Bardzo dziwnych pogrzebów w Polsce nie ma – trudno spotkać (na szczęście!) różowe trumny w kształcie japońskiej maskotki. Polska jest za to pełna pogrzebowych spektakli.
Polska jest pełna pogrzebów, które w założeniu mają być estetyczne, a trącą tandetą i odwracają uwagę od sedna sprawy: od śmierci, pożegnania, a przede wszystkim od towarzyszącego im cierpienia. Polska jest pełna pogrzebów, które mają zamaskować śmierć.
Rozmowy na biwaku
– Niedługo dojdzie do tego, że do prowadzenia pogrzebu nie będzie potrzebny kapłan – mówi pani Gabriela. – Przed Mszą św. w kościele rodzina, zamiast odmawiać z powagą Różaniec, wsłuchuje się w niezbyt religijną muzykę, płynącą z karawanu pogrzebowego. W czasie Mszy św. przy trumnie w kościele ustawiają się jak wartownicy czterej mężczyźni, którzy niosą trumnę do grobu, i to oni razem z księdzem są najbardziej czynnymi uczestnikami pogrzebu. Rodzina i pozostali uczestnicy ceremonii pogrzebowej milczą, nawet nie śpiewają pieśni. Zastępuje ich ten dziwny „chórek” panów, którzy przeszkadzają raczej swoją obecnością w kościele. Przy grobie ustawiane są jakieś dziwne namioty, jak na biwaku lub przypominające namiot cyrkowy. Instalowane są windy do opuszczania trumny, a na koniec odbywa się festiwal trąbki w wykonaniu amatorskim. Wygląda na to, że rodzina osoby zmarłej jest tylko widzem na spektaklu, zwanym pogrzebem. Zamiast zachęcać do modlitwy za osobę zmarłą, idzie się na łatwiznę, to zakład pogrzebowy prowadzi „liturgię”, która ma charakter coraz bardziej świecki.
Czy rzeczywiście jest tak źle? Postanowiłam sprawdzić, jak to wygląda. Cmentarz był duży, trumna stała w samochodzie, ludzie ustawili się za karawanem, a z trzeszczących głośników zaczęła przygrywać „sztuczna” orkiestra. Ludzie w kondukcie głośno rozmawiali o pogodzie, że zimno, że młody jeszcze był, że z pracy musiałem wcześniej wyjść, że daleko ten grób wykopali. Ktoś się z kimś witał, bo spotkali się właśnie po latach, jak to zwykle bywa na pogrzebach. Prawie kwadrans trwały te spacerowe pogwarki, bo droga była daleka, a goście na pogrzebie nie tylko bliscy i zapłakani, ale też dalsi, bo wypada kogoś pożegnać.
Byle do windy
Kiedy kondukt wreszcie dotarł nad grób, okazało się, że grobu nie ma. Był za to wielki namiot, tania, sztuczna trawa z plastiku, zasłaniająca sąsiednie nagrobki i rozkopaną ziemię, i była scena, ustawiona nad samym grobem. Scena (pewnie fachowo nazywana podestem, ale skojarzenie ze sceną jest tu nieuniknione) miała maskować windę, której zadaniem jest dyskretne opuszczenie trumny do dołu. A kiedy trumna wreszcie do dołu już zjechała („nie za szybko i nie zbyt wolno”, jak na swojej stronie internetowej informuje producent), zagrała trąbka: sztuczna podobnie jak trawa, odtworzona z trzeszczących głośników w karawanie. Na deser panowie w pogrzebowych mundurkach wzięli od gości kwiaty i ułożyli je na scenie. Potem żałobnicy szybko się rozeszli – skończyło się to, co miało być ładne. Dopiero kiedy na cmentarzu było pusto, zaczęło się to, co nieprzyjemne – wyciągnięcie pasów od windy, dudniące uderzenia ciężkiej ziemi w wieko trumny, powolne zasypywanie grobu przez innych panów, już bez służbowych mundurków i białych rękawiczek. Rodzina w tym czasie – w jakiejś knajpie nieopodal – spożywała pewnie już rosół albo barszcz na rozgrzanie.
Tak wygląda pogrzeb standardowy w większości dużych miast. W mniejszych miastach może się różnić jakimiś detalami: bo nie każdego grabarza stać na windę za kilka tysięcy złotych – ale przesłanie jest to samo. Ze sceny trzeba zejść dyskretnie, nie epatując za bardzo tym, co nieestetyczne – martwym ciałem, brudną ziemią i głuchym łomotem piachu, a na dodatek nie robiąc bliskim zbyt dużo kłopotu. Oto współczesna filozofia umierania.
Zaplanuj swój pogrzeb
Umieranie i śmierć jeszcze niedawno stanowiły naturalne doświadczenie w życiu każdego człowieka i każdej rodziny. Dziś śmierć ma nie narobić za dużo kłopotu. Kłopotu nie chcą ci, którzy pozostają: dlatego umierających oddaje się do hospicjów albo do szpitali, dlatego mało kto umiera w domu trzymany za rękę. Dziś sygnałem śmierci bliskiej osoby częściej jest sygnał telefonu ze szpitala niż widok zatrzymanej w ruchu klatki piersiowej.
Ale kłopotu nie chcą robić również ci, którzy odchodzą. Załatwiają wszystkie sprawy przed odejściem. Budują sobie nagrobki, na których brakuje tylko daty śmierci. Zostawiają dyspozycje na temat pogrzebu. Ubezpieczają się na wypadek śmierci, żeby rodzina nie musiała sobie zaprzątać głowy pieniędzmi.
Obsesja kontroli nad własnym życiem i śmiercią, desperacka próba zapanowania nad swoim wizerunkiem nawet po śmierci oraz chęć bycia niezależnym za wszelką cenę i do samego końca – to wszystko są znaki czasu, w którym częściej niż o darze mówi się o transakcji. Nie chcemy obciążać bliskich kłopotami, tymczasem to właśnie branie na siebie kłopotów innych ludzi i odpowiedzialność za drugiego czyni nas bliskimi. Odmówić komuś przyjęcia od niego pomocy to nic innego jak powiedzieć mu: „Nie ufam ci, więc nie chcę być od ciebie zależny”.
Owa logika niezależności doprowadza do tego, że nawet własną śmierć postrzegamy jako wydarzenie, które trzeba starannie wyreżyserować, tak żeby nikogo nie zabolało.
Ideałem „nierobienia kłopotu” wydaje się samodzielne planowanie swojego własnego pogrzebu. Wbrew pozorom nie jest to wcale tak wielki problem. Wystarczy zgłosić się do specjalnej firmy, wypełnić formularz (na stronie internetowej, nie trzeba nigdzie jechać), wybrać trumnę i miejsce pochówku, ustalić listę gości i listę odtwarzanych utworów muzycznych, można nawet pozostawić menu na stypę i życzenie, jakie gadżety bliscy mają włożyć do trumny. Dodatkowo można również zarządzić swoim życiem on-line: określić, co powinno się stać z kontami pocztowymi i profilami na portalach społecznościowych. Na koniec trzeba tylko wyznaczyć osobę odpowiedzialną za spełnienie naszych życzeń – i już można spokojnie umierać. Bardziej zapobiegliwi mogą nawet wykupić specjalne ubezpieczenie, żeby rodzina nie miała problemu z opłaceniem naszych ostatnich fanaberii.
Bądź użyteczny
Oprócz pragnienia zachowania niezależności jest w człowieku i drugie, które również chce zachować po śmierci: pragnienie bycia użytecznym. To z tego właśnie biorą się między innymi romantyczne wizje rozrzucenia własnych prochów dla użyźnienia ziemi (w Polsce nielegalne).
Więcej, ciało można nie tylko spopielić, ale i przerobić ów popiół na diament. Potem ktoś może ów diament oprawić i nosić przy sobie prababcię w formie pierścionka. Co nam to daje poza poczuciem, że nie jesteśmy bezużyteczni?
Owszem, można powiedzieć, że w owym diamencie jest głęboka miłość: bo chcemy zmarłego mieć zawsze blisko. Gdyby jednak rzeczywiście chodziło o poczucie bliskości, nie cieszyłyby się tak wielką popularnością wirtualne cmentarze, które można odwiedzić, zamiast iść na prawdziwy. Tu można zapalić e-świeczkę i położyć e-kwiaty.
Jeśli zmarli niedyskretnie umarli i na dodatek narobili kłopotu, spoczywając w ziemi na drugim końcu Polski, można przecież sobie poradzić z pamięcią o nich za pomocą internetu. I już nie chodzi o taki banał jak zlecenie komuś sprzątania grobu, zapalenia znicza czy położenia kwiatów. Dziś powstają już wirtualne cmentarze. Można na nich „postawić nagrobek”, zostawić na nim swój ślad pamięci, można nawet dodać swój wpis do księgi wspomnień. Że prawdziwy grób zarasta chwastami? Co tam, przecież liczy się pamięć!
Liczy się pamięć
Swoje nagrobki na wirtualnych cmentarzach mają znane postaci: Tadeusz Boy-Żeleński, Marian Brandys, Aleksander Dumas, Marian Falski, Edward Dziewoński, Mieczysław Fogg czy Franciszek Gajowniczek. W ich przypadku na „nagrobku” pojawiają się całe życiorysy i wszystkie dokonania. Ale bywają też ludzie zwyczajni: „Kochana Żona, Mama, Babcia i Prababcia. Mimo zmiennych kolei losu przeszła przez życie z podniesioną głową. Okrutne lata okupacji zabrały jej kilku bliskich krewnych i wielu znajomych, lecz nie zabrały chęci do życia i pomagania innym. Po wojnie wyszła za mąż za wielką i jedyną miłość swego życia. Wspólnymi siłami zbudowali dom, wychowali trójkę swego potomstwa oraz sześcioro wnuków. Doczekała się też prawnuka. Odeszła od nas po ciężkiej chorobie bez słowa skargi na swój los. Tęsknimy za Nią wszyscy, ale wiemy, że tam gdzie Ona jest żadnych trosk już nie ma”.
Albo inaczej: „Kochający brat, dbający o swoje rodzeństwo. Żonaty, dbający ojciec swojej córki. Odważny, niebojący się życia. Życie chwytał garściami, wyprzedzał niekiedy czas. Bywało, że ludzie, którzy go znali, niewiele mogli o nim powiedzieć. Człowiek jest wielką tajemnicą – on taki właśnie był. Bardzo czuję jego brak”.
Dobrze jest pamiętać. Ja pamiętam na przykład, jak chodziłam z babcią na cmentarz. Wiosną trzeba było uważać na wrony, żeby nie ubrudziły kurtki. Latem chodziło się z konewką do studni, żeby podlać posadzone na grobie kwiaty. Jesienią wracało się z cmentarza z kieszeniami pełnymi kasztanów. Tylko zimą na cmentarz udawało się rzadko, bo albo przez śnieg trudno się było przebić, albo też trudno było przebrnąć prze roztopy na drodze. Dziś już sama chodzę na cmentarz, na grób babci: wiosną, latem, jesienią i zimą. I wiem, że kiedyś w tym samym grobie położą i mnie: wiosną, latem, jesienią albo zimą.
– Skoro w sieci można brać udział we Mszy św. albo uprawiać seks, to nie powinniśmy się dziwić, że przenosimy tam również sprawy ostateczne – takie opinie łatwo znaleźć można w internecie. Ale kiedy stoję nad grobem babci i swoim przyszłym grobem, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wirtualna e-pamięć to tylko erzac: sztuczna pamięć, która udaje, że jest prawdziwa, bo na inną czasu i sił komuś zabrakło.
Ładnie i z lokiem
Trzecim pragnieniem jest zachowanie estetyki, za wszelką cenę. Coś, co jest brudne i brzydkie, a nie jest artystyczną prowokacją, nie ma prawa pojawić się w naszej kulturze
Psujące się ciało można spopielić. „Żeby nie jadły mnie robaki” – taki argument słyszy się najczęściej. W estetycznym współczesnym świecie nie do pomyślenia jest coś tak fizjologicznego jak gnijące, śmierdzące ciało. W obsesji kontroli nad własnym życiem uznajemy za logiczną troskę o to, co po śmierci będzie nam dokładnie obojętne i czego nikt nigdy nie zobaczy.
Za logiczne uznajemy nawet kłamstwo w imię owej estetyki. Jeden z proboszczów zwykł opowiadać, jak to na jednym z pogrzebów zwątpił, czy aby grabarze trumien nie pomylili: bo zamiast siwiuteńkiej i prawie łysej babcinki, do której co miesiąc chodził z Komunią św., w trumnie leżała kobieta z bujnym lokiem. Okazało się, że babcia jest ta sama, tylko rodzina postanowiła na ostatnią drogę wystroić ją w perukę.
Specjaliści od tanatokosmetyki przyznają, że jest ona potrzebna wyłącznie dla komfortu psychicznego osób bliskich zmarłemu. W trakcie zabiegu, który kosztować może od 200 do 500 zł, maskuje się przede wszystkim zachodzące w organizmie procesy gnilne. Oznacza to między innymi przykrywanie zasinień, przebarwień i mikrouszkodzeń skóry, ale czasem rodzina życzy sobie nawet usuwania zmarszczek zmarłemu, i jest to możliwe do zrobienia. Bywa też, że tanatokosmetyczki wykonują pełny makijaż, malując oczy, rzęsy i brwi, nakładają podkłady, fluidy i pudry, malują paznokcie u rąk i nóg, a nawet nakładają tipsy. Oprócz zwyczajnego mycia włosów zdarza się również ich prostowanie lub kręcenie, dobieranie peruk, a nawet farbowanie czy balejaż.
Człowiek zasługuje
Amerykańskie reklamy zakładów pogrzebowych przypominają nieco reklamy biur podróży – bo przecież ponoć pogrzeb to też podróż, tyle że ostatnia. Koreańczycy oswajają śmierć, urządzając „pogrzeby na próbę”. Kładą się do trumny, zapraszają odświętnie ubranych gości, są kwiaty, jest muzyka, jest zamknięcie wieka i nawet przysypywanie piachem. Po kwadransie przedstawienie się kończy, a „umarły” wraca do życia, ponoć odmieniony i z planami na przyszłość.
Chrześcijanin nie może tutaj nie przypomnieć sobie słów Jezusa: „Poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Śmierć jest trudna i nieestetyczna. Śmierć boli i niesie cierpienie. Taka jest prawda, a każde kłamstwo jest niegodne człowieka. Człowiek zasługuje na to, żeby jego ostatniej drodze towarzyszyło pełne lęku milczenie. Zasługuje na to, żeby nie stroić go w cudzy kostium. Zasługuje na to, by przysypać go porządnie ziemią. Zasługuje na to wreszcie, żeby ktoś pomodlił się za nas i położył kwiaty na grobie. Zasługuje na prawdę, a nie najlepszy choćby spektakl: zarówno w życiu, jak i w śmierci.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













