewej stronie od wejścia do kościoła św. Augustyna znajduje się coś jeszcze: to obraz Caravaggia, „Madonna Pielgrzymów”. Maryja trzyma na rękach Dzieciątko, beztrosko machające nogami tuż przed nosem wędrowców. Wędrowcy klęczą przed Nim i Jego Matką, nie dość że obdarci, to jeszcze z brudnymi nogami. Kiedyś te brudne nogi na obrazie Caravaggia wystawionym w kościele były skandalem: podobnie jak i stopy Jezusa, przywodzące skojarzenie z Komunią św., udzielaną żebrakom. A dziś? W noc przed kanonizacją rzymskie kościoły pełne są ludzi z całego świata, ludzi z brudnymi nogami, ludzi zmęczonych, ludzi ubranych jak kloszardzi, bo przecież chodzi o to, żeby w nocy nie zmarznąć. Wszyscy jesteśmy pielgrzymami, którzy chcą się modlić z Janem XXIII i z Janem XXIII: żeby dojść tam, dokąd doszli oni, do samego Jezusa, prosto do świętości.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki