Niechciane lektury

Coraz mniejsza liczba obowiązkowych lektur w szkole, coraz mniej tytułów, które do niedawna uważaliśmy za najważniejsze w historii polskiej literatury. Czy w dobie królującego komputera i tabletu jest o co kruszyć kopie? Tak, bo jeśli miejsce Adama Mickiewicza zajęły... kryminały Agathy Christie, to jest się o co bać.
Czyta się kilka minut

 

Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał – niebawem będziemy się mogli przekonać, jak bardzo to popularne polskie przysłowie jest prawdziwe. Zmiany wprowadzane przez resort edukacji są coraz bardziej bulwersujące. Agresywna kampania zachęcająca wysyłanie sześciolatków do szkół, zmniejszenie liczby godzin nauki historii, przesunięcie religii z ramowego do szkolnego programu i w końcu wycofywanie polskiej klasyki z obowiązkowej listy lektur – tak pokrótce przedstawiają się wątpliwej wagi reformy resortu.

Bez „Pana Tadeusza”

Trudno oprzeć się wrażeniu, że rzeczywistość ma coś z teatru absurdu. Pięć i trzynaście – „aż” tyle książek obowiązkowo musi przeczytać uczeń odpowiednio w ciągu roku w gimnazjum i w ciągu trzech lat liceum oraz wybrane przez nauczyciela teksty o mniejszej objętości. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że to skandalicznie mało. Niestety, sprawa przedstawia się jeszcze poważniej: polska literatura piękna jest po prostu niechciana. Poloniści biją na alarm: w kanonie obowiązkowych lektur nie ma już utworów, na których wychowywały się całe pokolenia Polaków i na których kształtował się etos Rzeczypospolitej. Z kanonu zniknął Konrad Wallenrod Adama Mickiewicza, trylogia Henryka Sienkiewicza, Kordian Juliusza Słowackiego, nie wspominając już o poezji trzech wieszczów. Prozę Stefana Żeromskiego okrojono do jednej pozycji. Największe oburzenie wywołuje jednak brak Pana Tadeusza na liście gimnazjalnych lektur obowiązkowych, choć jeszcze do 2009 r. gimnazjaliści poznawali fragmenty arcydzieła. I pomyśleć, że polską epopeję narodową, nazywaną „ostatnim eposem” w literaturze światowej, poznają jedynie licealiści, bowiem, jak napisało ministerstwo w specjalnym oświadczeniu: „Począwszy od roku szkolnego 2009/2010 wykaz lektur dla gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalnej stanowi integralny ciąg logiczny i dydaktyczny. Aby nie dublować lektur na tych etapach edukacyjnych zastosowano zasadę, że na każdym czytane są inne dzieła poszczególnych autorów”. Czyżby więc urzędnicy stanęli w obronie ucznia (sic!),  by ten nie musiał dwukrotnie przerabiać tej samej lektury, nawet jeśli jest to klasyka literatury polskiej?

Klasyka dla wybranych

Lista obowiązkowych lektur szkolnych od zawsze budziła emocje. Rokrocznie uczniowie narzekali na nadmierną liczbę książek, a nierzadko też na ich tematykę czy niezrozumiały, bo nieprzystający do współczesnych realiów język. Jeszcze w latach 90. w ośmioklasowej szkole podstawowej i czteroletnim liceum uczeń czytał utwory, o których dzisiaj pozostało jedynie wspomnienie. Nikomu z nauczycieli nie przyszło wówczas do głowy, by przekazując młodym pokoleniom dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza, Prusa czy Orzeszkowej, zadowalać się stronicą tekstu czy kilkunastozdaniowym fragmentem. Nie twierdzę, że uczniowie czytali wówczas lektury z wypiekami na twarzy i że nikt nie korzystał z wszelkiego rodzaju opracowań, ściąg i bryków. Nie, nie wszyscy byli przecież molami książkowymi, ale nawet ci najbardziej „odporni” na literaturę, przy odrobinie osobistego wysiłku, mogli poznać kanon polskiej prozy, poezji i dramatu. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że nauczyciel miał swoisty komfort. Pracą nad lekturą bowiem zajmowano się przez kilka czy kilkanaście lekcji i nikt nie ograniczał godzin języka polskiego do czterech w tygodniu w szkole średniej w klasach o profilu innym niż humanistyczny. Polonista miał możliwość zaszczepienia w młodzieży smakowania polskiej literatury, pokazywania kodu kulturowego, kształtowania w uczniach postawy refleksyjnej, przekazywania fundamentalnej wiedzy. Wielu dzięki temu łapało literackiego bakcyla i sięgało po lektury fakultatywne. Dzisiaj proporcje się zmieniły.

Fragment, czyli nic

Sęk w tym, że to, co kiedyś było obowiązkowe, teraz jest fakultatywne lub przerabiane we fragmentach. Nawet najzdolniejszy uczeń, który przeczyta jedną stronę tekstu, nie ma szans na zrozumienie sensu i przesłania np. Granicy Nałkowskiej, nie wspominając już o Chłopach Reymonta i innych klasycznych dziełach. Literatura w Polsce zawsze silnie reagowała na sytuacje polityczne, w naturalny więc sposób rozwijała patriotyczne postawy i ducha narodowego, ucząc przy tym kunsztu języka i dając ogólny obraz naszej kultury. Współczesny uczeń jest tego pozbawiony. To moralny i intelektualny gwałt na młodym pokoleniu dokonywany za przyzwoleniem ministerialnych urzędników. Trudno oprzeć się wrażeniu, że polska szkoła została pozbawiona misji – nie ma już wychowywać młodych Polaków, dumnych ze swej polskości i znających historię i kulturę swego kraju, a przecież bez zakorzenienia w polskiej tradycji będą ludźmi znikąd. Nie można liczyć na to, że całą sprawę załatwią utwory Andrzeja Sapkowskiego, Stanisława Lema czy Małgorzaty Musierowicz, które znalazły się w nowej podstawie programowej. Nie twierdzę, że to utwory bezwartościowe, tyle że daleko im do klasyki. Czy te utwory podsunęlibyśmy obcokrajowcowi, by zrozumiał, co nam w duszy gra? Nieprawdą jest, że utwory romantyczne czy pozytywistyczne dzisiaj się już przeżyły. Taki sposób myślenia zezwalałby na usunięcie ze szkolnych programów mizernych już resztek Homera czy Dantego. Wszytko zależy od chęci i zaangażowania polonistów i sposobu przekazu. Rola, jaką odegrała Trylogia w procesie zachowania tradycji i narodowej świadomości, zwłaszcza w najtrudniejszych momentach dziejów, m.in. po nieudanych powstaniach, w latach II wojny światowej, w czasie okupacji – niemieckiej i sowieckiej, w okresie stalinowskim – jest nie do przecenienia. Bez romantyzmu i Sienkiewicza nie da się też zrozumieć wielu wyborów politycznych i społecznych, jakie podejmowano w ostatnich dwóch stuleciach naszej historii. Nie wiem, czym kierowano się, włączając do podstawy programowej kryminały Agathy Christie czy Arthura Conan Doyle’a. Dlaczego w kanonie miejsce znalazły utwory fantasy Ursuli Le Guin?

Dlaczego młodzi nie czytają?

Urzędnicze decyzje trącą hipokryzją. Z jednej strony wycofuje się najważniejsze dzieła polskiej literatury, a z drugiej łamie ręce nad stanem czytelnictwa w naszym kraju. W tym kontekście pytania: czy w tym „obrazkowym świecie” jest jeszcze miejsce na książkę? Czy może ona zainteresować pokolenie, które nazywane jest pokoleniem odtwórczym – brzmią niemal retorycznie. Młodzi nierzadko z trudem radzą sobie dziś z pisaniem i rozumieniem tekstów, czego dowodzą wypowiedzi na forach internetowych lub blogach, które aż roją się od podstawowych błędów ortograficznych, składniowych, nie wspominając już o interpunkcji. Od czasu do czasu media przedstawiają wyniki badań dotyczące kontaktu mieszkańca Polski, także tego najmłodszego, z książką, i nie są one zbyt optymistyczne. Świadczą o tym i coroczne słabsze wyniki testów gimnazjalistów czy egzaminów maturalnych. Przeciętny młody Polak, co zaskakujące i absolwent szkoły wyższej, ma znaczne problemy ze zrozumieniem tekstu pisanego, nie potrafi też wyodrębnić istotnych informacji z tekstu, w codziennym zaś życiu ma kłopoty z poprawnym sformułowaniem komunikatu. W takim przypadku nie mówimy o analfabetyzmie realnym, czyli całkowitym zaniechaniu czytania, ale o analfabetyzmie wtórnym.

Spadek czytelnictwa, zwłaszcza wśród młodzieży, próbuje się tłumaczyć różnymi czynnikami. Wśród nich wymienia się przede wszystkim: zmianę trybu życia, internet, gry komputerowe i oczywiście nieustanny brak czasu. Pytanie o rolę programów szkolnych, które obligują uczniów jedynie do lektury wybranych fragmentów książek, nie zaś do ich całości, aż ciśnie się na usta. W jaki sposób walczyć z książkowym marazmem, skoro sam resort edukacji minimalizuje listę lektur? Obawiam się, że akcje typu „Narodowe czytanie”, nomen omen, Pana Tadeusza czy niedawne utworów Aleksandra Fredry niewiele tu pomogą.

Nie rezygnować z literatury

Deprecjonowanie humanistyki trwa już od kilku lat. Maturzystów zachęca się do podejmowania studiów technicznych, wysuwając jednocześnie poprawny politycznie parytet. Polska potrzebuje umysłów ścisłych, bo najprężniej rozwijają się dziedziny matematyczno-informatyczne i biologiczno-chemiczne. To wszystko prawda, ale to nie znaczy, że znajomość kanonu polskiej literatury, kultury i dziedzictwa należy oddawać walkowerem i zmuszać młode pokolenia do humanistycznej indolencji. Kształcenie literackie nie jest obojętne! Cała nadzieja w polonistach i polonistkach, którzy w gimnazjum zapoznają młode pokolenie z nazwiskiem narodowego wieszcza i przemycą Pana Tadeusza, wychwalając zalety dzieła. Inaczej bowiem za kilka lat młodzież nie skojarzy, z jakiego utworu pochodzi cytat „Litwo! Ojczyzno moja!”. Oby następne pokolenia umiały wymienić tytuły, na które składa się Trylogia Sienkiewicza, wiedziały, kto to Ignacy Rzecki, Andrzej Kmicic, Jacek Soplica, i że Romantyczność i Laura i Filon to nie harlequiny. Oby potrafiły powiedzieć coś więcej niż to, że „Słowacki wielkim poetą był”, a Norwid pisał wiersze.

 


Dr hab. Wiesław Ratajczak, kierownik Pracowni Badań nad Tradycją Europejską Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

– Wycofywanie polskiej klasyki ze szkół to dalszy ciąg ograniczania roli kształcenia humanistycznego. W moim przekonaniu tego typu decyzje wynikają z błędnego założenia, że edukacja oparta na literaturze jest w dzisiejszym świecie czymś anachronicznym. Można w programach kształcenia polonistycznego swobodnie majstrować, wyrzucając np. tradycyjnie czytane teksty, bo jakoby przedmiot ten nie ma większego znaczenia, a może winien być marginalizowany. Przypomnę jednak, że najlepsza w Europie szkoła fińska niezwykle eksponuje kształcenie literackie. Skalę zniszczeń spowodowanych nieprzemyślanymi reformami polonistyki szkolnej pokazują statystyki czytelnictwa. Nasi południowi sąsiedzi Czesi czytają osiem razy więcej książek niż my, a we wspomnianej Finlandii 41 proc. uczniów czytanie wskazuje jako swoje ulubione hobby. Gospodarka fińska od lat słynie z innowacyjności, bo lektura otwiera umysł i ćwiczy wyobraźnię.

Skutki wyrzucania dzieł Mickiewicza i Sienkiewicza z kanonu lektur będą bardzo poważne. Po pierwsze, i mówię to z pozycji nie tylko polonisty, ale i rodzica, po raz kolejny zostaje podważony autorytet szkoły. Nie mam zaufania do systemu szkolnictwa, który lekceważy wielką polską tradycję literacką. Zapewne wielu rodziców będzie musiało zając się domowym uzupełnianiem edukacji swoich dzieci, bo uzna, że w niepodległym kraju dziedzictwo narodowe nie jest w pełni przekazywane w państwowej szkole. W przypadku Pana Tadeusza i Trylogii mówimy o arcydziełach kształtujących naszą wyobraźnię, formujących język. To jest fundament wspólnoty i fakt, że wielu uczniów nigdy nie pozna Pana Tadeusza, który nawet we fragmentach nie będzie czytany w gimnazjach, nie jest bez znaczenia. I nie nadużywajmy argumentu, że to dzieła za trudne dla młodzieży. Pan Tadeusz, Trylogia  albo Lalka zawsze będą za trudne, dlatego wracamy do nich wielokrotnie, życia nie starczy, żeby je poznać. Na tym polega specyfika arcydzieł, że działają na czytelnika w różnym wieku i z różnymi kompetencjami humanistycznymi.

Odnoszę wrażenie, że takie decyzje nie są poprzedzone poważną debatą czy konsultacjami. My poloniści i cała opinia publiczna jesteśmy po prostu zaskakiwani. Ograniczenie obecności Mickiewicza, Sienkiewicza czy innych autorów w kanonie szkolnym niektórzy publicyści i politycy witają z radością, bo rzekomo potrzebujemy nowego patriotyzmu, a nie dziewiętnastowiecznej, przestarzałej wersji. Mam nadzieję, że nie taka idea przyświecała ministerialnym urzędnikom. Wielka literatura, także w bardzo trudnych dla naszych przodków czasach, wyrażała i modelowała charakter polskiego patriotyzmu, miłości ojczyzny, odpowiedzialności za dziedzictwo przeszłości i za wspólnotę. Dzięki niej przetrwaliśmy jako Polacy. Co więcej, Pan Tadeusz, nasza narodowa, zaściankowa epopeja, jest dziełem uniwersalnym, wspaniałym poematem o ładzie świata. Skoro patriotyzm Pana Tadeusza jest niemodny, to co dostaniemy w zamian? Jakiś internacjonalizm dla wykorzenionych? Powiem wprost – manipulacje przy kanonie polskiej kultury czasami przypominają mi amatorską operację na otwartym sercu.

Wysłuchała MS

Prof. dr hab. Andrzej Nowak, kierownik Zakładu Historii Europy Wschodniej na Uniwersytecie Jagiellońskim

– Wycofanie z listy lektur szkolnych sztandarowych dzieł polskiej literatury spowoduje jeszcze większy niż do tej pory rozziew między nauczaniem historii a językiem polskim. To zaś uważam za największą katastrofę wszystkich reform programowych podejmowanych w ciągu ostatnich kilkunastu lat w polskim szkolnictwie. Przykładowo, jeżeli omawiamy na lekcji języka polskiego renesans i słyszymy o Kochanowskim, a jednocześnie rozważamy na lekcjach historii dzieje imperium jagiellońskiego, to utrwalają nam się wzajemnie nie tylko fakty, ale i związek kultury z historią, przez który rozumiemy lepiej i kulturę, i historię. Natomiast jeżeli eliminujemy kolejne punkty z nauczania języka polskiego, które są jakimiś kotwicami polskiej tożsamości, są ściśle związane z debatami o polskiej historii, to powstaje bardzo poważna wyrwa. Jeśli w gimnazjum nie ma Pana Tadeusza, to wziąwszy pod uwagę fakt, że część uczniów nie pójdzie potem do szkoły licealnej, ale będzie kontynuowała edukację w szkole zawodowej, oznacza to, że nie zapoznają się oni nigdy z tym najbardziej podstawowym dla naszej tożsamości narodowej dziełem. W ten sposób nie będzie można zrozumieć znaczenia romantyzmu w polskiej historii XIX w., a zatem będziemy bezradni wobec pytania, dlaczego były powstania i jaki miały sens. Jeżeli oderwiemy naszą historię od kultury, będziemy widzieli w niej tylko bezsens. Jeżeli potraktujemy kulturę osobno, omawiając – kurczącą się zresztą stale – listę lektur, w dowolnej kolejności, nie chronologicznie i szatkując jednocześnie historię z porządku chronologicznego na wybrane dowolnie problemy typu „kobieta i mężczyzna”, „pieniądz” itp. to po prostu nie będzie między nimi związku, nie będzie synergii. To obco brzmiące słowo jest w istocie najwłaściwsze – kiedy bowiem połączone są nauczanie historii i języka polskiego, można uzyskać bez porównania większy efekt zarówno edukacyjny – bo po prostu lepiej możemy zrozumieć oba przedmioty – jak i wychowawczy, obywatelski. Tymczasem wszystkie kolejne zmiany programowe prowadzą do tego, żeby zniweczyć ten efekt. A to musi przynieść złe, nie waham się nawet powiedzieć fatalne, skutki dla uczniów. 

Wysłuchał ŁK

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 37/2013