Logo Przewdonik Katolicki

Adwent? Do roboty!

Monika Białkowska
Fot.

Powie ktoś: betlejemska stajenka? Jeszcze czas, to przecież dopiero druga niedziela Adwentu!

Ale właśnie dlatego, że jeszcze jest czas, warto pomyśleć już teraz. Zanim będzie za późno i zanim pobiegniemy kupić na ostatnią chwilę jakiś gotowy żłóbek, podobny do tysięcy.

 

Własne, inne

Żłóbek rzeczywiście można po prostu kupić. Ale po co kupować, skoro można zrobić samemu? Po co kupować, skoro długie, adwentowe wieczory można spędzić z rodziną, nie tylko wycinając pierniki, ale również przygotowując własną, niepowtarzalną stajenkę betlejemską? Albo niech będą nawet te pierniki – i stajenka z piernika! To tylko na początku wydaje się trudne…

Pani Magdalena ma niespełna czterdzieści lat, męża i dwie córki: starszą Zosię w gimnazjum, młodszą Natalię w szkole podstawowej. Kiedy pytam o ich bożonarodzeniowe prace, wzrusza bezradnie ramionami: nie ma czego fotografować, bo wszystko jest rozdawane na bieżąco. Nie zostały nawet pamiątki sprzed lat, kiedy dziewczynki były małe. To taki sposób na prezenty dla bliskich, dla znajomych czy sąsiadów: ręcznie robione bombki, małe żłóbki, świąteczne serwetki. Każdego roku zaczynają od nowa. Wspólnie przekopują domowe zbiory wzorów i pomysłów i decydują: w tym roku będzie to i to. Potem siadają i robią: kleją, wyszywają, dziergają na szydełku.

– Zawsze lubiłam takie staromodne zajęcia – opowiada pani Magda. – Posługiwać się szydełkiem nauczyła mnie mama, potem już sama rozgryzałam, jak czytać drukowane schematy. Potem dzięki babci odkryłam druty. Haft krzyżykowy? Sama nie pamiętam, chyba w szkole nas tego uczyli, każdy musiał przez to przejść, a ja złapałam bakcyla. Później, kiedy dzieci zaczynały się interesować tym, co robię, trzeba było sięgnąć po te techniki, które były dla nich niegroźne: po masę solną, papierowe wycinanki, klejenie zapałek. Teraz już wspólnie uczymy się decoupage’u, ale przyznaję: dziewczyny są w tym lepsze.

 

Marzenia i prostota

– Mój plan na ten rok? Nie wiem, czy zdążę, bo wzór znalazłam niedawno, ale bardzo chciałabym zrobić całą stajenkę na szydełku – mówi pani Magda. – Kiedyś miałyśmy taką robioną na drutach: my robiłyśmy figurki, a mąż zbijał dla nich z desek całą konstrukcję. Ale tamta była kolorowa, pełna puchatych baranków, a mnie się teraz marzy cała biała, zwiewna… Widziałam taką w internecie i się zakochałam.

Stajenka robiona na szydełku to prawdziwe wyzwanie, ale w wielkich zbiorach pani Magdy są też i prostsze propozycje, i takie, w których przygotowaniu może uczestniczyć cała rodzina. Masa solna to materiał, którym bawić się mogą nawet małe dzieci. Przygotowuje się ją z mąki i soli w proporcjach 1:1 i z wody – dodawanej tak, żeby po wyrobieniu masa była plastyczna. Jeśli ma służyć do małych elementów, na przykład postaci w żłóbku, warto dodać więcej mąki ziemniaczanej. Trzeba też pamiętać, że zbyt duża ilość wody spowoduje, że masa wysychając, może popękać.

– Na figurki z masy solnej mam swój patent – mówi pani Magda. – Sporo masy by na nie szło, gdyby lepić je w całości, dlatego środek wypełniam folią aluminiową. Lubię, jak stajenka jest przestrzenna, można ją sobie dowolnie ustawiać, ale moje dziewczyny lepią to inaczej. Rozwałkowują masę jak ciasto, wycinają kształt i dolepiają potem różne elementy. Ich stajenka bardziej się nadaje do powieszenia na ścianie niż ustawienia pod choinką…

 

 

Z papieru i piernika

Jakie jeszcze stajenki powstawały w domu pani Magdy? – Kiedy dzieci były małe i nie była to jeszcze dla nich zabawa, zwyczajnie haftowałam, najczęściej krzyżykami. Potem zaczęłam wycinać kształt z papieru, a dzieciaki kolorowały to tak, jak umiały. Potrafiłyśmy wyprodukować setki takich szopek w jeden sezon, a one z roku na rok robiły się coraz dziwniejsze! Wiadomo, te pierwsze były po prostu koślawe pokreślone, ale później obok Jezusa często pojawiali się bohaterowie bajek, jakieś misie, dinozaury, a raz nawet całkiem okazała bakteria! Później przyszedł czas na pierniki. Obok standardowych gwiazdek i choinek stajenka była zawsze obowiązkowa. Niedawno pojawiła się moda na wycinanie w surowym pierniku otworów: jeśli już na blasze, tuż przed pieczeniem, wsypać w ten otwór pokruszoną landrynkę, ona rozpuści się i stworzy kolorowe okienko. Przy odrobienie cierpliwości można stworzyć w ten sposób prawdziwe cuda.

 

Nietypowe

– Ostatnio wynajduję pomysły na szopki z nietypowych materiałów. Mamy już z córkami zaplanowaną wyprawę do dużego supermarketu: będziemy szukać makaronów w najróżniejszych kształtach. Widziałyśmy już, jakie szopki można z nich zbudować, i uparłyśmy się, że musimy też spróbować! Oczywiście makaron musi być surowy – śmieje się pani Magda. – A kiedy już się wszystko poskleja, można szaleć z kolorami. Zostawić wszystko „surowe” albo pomalować złotą farbą, albo najtrudniej, element po elemencie malować na właściwe kolory… Kiedyś na jakiejś wystawie widziałam stajenkę z jesiennych liści, ale na to już za późno, trzeba by je zbierać i suszyć, od początku nadając właściwy kształt. Warto sobie zapisać, żeby pamiętać w przyszłym roku.

Na pytanie, skąd brać czas na takie prace, pani Magda wzrusza najpierw ramionami. – Czas jest. To nie jest tak, że każdego dnia organizujemy akcję pod tytułem: „Robimy ozdoby świąteczne”. Jak mam wolną chwilę wieczorem, to siadam i coś zaczynam sobie skubać. Mąż patrzy, a potem mówi, że żłóbek dla Jezusa by mi się przydał, to on z zapałek mi zrobi. Dziewczyny przysiądą na chwilę, albo jedna, albo druga. Coś tam zrobią, czasem to praca, a czasem więcej gadamy. Ale to chyba o to chodzi: bo nawet, jeśli te nasze szopki wyjdą nie najpiękniejsze, jeśli i tak wszystkie rozdamy, to co z tego? My sobie po prostu lubimy tak posiedzieć: już nam pachnie świętami, jesteśmy razem i wiemy, że to jest prawdziwe czekanie. Nie lubię marnować czasu i tego samego nauczyłam moją rodzinę: jak Adwent, to Adwent. Do roboty!

 

Wczoraj i dziś

Nie byłoby adwentowej pracy w domu pani Magdy, gdyby w 1223 roku św. Franciszek nie chciał poczuć się jak w Betlejem. W Greccio, gdzie wówczas przebywał, ustawiono żłóbek z sianem, przyprowadzono osiołka i wołu, a zewsząd zaczęli ciągnąć ludzie na Mszę św., odprawianą w tak nietypowym miejscu. Franciszek nie był romantykiem: budowa pierwszego żłóbka była ważną lekcją teologii dla ówczesnych. Wielu twierdziło bowiem, że narodzony z Maryi Jezus nie miał prawdziwego ciała ludzkiego, negowano również, że Jezus jest rzeczywiście obecny w Eucharystycznym Chlebie. W prostym znaku Mszy św. odprawianej przy stajence św. Franciszek uczył, że ten sam Jezus, który urodził się w Betlejem, każdego dnia ponownie rodzi się na ołtarzu.

Działanie Franciszka było nowością, na którą musiał mieć papieską zgodę: kilkanaście lat wcześniej papież Innocenty III w jednym z listów do gnieźnieńskiego arcybiskupa Kietlicza zabronił księżom zbyt śmiałych przedstawień Bożego Narodzenia.

I choć tradycyjnie wszystkie przedstawienia Bożego Narodzenia wiążą się ze św. Franciszkiem, to pamiętać trzeba, że misteria bożonarodzeniowe znane były wcześniej, już w X wieku – te jednak były bardziej przedstawieniami teatralnymi i nie wiązano ich bezpośrednio z liturgią. Połączenie jasełek z Mszą św. zawdzięczamy właśnie św. Franciszkowi: szybko rozszerzyło się ono na cały chrześcijański świat.

Najstarsze figurki jasełkowe w Polsce znajdują się w krakowskim kościele św. Andrzeja przy klasztorze Sióstr Klarysek. Ocalały dwie postaci z XIV-wiecznego, bogato polichromowanego kompletu, wykonanego w warsztatach Nadrenii i podarowanego zakonowi przez królową Elżbietę w imieniu syna Ludwika Węgierskiego.

W XVII wieku w polskich szopkach zaczęły pojawiać się mało biblijne postaci: najpierw czarownice i śmierć, później również przedstawiciele różnych stanów, szynkarki, kobiety wyrabiające masło i dojące krowy, Żydzi sprzedający swoje towary, żołnierze. Kiedy i to opatrzyło się ludziom, franciszkanie wymyślili szopki ruchome, w których chłopi bili się między sobą, tańczącą z chłopem szynkarkę porywał diabeł, a Żyd z żołnierzem wykłócali się o futro. Z pobożnością miało to coraz mniej wspólnego, w 1736 roku zakazano więc ich wystawiania w kościołach. I w ten sposób szopki trafiły pod strzechy: skoro te w kościołach musiały być ściśle biblijne, wodze fantazji puszczano na ulicach i w domach. Owe pozakościelne szopki szybko przekształciły się w wędrowne jasełka z kukiełkami lub kolędnikami, w których historia narodzenia Jezusa splatała się w lokalnymi wydarzeniami. Dopiero z nich w XIX wieku zrodziły się nasze małe, domowe szopki, ustawiane pod choinką: biblijne, czasem kupowane, a czasem misternie robione w długie, adwentowe wieczory.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki