Logo Przewdonik Katolicki

Niech cię podźwignie

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

z benedyktynem o. Leonem Knabitem, o błogosławieniu przez habit, kostropatym jeżu i czekoladkach na chorobę, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

 Strach – to często pierwsza reakcja na hasło: sakrament chorych...

– Oj niestety, tak bywa. To jest nadal dość często spotykane myślenie. Wynika to pewnie w dużej mierze z tego, że na relacje ludzi do choroby i do posługi duchownych w czasie choroby wpłynęło dawne sformułowanie sakramentu jako „Extrema unctio – Ostatnie namaszczenie”. A więc jeżeli przychodzi ksiądz, to jest źle, to już jest koniec.

Tak, właściwie „kaplica”.

– A tymczasem Kościół od samego początku mówi: namaszczajcie chorych. Nie ma słowa na temat umierających. Dla umierających jest Wiatyk, a to jest coś innego. Namaszczenie chorych służy umocnieniu w chorobie. „Pan, który odpuszcza ci grzechy, niech cię wybawi i łaskawie podźwignie” – mówi kapłan. Mimo to nadal funkcjonuje jeszcze gdzieniegdzie to mniemanie, że jeśli ktoś poważnie zachoruje, to, broń Boże, nie mówić o tym księdzu, bo zabijemy dziadka.

Ksiądz – cichy zabójca – przecież to śmieszne.

– Na szczęście to się zmienia, ludzie zaczynają coraz bardziej pojmować istotę i znaczenie namaszczenia chorych. Duża w tym zasługa Dni Chorych, które oswoiły trochę wiernych z tym sakramentem. Ja przynajmniej dostrzegam, że tego dnia do kościołów coraz częściej przychodzą także ludzie lżej chorzy, często nawet kobiety w ciąży. Ostatnio spotkałem młodą dziewczynę, która przyjęła sakrament chorych przed czekającą ją operacją. Ludzie sami zaczynają prosić w chorobie o kapłana.

Nikt przed Ojcem nie ucieka w panice?

– Uff, na całe szczęście nie. Spotykam się raczej z sensownymi reakcjami. Podczas jednej z kolęd rozmawiałem np. z taką zacną starszą panią – przykutą do łóżka i niewychodzącą już z domu. Umówiliśmy się, że będę do niej przychodził w  każdy pierwszy piątek miesiąca. Pokiwała głową: a dobrze, dobrze, to mi nie zaszkodzi.

Bo sakrament chorych to nie tylko namaszczenie. To jest cały rozbudowany „pakiet”.

– Oczywiście – jest namaszczenie, spowiedź, Komunia św. i jeszcze ta nieformalna czwarta rzecz, czyli opieka psychologiczna – niezwykle ważny aspekt naszej kapłańskiej posługi.

Do tego dochodzi kwestia terapeutyczna religii jako takiej. To jest tak jak z czekoladkami – im ładniejsze opakowanie, tym smakują one lepiej. Podobnie choroba w opakowaniu religijnym staje się czymś innym, mniej dolegliwym, tępieje jej ostrze.

O namaszczeniu chorych mówi się wręcz, że jest to olej leczący!

– W liście Jakuba (5, 14–15) jest powiedziane wyraźnie: podźwignie go Pan. I jeżeli zajrzymy do Ewangelii, to zobaczymy, że Syn Boży ukazuje nam się właśnie jako Ten, który przede wszystkim leczy. Podobnie cuda, będące dowodami w procesach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych, są zazwyczaj cudami leczenia.

I w takiej perspektywie powinniśmy patrzeć na sakrament chorych.

– „Ten kto wierzy, nigdy nie jest sam – ani w życiu, ani w śmierci” – mówi papież Benedykt XVI. A tym bardziej nie jesteśmy sami w chorobie, bo Jezus jest przecież lekarzem dusz.

Poza tym w pewnych sytuacjach choroba może być wręcz błogosławieństwem.

Błogosławieństwem? A to niby dlaczego?

– Ja sam przeżyłem to na własnej skórze. Od początku byłem słaby, chorowity, tuż przed święceniami rozchorowałem się na płuca, trzeba było przerwać studia i iść do sanatorium. A ksiądz biskup zamiast wyrzucić „zdechlaka”, który musi bezużytecznie leżakować i lekarstwa brać – wyświęcił mnie wcześniej. I okazało się, że się nie pomylił. Bo mocniejsi ode mnie poszli do piasku, a ja przeżywam dziś już 59. rok kapłaństwa. Moja choroba była dla mnie w pewien sposób błogosławiona, pozwoliła dojrzeć, głębiej spojrzeć na moje powołanie kapłańskie. I naprawdę spotykam często ludzi, którzy mówią: Ojcze, choroba mi dopomogła, wyzwoliła z nałogów, skłoniła mnie do Pana Boga. Gdyby nie ona, nie wiadomo, co by było.

Nie zawsze jest jednak happy end.

– To zależy co rozumiemy pod pojęciem happy end. Miałem do czynienia z wieloma chorymi, którzy potrafili wspaniale znosić swoją chorobę i perspektywę rychłej śmierci. Widziałem trzydziestoparoletnich pijaczków, którzy umierali z przepicia – szedłem do nich pełen obaw, a tymczasem żaden z tych ludzi nie umierał w rozpaczy czy żalu do Pana Boga. Raczej myśleli o tym, w jaki sposób naprawić wyrządzone zło i w godny sposób stanąć przed Panem Bogiem.

Ta nasza „zwykła” pobożność ludowa stawia człowieka do pionu, bardzo pomaga w godnym przejściu na tamten świat. Karol Wojtyła, jeszcze jako biskup, powiedział na jakimś pogrzebie, że człowiek umiera zawsze w momencie dla niego najlepszym, bo Pan Bóg jest dobry.

O, to ciekawa myśl. A co z chorobami „niezawinionymi”?

– Pamiętam taką sytuację z młodą, śliczną, zdolną baletnicą, która chorowała na raka kolana. Na początku wszystko szło dobrze, operacja się udała. Dziewczyna wróciła na studia, do baletu, tańczyła na protezie, a potem przyszedł drugi rzut i tę walkę już przegrała. Ale przez cały czas, do samego końca znosiła chorobę bardzo dzielnie. Jej rodzice mówili: rozmawiała  z nami, jakby to grypa była.

Oczywiście, nie wszyscy odbierają chorobę na tym samym poziomie. Są tacy, którzy nie potrafią się z nią pogodzić, rozpaczają. Ale nie spotkałem się nigdy z takim jawnie bluźnierczym podejściem do choroby. Naczynie nie będzie się przecież kłócić z garncarzem.

A jeśli jednak?

– Moja siostra, też poważnie chora, mawia: niech ci którzy chorują, odchodzą z tego świata tak, aby pomagali przeżywać swoją chorobę tym, którzy są wokół nich. Bo jeżeli chory jest marudny, kapryśny, nieustannie wspomina o swoim odejściu, buntuje się, to wówczas nie dość, że otoczenie musi borykać się z samą chorobą, to jeszcze i z „charakterkiem” chorego. No, ale to też trzeba umieć jakoś znieść, nawet jeżeli bliski robi się czasem nieznośny i staje się w chorobie takim „jeżem kostropatym”.

Jedno pytanie nurtuje mnie od początku naszej rozmowy: Nosi Ojciec stale ze sobą oleje święte?

– Nie, ale wiem, że wielu księży tak robi. Ja ani razu nie byłem bezpośrednio przy nagłym wypadku. Jeden raz rozgrzeszałem na odległość – zobaczyłem, że podjeżdża karetka i zabiera kobietę leżącą na ulicy. Zdążyłem tylko pod habitem ją pobłogosławić: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, niech Bóg odpuści tobie grzechy. Umarła w karetce. Potem okazało się, że ta kobieta odprawiała dziewięć pierwszych piątków miesiąca – a tam jest obietnica, że nie umrzesz bez księdza.

To bardzo dobra polisa.

– Ale niekiedy Pan Bóg działa i bez polisy. Jeden z księży posługujących na Ukrainie opowiadał mi, że kiedyś otrzymał telefon z informacją że ktoś umiera w szpitalu. Pojechał 60 km do tego szpitala i pyta: kto dzwonił? Nikt się nie przyznaje. Czy ktoś tutaj jest umierający? Nie, ale proszę iść na górę tam są chorzy, może ktoś potrzebuje duchowej porady. I wszedł prosto do sali, gdzie właśnie umierał starszy człowiek.

Tak, tak, Pan Bóg naprawdę potrafi używa mediów cudowny sposób.

A tak „profilaktycznie” – jak często powinniśmy przyjmować sakrament chorych?

– Nie ma tutaj jakiejś sztywnej reguły. Jeśli otrzymujemy namaszczenie np. pięć razy w roku, nic w tym złego. Mówię oczywiście o poważnej chorobie, a nie o zwykłym przeziębieniu.

A jeśli istnieje obawa, że zbliża się koniec, albo następuje gwałtowne pogorszenie choroby, to nie powinniśmy zwlekać, tylko natychmiast prosić księdza z Komunią św. Co ciekawe, ludzie wtedy jakoś mniej lękają się obecności kapłana. A przecież taka Komunia może być bardziej jeszcze „groźna” od namaszczenia, bo staje się wtedy Wiatykiem, czyli „zaopatrzeniem” na drogę.

„Zaopatrzenie na drogę” – to dobra i taka uspokajająca definicja.

– I ja właśnie w takich kategoriach myślę o śmierci. Mimo mojej słabości, grzechów i lęków jestem coraz bardziej zaciekawiony, jak to będzie, w jaki sposób będzie wyglądał ten moment przejścia. A im człowiek dłużej żyje, tym bardziej odczuwa nie tylko mroki wiary, ale i światło wiary. A więc pewność wiary. Zaczyna rozumieć świętych, ma takie przebłyski, radość, że może się niedługo spotkać z Panem Jezusem. Bo najgorzej jest w zawsze przedpokoju. Dlatego mówię sobie: Panie Jezu, Ty jesteś miłosierny, ja żałuję, przepraszam za wszystko i nie narzekam na cierpienie – choć też i nie proszę o nie, bo jeżeli mi Jezu „dowalisz”, to się nie pozbieram – ale zgadzam się na wszystko, żeby tylko Ciebie potem zobaczyć bez przesiadki w czyśćcu.

 


Leon Knabit (ur. 1929) – zakonnik benedyktyński, wieloletni proboszcz i przeor opactw benedyktyńskich w Tyńcu i Lubiniu, wzięty katecheta, rekolekcjonista i publicysta, niezwykle barwna i rozpoznawalna postać – prowadził własne programy telewizyjne, jest autorem bloga internetowego i licznych książek m.in. Sakramenty. I co z tego?, O odwadze, O radości, Spotkania z wujkiem Karolem, Schody do Nieba i Ojca Leona różowe okulary. 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki