Jazz Jamboree, najsłynniejszy polski festiwal jazzowy, ma 55 lat. To jeden z najstarszych i najbardziej prestiżowych festiwali jazzowych w Europie. Kiedyś grali na nim Miles Davis, Duke Ellington, Thelonious Monk czy Ornette Coleman.
Lista wybitnych nazwisk jest o wiele dłuższa: Keith Jarrett, Ray Charles, Wynton Marsalis, Sonny Rollins, Kenny Garrett, Scott Hamilton, Dave Brubeck, Woody Herman, Diana Krall. Każdy miłośnik jazzu zrobiłby dużo, by usłyszeć koncert wielu z nich. I choć niestety od kilku lat osobowości tej miary nie goszczą już na festiwalu, to Jazz Jamboree wciąż ma swoją renomę. W czasach, gdy wiele festiwali upada, ta impreza jest idealnym łącznikiem z okresem, gdy jazz uważany był za muzykę buntu. Zaczynał od zadymionych sal klubów studenckich, trafił do Filharmonii Narodowej, potem do Sali Kongresowej. W programie do pierwszego Jazz Jamboree w 1958 roku Leopold Tyrmand napisał: „Nie tylko do słuchania i grania przygotowywało się koncerty i organizowało festiwale (…), ale po to, aby dać wyraz pewnym przekonaniom, dlatego, aby zaprotestować – ogólnie mówiąc, po to, by czegoś bronić. Był bowiem czas, gdy jazz był przejawem protestu i sprawdzianem łączności między pokoleniami”.
„Co będziemy robić w Stodole?”
Początki tej warszawskiej imprezy były jednak w Sopocie. To tam odbył się w 1956 roku Pierwszy Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej. Muzyka rozbrzmiewała także w następnym roku przez siedem dni w różnych miejscach Trójmiasta: na Molo, w Operze Leśnej, w Stoczni Gdańskiej. „Pragnienie powojennego pokolenia, aby uczestniczyć w tworzącej się kulturze i czerpać ze wzorów sztuki zachodniej, zaczynało powoli brać górę nad szarością i beznadziejnością, wywodzącą się z indoktrynacji reżimowej. I oto cud się stał!” – wspominał Jerzy Duduś Matuszkiewicz, jedna z największych osobistości polskiej sceny jazzowej, saksofonista i kompozytor muzyki do takich filmów, jak: Poszukiwany, poszukiwana, Zaklęte rewiry czy seriali Wojna domowa, Podróż za jeden uśmiech, Czterdziestolatek. To on w czasie sopockiego jazzowego święta prowadził nowoorleański pochód. Jazz uważany był za przejaw wrogości wobec PRL-u. Grając jazz i słuchając go, przełamywało się „żelazną kurtynę”, odgradzającą nas od świata, od niemal mitycznego Zachodu. Kiedy okazało się, że po raz trzeci festiwal w Sopocie się jednak nie odbędzie, grupa miłośników jazzu postanowiła przenieść go do stolicy. I tak w 1958 roku impreza przeniosła się do Warszawy. Jej inicjatorem był Leopold Tyrmand – barwna postać ówczesnej Warszawy, znawca i miłośnik jazzu, a nazwę wymyślili wspólnie z plastykiem Jerzym Skarżyńskim rok później. Pierwszy festiwal warszawski zorganizował Hot-Club „Hybrydy”, a trwał od 18 do 21 września pod nazwą „Jazz 58”. Pierwsze trzy edycje miały potem miejsce w klubie studenckim Politechniki Warszawskiej „Stodoła”, a część koncertów odbywała się w Krakowie. Jazz Jamboree, czyli jazzowy zlot – tę nazwę dziś zna każdy, niekoniecznie meloman. Klub „Stodoła” mieścił się w tym czasie przy ul. Emilii Plater, w dawnej drewnianej stołówce, gdzie jadali budowniczowie Pałacu Kultury i Nauki. Leopold Tyrmand tak opisywał klimat klubu w swojej powieści Życie towarzyskie i uczuciowe: „Uwagę Mikołaja przykuwały ostatnio przeróżne baraki, wypełnione jazzem i cichutkim szurgotem fanatycznego tańca. Baraki nosiły osobliwe nazwy, na przykład Stodoła, przesycał je kult intensywności (…) Jazzowa liturgia, znosząca podział między grającym a słuchającym, ofiarowała mu dreszcz, którego szukał niezmordowanie (…). W tej muzyce widział doskonałość, nic w sztuce nie przejmowało go taką pewnością, że znajduje się w obliczu perfekcji, jak przejrzyste, bezbłędne solo klarnetu czy trąbki”. Na klarnecie właśnie, pierwszego dnia festiwalu w 1958 roku, zagrał w klubie Stodoła Janusz Zabiegliński, słynny utwór Stephena Fostera Old Folks At Home. I ta stara murzyńska pieśń napisana w 1851 roku znana jako Swanee River stała się hymnem każdej kolejnej edycji Jazz Jamboree. W programie Tyrmand pisał: „Co będziemy robić w Stodole? Będziemy słuchać jazzu! Jazz stał się spoiwem i symbolem środowisk, które powstały samorzutnie, naturalnie, drogą naturalnego doboru i wyboru”. Jazz nie był tylko muzyką, nie był tylko zabawą, był wtedy sposobem życia, wyborem, ideologią.
Fruwające marynarki
Kto wystąpił na pierwszym warszawskim festiwalu? Zespół Zabieglińskiego w dwóch składach: tradycyjnym i uwspółcześnionym jako swingtet, Andrzej Kurylewicz ze swoim trio i Wandą Warską (porównywano ją wtedy do Sarah Vaughan). Zespół Jazz Believers z Ptaszynem na tenorze, Trzaskowskim i Komedą na fortepianie, Karolakiem, którego chwalono w recenzjach. Pokazali się Modern Dixielanders z młodym Zbigniewem Namysłowskim. Jedyny zespół zagraniczny to Duńczycy – Louis Hjulmand Quartet. Ale Jazz Jamboree był od początku bardzo ważnym wydarzeniem dla polskich muzyków. To było miejsce inspirujące, miejsce spotkania z najciekawszymi muzykami ze świata. To tutaj rozwinęły się kariery Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Krzysztofa Komedy, Michała Urbaniaka, Zbigniewa Namysłowskiego, Tomasza Stańki. Na Jazz Jamboree mogli nie tylko słuchać gigantów, ale i wspólnie z nimi grać w improwizowanych składach. Ale opowiadając o pierwszych latach istnienia Jazz Jamboree, nie można nie wspomnieć o ówczesnej publiczności. Zanim usiadła grzecznie w wytwornych wnętrzach Filharmonii Narodowej czy Sali Kongresowej, ta żywiołowa młodzież spragniona wolności okazała się nie do przyjęcia dla władz Sopotu. To z jej powodu podobno trzeci festiwal trójmiejski nie mógł się odbyć. To publiczność budowała klimat koncertowy, sprawiając, że muzyka była żywa. O publiczności właśnie pisał w tonie żartobliwym naczelny „Przekroju” Marian Eile, wielki sympatyk jazzu: „żadna ze sztuk nie ma tak gorąco oddanej sobie publiczności. Ani w teatrze, ani na koncercie symfonicznym, ani na wystawie obrazów nie widzi się publiczności tak entuzjastycznej, jak na występie jazzowym. (…) O, Jazz ma wiele zalet! Jak na przykład ułatwiał on młodym, powabnym niewiastom zawieranie ze mną znajomości! Najtrudniej zawsze rozpocząć rozmowę, a to stawało się takie proste. Wystarczyło, że powiedziała: Ach! Pan także przepada za bebopem!”. Marynarki fruwały, na stopach czerwone skarpetki, na nosie modne okulary a la Cybulski, szerokie spódnice. Dla władz zgnilizna Zachodu. Po okresie ideologicznego protestu, po czasie, kiedy jazz był oazą wolności, a fruwające marynarki urastały do rangi symbolu, festiwal stał się polem do poszukiwań artystycznych a wreszcie imprezą, na której trzeba było być, ważnym wydarzeniem na mapie artystycznej Europy. Największa frekwencja była w 1988 roku, kiedy w Warszawie zagrał Miles Davis. Dobre notowania miał festiwal w latach 1995–1998, kiedy program przygotowywał ówczesny dyrektor artystyczny Marcin Kydryński.
Przyszłość Jazz Jamboree
Ostatnie edycje festiwalu to zaledwie słabe echo tamtych złotych lat – jeszcze w latach osiemdziesiątych przyjeżdżali do Warszawy na koncerty miłośnicy jazzu z wielu krajów Europy. Nie pojawiają się już na tym festiwalu muzycy tej miary co Miles Davis czy Ornette Coleman. Tamte dzieje i tamtą epokę jazzu dokumentuje wystawa fotografii Marka Karewicza organizowana w ramach tegorocznego festiwalu. Fotogramy wybitnego fotografa prezentują zdjęcia z koncertów i wystąpień wielkich artystów polskich i zagranicznych. To ważne archiwum Jazz Jamboree. Są wśród nich Miles Davis, Jan Ptaszyn Wróblewski, Krzysztof Komeda i wielu, wielu innych wspaniałych artystów. Na łamach „Jazz Forum” o Marku Karewiczu tak pisał Andrzej Dąbrowski: „On wie, jak to jest. Sam grał na trąbce, basie. Wie gdzie i kiedy kończy się temat, zaczyna improwizacja. Wie, kiedy nacisnąć spust migawki. Złapać ten jeden, niepowtarzalny moment. Zna klimat tej muzyki”.
Jazz Jamboree dzisiaj stawia przede wszystkim na polski jazz, choć wcale nie oznacza to, że nie zaprasza artystów z zagranicy. W kilku punktach Warszawy w ciągu kilku tygodni odbywają się koncerty o różnej stylistyce i rozmaitej koncepcji. Kuba Stankiewicz przedstawi jazzowe interpretacje tematów filmowych Wojciecha Kilara, Tymon Tymański wraz z Natalią Przybysz wystąpią po prezentacji świetnego filmu Miłość, pokazującego historię trójmiejskiego zespołu yassowego, który sporo namieszał w polskim jazzie. Michał Kuleta i Paweł Tomaszewski zaprezentują swoje utwory skomponowane na zamówienie Instytutu Muzyki i Tańca. Goście przyjechali ze Stanów Zjednoczonych i Litwy. Kelvin Mahogany należy do czołówki amerykańskich wokalistów jazzowych, z kolei Mark Whitfield i James Genus zaliczani są od lat do grupy najlepszych gitarzystów jazzowych. Atrakcją może okazać się występ przedstawicieli jazzu litewskiego: Tree Stones Quartet i Neda and Labutis Jazz Quartet. Niestety, trzeba przyznać, że Jazz Jamboree nie pokazuje tego, co na scenie jazzowej dzieje się najciekawszego. Najbardziej interesujące programy, najoryginalniejsi wykonawcy, najciekawsze nurty można usłyszeć wciąż w małych klubach wśród publiczności złożonej z kilkudziesięciu osób. Tak jak kiedyś, przed laty.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













