Logo Przewdonik Katolicki

Żeby mi ojca oddała

Monika Białkowska
Fot.

Na rozgrzanym placu przed bazyliką trwa mityng. Kolejni ludzie wychodzą na scenę i opowiadają swoją historię. Ona, dobrze ubrana, elegancka, na wysokich obcasach, kryje się za kłującymi gałązkami tui. Patrzy gdzieś w głąb placu i nerwowo gryzie paznokcie.

 

 

Na rozgrzanym placu przed bazyliką trwa mityng. Kolejni ludzie wychodzą na scenę i opowiadają swoją historię. Ona, dobrze ubrana, elegancka, na wysokich obcasach, kryje się za kłującymi gałązkami tui. Patrzy gdzieś w głąb placu i nerwowo gryzie paznokcie.

 

 

Nie chciałam jej przeszkadzać, ale kiedy o mało nie rozdeptała mojego schowanego w cieniu aparatu, postanowiłam porozmawiać. Nie chce, żeby robić jej zdjęcie, pozwala tylko włączyć dyktafon.

Jesteśmy prawie równolatkami. Mówimy sobie po imieniu. Wydaje się, że podobne do siebie, choć dzieli nas bardzo dużo. Ja w moim domu wódkę na stole widziałam tylko raz w życiu. Byłam już wtedy na studiach. Życie Weroniki wygląda zupełnie inaczej.

Lepszy od innych

– Nie jestem alkoholiczką. W ogóle nie piję, nie smakuje mi. Pewnie powinnam teraz siedzieć na jakimś mityngu dla DDA (dorosłe dzieci alkoholików), ale chciałam sprawdzić, czy on nie ucieknie – machnęła ręką w stronę placu. Spojrzałam na nią zdziwiona. On?

– Mój tata – wyjaśniła. – Widzisz tego pana w zielonej koszuli? Poważny pan doktor. Nikt go nigdy nie widział na ulicy pijanego. Z kimkolwiek byś rozmawiała, powiedzą ci, że to przecież ideał. Że o takim ojcu i mężu to każda kobieta powinna marzyć. Marzenia – prychnęła. – Ludzie czasem nie wiedzą, o czym marzą. Przywiozłam go tu podstępem. Mieszkamy niedaleko, w Koninie. Powiedziałam mu, że muszę jechać się pomodlić do Lichenia, bo mi ksiądz taką pokutę zadał. Skłamałam, trudno, ale coś musiałam wymyślić. A potem mu powiedziałam, że idę na Golgotę, że ma tu na mnie poczekać, żebyśmy się nie pogubili, bo nie wzięłam komórki. Został biedak przed bazyliką, akurat tu, gdzie się ludzie na mityng zbierali. Myślałam, że ucieknie, ale widzę, że podszedł bliżej i że słucha. Kto wie, może wreszcie coś na niego podziała? Może uwierzy, że wcale nie jest lepszy od nich wszystkich?

 

Tajemnica piwnicy

– Kiedyś zeszłam do piwnicy. Rzadko tam wchodzimy, ale mama zaprawiała ogórki i potrzebowała słoików. Na podłodze stała zgrzewka piw, a obok – worek z mnóstwem pustych, pogiętych puszek. Tatuś urządził sobie arsenał. Zastanawiałyśmy się czasem z mamą, jak on to robi, że samochodem z pracy przyjeżdża, a piwskiem śmierdzi. Okazało się, że zamiast do mieszkania, schodzi najpierw do piwnicy, wypija kilka piw i dopiero tak wzmocniony wraca do domu… Zapytałam go o to i oczywiście wybuchła awantura. Że się czepiam, że parę piw jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a on ma prawo do odrobiny przyjemności. Też mi przyjemność, ze śmierdzącym piwem chować się po piwnicach! Ale nic dziwnego, że nikt wielkiego pana doktora pijanego na ulicy nie zobaczy!

Na ulicy w ogóle nie widać, że coś z nim jest nie tak. I w pracy się pilnuje – jakby poszedł do szpitala pijany, pewnie by go zwolnili, a jeszcze wstydu by się najadł. Ale powinnaś go widzieć w sklepie. To jest rytuał – wyprawa do sklepu z winami. Jedziemy czasem do rodziny do Warszawy, tam ma dopiero używanie! Wynajduje najdziwniejsze alkohole z całego świata, a potem godzinami może mówić o tym, co udało mu się zdobyć. Natychmiast zaczyna planować imprezę: kogo zaprosić, co podać do jedzenia, żeby podkreślało smak alkoholu. Szaleństwo jakieś! Gada o tym tyle, że chcę już, żeby to wypił i się zamknął. Albo żeby porozmawiał ze mną o czymś, co nie dotyczy picia… Kiedyś, jak byłam mała i chciałam, żeby się ze mną pobawił, potrafiłam schować mu jego ukochaną zabawkę – nową butelkę. Wściekł się tak, że prawie mnie pobił. Ze dwie godziny wrzeszczał i przetrząsał każdy kąt mieszkania. Przestraszyłam się i oddałam mu butelkę, nigdy więcej nie odważyłam się zabrać mu alkoholu.

Wszystko jest okazją

– Wiesz, co jest najśmieszniejsze? – pyta Weronika. – W szpitalu to on poważnie wypisuje recepty, dobiera leki, tłumaczy dawkowanie. Zupełnie bez sensu, bo przecież on zna jedno, uniwersalne lekarstwo na wszystko. W dodatku bez recepty. Nie możesz zasnąć? Wypij kieliszek wina. Zmarzłaś i przemokłaś? Kieliszek wódki. Boli brzuch? Wódka z pieprzem. Rozwolnienie? Wódka. Masz doła? Łyczek koniaku i już się odprężasz. Codziennie znajdzie sobie jakąś bolączkę. Codziennie ma powód, żeby wypić. Nie wiem, jak on, ale ja mam dość…

Weronika przerywa i w skupieniu patrzy na ojca. Jego zieloną koszulę widać z daleka. Starszy pan siedzi na trawie i słucha uważnie. – Może coś z tego będzie? – wzdycha dziewczyna. – Tak bardzo chciałabym mieć normalną rodzinę. Niby jestem już dorosła, ale chciałabym, żeby mi ta wódka wreszcie ojca oddała. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki