Logo Przewdonik Katolicki

Pokazać nadzieję nieba

Dariusz Racinowski
Fot.

Rozmowa z o. Waldemarem Pastusiakiem, proboszczem parafii św. Wojciecha BM w Brdowie, przeorem klasztoru Ojców Paulinów i kustoszem brdowskiego sanktuarium Matki Bożej Zwycięskiej.

Minął rok od objęcia przez Ojca probostwa w Brdowie. Jaki to był czas?

– Rok wielu doświadczeń związanych z wejściem w funkcję proboszcza. Nie tak dawno temu, przez sześć lat byłem w Brdowie wikarym: pracowałem z młodzieżą. Praca proboszcza ma wymiar duszpasterski, ale i gospodarczy. Jest to zupełnie inny zakres obowiązków. Proboszcz musi się troszczyć o zbawienie dusz parafian i o sprawy doczesne. Trzeba utrzymać klasztor, zadbać o niego. Niemniej jest to rola fascynująca. Pozwala odkryć wielkość ludzi, z którymi się pracuje.

 

Pewnie wyglądałoby to inaczej, gdyby Ojciec miał czas na przygotowanie się do przejęcia nowej funkcji? Tymczasem wszystko odbyło się niejako „z marszu”.

– Chyba każdy ksiądz marzy, aby być proboszczem. I ja pragnąłem kiedyś wrócić do Brdowa jako proboszcz. Niestety, tragiczne wydarzenia (śmierć o. Stanisława Go) przyspieszyły wszystko. Ale patrzmy na to przez pryzmat Bożej opatrzności. Czasem nie rozumiemy, czego Bóg od nas oczekuje, ale musimy realizować Bożą wolę. Gdzieś tam Bóg przygotowywał mnie do tej funkcji. Musimy wejść w tę tajemnicę, poznawać ją i jak najlepiej urzeczywistniać.

 

Brdów był pierwszą parafią Ojca po święceniach kapłańskich. Potem nastąpił wyjazd do Leśnej i po dwóch latach powrót do Brdowa. Jak to jest móc wrócić tak szybko w to samo miejsce?

– Mówi się, że pierwsza parafia dla każdego księdza jest jak pierwsza miłość. W Brdowie zakochałem się, a później przeżyłem traumatyczne, smutne pożegnanie. Z tym większą radością powróciłem do swej „pierwszej miłości”. Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, a jednak. Znajomi mówią, że się zmieniłem. Tłumaczę im, że funkcja, którą pełnię, wymaga ode mnie innej postawy, zaangażowania. Brakuje mi pracy z dziećmi i młodzieżą. Bardzo się cieszę, że tu jestem. Tu zostało moje serce.

 

Jak Ojciec scharakteryzowałby naszą parafię?

– Nie ma parafii gorszej czy lepszej. Wszystko zależy od podejścia proboszcza do ludzi i ludzkiej otwartości. Wszędzie są ludzie wspaniali dla Kościoła, angażujący się w  życie parafii, pomagający proboszczowi. Są też tacy, którzy są nastawieni negatywnie, bądź obojętni. Tym nie można się zrażać. Gdyby  życie było usłane tylko kwiatami, wzniosłymi wydarzeniami, to nie byłoby dobrze. Wspaniali ludzie pomagają człowiekowi podnieść się, ale są potrzebni i ci trudni, z którymi trzeba rozmawiać, czasami ich nawracać. Oni w pewien sposób udoskonalają nas w miłości i wierze. Jezus powiedział: „Jeśli miłujemy ludzi, którzy nas miłują, cóż za nagrodę mieć będziemy?”. Kiedy ludzie widzą dobro, to jest im niezręcznie odpłacać złem. Jeśli nawet noszą w sercu urazy do Kościoła, kapłanów, a w kancelarii parafialnej zobaczą księdza życzliwego i przyjaznego, to ich złość gaśnie.

 

Znany jest Ojciec z dobrego wpływu na młodzież... Jak się to osiąga?

– Trzeba mieć w sobie to „coś”. Nie wiem, skąd to jest, ale jest. Kiedy tu przyszedłem tuż po święceniach i zobaczyłem brzdące biegające po sanktuarium, byłem przerażony. Myślałem: nie wytrzymam w przedszkolu! Okazało się, że udało mi się z dziećmi być i przyciągać je do kościoła. A recepta? To otwarte serce. Dzieci są różne, młodzież jest różna. Zdarza się, że przychodzi na katechezę zbuntowana. Nawet nie wiedząc dlaczego. Bunt ma w sobie. Kiedy jednak spokojnie się z młodzieżą rozmawia, nie kłóci, nie narzuca pewnych poglądów, to młodzi zaczynają myśleć, analizować, wnioskować. Wspólnie robimy wiele rzeczy służących Kościołowi w różnych wymiarach. Także sprzątamy cmentarz! Młodzi  pomagają przy dystrybucji darów z Caritas: ładują produkty, rozładowują i pomagają w rozprowadzaniu. Tę bardzo ciężką pracę wykonują wzorowo. Ja tylko nadzoruję i pilnuję porządku.

 

Czy jest recepta na kościół pełen wiernych? Czy Ojciec  ma taką receptę?

– Żartobliwie mówiąc, zimą to ogrzewamy kościół (śmiech). Jest to cudowna recepta na to, żeby ludzie czuli się dobrze w kościele. Kościół ma być dla ludzi domem, azylem. Jeśli przyjdą do świątyni, w której jest ciepło i serdecznie, to kapłanowi z pewnością łatwiej będzie głosić im Ewangelię. I kazanie nie powinno być zbyt długie, za to głoszone sercem. Kościół musi być otwarty, gościnny i miłosierny. To jest miejsce dla każdego z jego niełatwym życiem. Wspaniale mówi o tym Ojciec Święty Franciszek. Ludzie powinni doświadczyć Bożej Miłości, a nie Bożego gniewu. To jest recepta na kościół wypełniony wiernymi: pozytywne przesłanie Ewangelii. Nie straszenie piekłem, ale pokazanie nadziei nieba. Ma nas jednoczyć w kościele nie strach przed Bogiem, lecz miłość do Niego.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki