Logo Przewdonik Katolicki

Antypedagogika - wychowanie bez przemocy?

Bogna Białecka
Fot.

Wśród wielu możliwych podejść wychowawczych coraz bardziej popularny staje się nurt antypedagogiki. Czym ona jest w rzeczywistości i czy może stać się receptą na wychowanie człowieka szczęśliwego?

Najprostsza definicja mówi, iż  „antypedagogika w założeniu oddaje wolność do decydowania o sobie dziecku, a rolę wychowawcy sprowadza do „przewodnika” w myśl zasady „lepiej wspierać, zamiast wychowywać”. Podstawowym warunkiem tego wspierania jest jego dobrowolność. Zdaniem antypedagogiki dominującą w obecnym wychowaniu rolę wychowawcy i zasadę „wychowawca wie lepiej niż wychowanek, co jest dla niego dobre”, należy zastąpić prawem dziecka do wyboru opartym na zaufaniu, że wybierze ono dobrze, bo „wychowanek wie lepiej niż wychowawca, co jest dla niego dobre”. Dlaczego coraz więcej rodziców jest przekonanych o słuszności tego podejścia? I czy na pewno jest ono słuszne?

 

Skąd taki pomysł?

 

Twórcy antypedagogiki operują przede wszystkim chwytliwymi sloganami równości, tolerancji, wolności i szacunku, jako podstawy funkcjonowania każdej rodziny. Podkreślają przy tym wagę zaufania i wzajemnego wsparcia w rodzinie. Wreszcie – zdejmują z ramion rodziców obowiązek wychowania dziecka. Oto mamy dziecku okazywać miłość, zaufanie i wsparcie, a ono samo naturalnie rozwinie swój potencjał. To bardzo wygodne podejście. Wystarczy, że stosowanie jakichkolwiek metod wychowawczych opatrzymy negatywną etykietką przemocy, przymusu, gwałtu na dzieciach, bezprawia i pozbawiania prawa dziecka do samostanowienia – i już, jako rodzice, nie musimy wymagać od siebie niczego. Przestrzegam przed niedocenianiem wagi ostatniego punktu. Ulubioną zabawą moich bliźniąt jest stworzenie w pokoju barwnego chaosu zabawek, ubrań i jedzenia. Widać, że sprawia im to przyjemność, tworzą wtedy niesamowite fabuły, wciąż zmieniające się pod wpływem świeżo odnajdywanych elementów. Wkroczenie w ten bałagan, by nakazać dzieciom jego sprzątnięcie, jest trudne, wiąże się z fochami, a nawet płaczem. Wizja „niech sobie leży, przecież jutro i tak na nowo nabałaganią” jest bardzo pociągająca. Antypedagogika nakazywałaby właśnie pozostawienie dzieciom pełnej swobody co do wyglądu pokoju, ufając ich naturalnemu instynktowi, który pewnie podpowiedziałby im, że może warto sprzątnąć, kiedy powrzucane w kąty jedzenie zgnije i zacznie cuchnąć. No, a przede wszystkim codzienne niszczenie wykreowanego przez dzieci świata, porządkowanie go i układanie jest gwałtem na wolności i zabijaniem w nich kreatywności. Który rodzic chce patrzeć na szloch swego dziecka i mieć poczucie, że oto niszczy jego piękną spontaniczną wyobraźnię?

 

Czy antypedagogika jest tym samym co wychowanie bezstresowe?

Zwolennicy antypedagogiki podkreślają, że nie ma ona nic wspólnego z dawno zdyskredytowanym wychowaniem bezstresowym. Podkreślają, że podstawową zasadą jest respektowanie praw dziecka i unikanie wszelkiej przemocy. Stres jest w życiu nieunikniony, lecz rodzice mają swoim pełnym miłości wsparciem pomóc dzieciom, gdy eksplorują one różne możliwości i korzystając ze swych praw, odkrywają najlepsze możliwe wyjście z trudnej sytuacji. Rodzice odwołują się przy tym do pojawiającej się rzeczywiście w rozwoju dziecka potrzeby autonomii. Psychologia rozwojowa mówi nam, że dzieci potrzebują samodzielnie podejmować pewne decyzje, muszą nauczyć się, że mają wolność dokonywania wyborów. Problem pojawia się, gdy z poziomu szlachetnych haseł zejdziemy na poziom praktyki. Czytałam niedawno artykuł chwalący zasady antypedagogiki, w którym autorka skarżyła się na pediatrę. Gdy córka autorki odmówiła zdjęcia bluzki w czasie badania, mama postanowiła – jak to określiła – „dać jej empatię i powiedzieć, dlaczego to ważne”. Lekarka straciła cierpliwość, stwierdzając, że dziecko rządzi rodzicami. Proszę sobie wyobrazić sytuację. Bardzo długa, jak zawsze, kolejka chorych dzieci do pediatry i rodzice, którzy odmawiają ściągnięcia dziecku bluzki w trakcie badania, bo ono nie chce (pewnie, że nie chce, jest chore, w złym humorze, a badanie nie jest zabawne), a zamiast tego próbują „dać jemu empatię”. Na poziomie praktyki antypedagogika równa się wychowaniu bezstresowemu.

 

Drugie dno antypedagogiki

Prekursorem tego nurtu pedagogicznego był Jean-Jacques Rousseau, który zakładał, że dziecko z natury rodzi się dobre, a jego psucie dokonuje się przez dorosłych, narzucających mu na siłę negatywne wzorce kulturowe. Jeśli komuś koncepcja ta przemawia do wyobraźni, warto uświadomić sobie, że jej twórca swoje pięcioro dzieci oddał do sierocińca, nie poznając nawet ich imion, a niemająca poparcia w faktach koncepcja wypracowana została wyłącznie w celu przeciwstawienia się chrześcijańskiej wizji człowieka – według której natura skażona jest skutkami grzechu pierworodnego i wymaga pełnego miłości wychowania we właściwym kierunku.

Za czołowego współczesnego przedstawiciela antypedagogiki uważa się z kolei H. von Schoenebecka, którego programowa książka doczekała się kilku wydań w języku polskim. Przyznam, że dobrze się to czyta. Autor jest krasomówcą. Wszystko tworzy spójną, konsekwentną wizję podejścia do rozwoju dziecka. Dlatego przytoczę jeden cytat z rozdziału  pt. Seksualność, by czytelnicy sami mogli zobaczyć, dokąd logicznie antypedagogika nas prowadzi: „A jeśli dzieci współżyją seksualnie nie tylko z rówieśnikami, ale z osobami dorosłymi? (...) Żyjemy z dziećmi w równoprawnej, przyjacielskiej relacji  i jeżeli w ramach tej relacji pojawi się bliskość seksualna pełna wzajemnego szacunku, która nikogo nie rani i nie wykorzystuje, nie widzę żadnego problemu. (...) Podsumowując, sądzę, że powinniśmy bronić prawa dzieci do realizowania swojej seksualności zgodnie z ich decyzjami”. (H. von Schoenebeck Antypedagogika s.160–161).

 

Prawdziwe wychowanie

Problem polega na tym, że nawet w tak wypaczonej wizji wychowania, jaką jest antypedagogika, znajdują się elementy dobre i wartościowe. Oczywiście, że podstawą dobrego wychowania jest miłość, dobra relacja z dziećmi, szacunek, zaufanie. Zgadzam się też, że o wiele sympatyczniej jest, gdy dziecko robi coś dobrego z własnej, nieprzymuszonej woli. Gdy moje starsze córki same wpadają na pomysł posprzątania domu, idzie im to sprawnie, szybko, elegancko. Gdy są w złym humorze, proste zamiecenie podłogi może trwać godzinę. Problem polega na tym, że w życiu częściej doświadczamy sytuacji, gdy coś zwyczajnie musimy robić, niż gdy mamy wolny wybór. Proszę sobie wyobrazić scenę, w której pracownik mówi szefowi: „Nie wykonam zadania, jest nieprzyjemne, proszę o zachowanie empatii i wyjaśnienie, dlaczego to jest ważne”. Nie ma to sensu, prawda?  Dlatego warto okazywać dzieciom empatię, warto im tłumaczyć różne rzeczy, ale jednocześnie uczyć kształtować konstruktywne nawyki. Dla przykładu – dziecko nauczone, że niezależnie od nastroju i chęci musi wieczorem posprzątać zabawki, wyrabia w sobie nawyk codziennego sprzątania. Sprowadza się to do pytania, czy chcemy wychować kogoś, kto potrafi poradzić sobie (między innymi dzięki ukształtowanym pozytywnym nawykom) w każdej trudnej sytuacji, czy takiego, co w obliczu trudności stwierdzi, że po prostu mu się nie chce i będzie od trudności uciekać? Miłość oznacza stawianie wymagań, pamiętanie, że naprawdę dziecku brakuje wiedzy, doświadczenia i (do pewnego wieku) zdolności przewidywania konsekwencji zachowań, by mogło podejmować w pełni samodzielne decyzje. Pamiętajmy też, że oznacza to także oferowanie wolności wszędzie tam, gdzie jest to bezpieczne, nieszkodliwe i nie przekraczające możliwości rozwojowych (zabawki, zainteresowania, wystrój pokoju itp.) naszego dziecka.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki