Logo Przewdonik Katolicki

A jednak dojechali

O. Marcin Wrzos OMI
Fot.

Byli zatrzymywani przez milicję. Bywały i bolesne upadki, ale byli ciągle radośni. Spędzili 64 dni na rowerze. Przejechali 8461 kilometrów i dotarli do Wierszyny, małej polskiej wioski na Syberii. Miejscowy kościół obchodził tam 100-lecie istnienia.

Tegoroczna wyprawa rowerowa, była najdłuższą z dotychczasowych, prowadzonych przez o. Tomasza Maniurę – niepozornego, uśmiechniętego oblata. Młody zakonnik, wraz z rowerzystami związanymi z Centrum Formacji Młodzieżowej Niniwa w Kokotku na Śląsku, bywał już na rowerze w Wilnie, Rzymie, Kijowie, Jerozolimie, Maroku, na Nordkapp. Kolejna wyprawa była większym wyzwaniem dla 24 rowerzystów z całej Polski. – W wyprawie może wziąć udział każdy. Jedynym wyznacznikiem jest kondycja i technika jazdy. W ramach przygotowań jeździmy po Polsce tak długo, aż liczba chętnych zmniejszy się do oczekiwanej przez nas liczby osób. To są takie trasy po 300–350 km na dzień – wspominał o. Tomasz jeszcze w marcu, gdy przyjechał z Kokotka do Poznania w śniegu, podczas jednej z wypraw przygotowujących do wyjazdu.

Zdani na Boga

Wyjechali nad ranem 3 maja. 24 rowerzystów żegnanych przez rodziców, przyjaciół, samorząd terytorialny, Jerzego Buzka oraz oczywiście oblatów. Przed wyjazdem była Msza św., wspólnie zatańczona belgijka. I na rowery. – Każdy zabrał tylko niezbędne rzeczy oraz części rowerowe, gdyż nie ma z nami samochodu technicznego. Śpimy w namiotach bądź u dobrych ludzi. Zdajemy się na Pana Boga, więc nie planujemy noclegów. On zatroszczy się o nas – dopowiada uśmiechnięty o. Tomasz. – W czasie poprzednich wypraw się udawało. Dlaczego teraz nie? Wolną mamy tylko niedzielę – dodaje.

Dlaczego jedziemy?

Wyprawa, jak sami mówią, jest w sam raz na Rok Wiary. – Jedziemy w intencji Polski na 100-lecie istnienia kościoła w Wierszynie, 100 km od Irkucka, gdzie mieszkają Polacy – osiedleńcy z początku XX w. – i pracuje polski oblat o. Karol Lipiński. Do wioski, gdzie nadal mówi się w języku polskim – opowiada Krzysztof Zieliński. – Po pierwsze, w naszej wyprawie, chodzi o solidarność z Polakami, którzy mieszkają tak daleko od swojej ojczyzny. Pragniemy utwierdzić ich w tym, że o nich pamiętamy. Chcemy porozmawiać o ich trudach i historii ostatnich dekad. Chodzi więc o spotkanie. Po drugie, warto podejmować trud w intencji naszej ojczyzny. Wierzymy, że Polsce potrzebne jest świadectwo wiary i odwagi, przykład jedności i podejmowania ambitnych wyzwań. Chcemy też młodym osobom pokazać, że warto być dziś patriotą i co znaczy dla nas to słowo. Jako integralny element patriotyzmu uznajemy wartości chrześcijańskie, które wpisane są w historię naszego narodu od wielu wieków. Bez chrześcijaństwa nie byłoby Polski.. Wieziemy też na Syberię relikwie bł. ks. Jerzego Popiełuszki, które otrzymaliśmy od jego matki dla mieszkańców wioski – tłumaczy Krzysztof Zieliński.

Żeby ktokolwiek dojechał

Trasa rowerzystów wiodła przez Polskę, Białoruś, Rosję, Kazachstan i znowu Rosję. Każdego dnia pokonywali średnio od 200–316 kilometrów. – Już pierwszego dnia były dwa upadki, dętka – to standard – mówi Krzysztof Zieliński. Po czterech dniach na granicy z Białorusią pożegnali rowerzystów celnicy. – Znamy was z telewizji! Po to tylu was tam jedzie, żeby ktokolwiek dojechał – mówili. Na Białorusi rowerzyści trafili na „Dzień Zwycięstwa” i liczne pochody. Młodzi, niepamiętający takich czasów w Polsce, przecierali oczy ze zdumienia. Jednak, co dla nich najważniejsze, dotarli do Smoleńska i Katynia. W Rosji zostali zatrzymani. Okazało się wtedy, że przejazd tak dużej grupy na rowerach bez eskorty milicyjnej jest niemożliwy. – Na stacji benzynowej milicjant zwrócił uwagę, że po obiekcie należy się poruszać maksymalnie po dwóch – pięć osób to już tłok – wspomina Artur Bilewski. Ruszyli po dwóch dniach przerwy, w towarzystwie miejscowej władzy, po wiejskich drogach, gdyż na lepsze nie było zgody. Rowerzyści przemierzyli Okę, Wołgę, Ural, byli w Moskwie. W parafiach witano ich wybornym bigosem. – Rosja to nie kraj, to stan umysłu – tak ten etap skwitował Mateusz Majchrzak, jeden z uczestników wyprawy. W Kazachstanie, zaraz za granicą, uczestnikami wyprawy zajęły się babuszki. Zorganizowały spanie, jedzenie. Kazachstańskie karmelitanki zaadoptowały na modlitwie uczestników wyprawy. W Ozornoje usłyszeli kibicowskie: „Polska biało-czerwoni”, a od milicjantów torujących im drogę przez miasto na sygnałach, życzenia dobrej drogi. – Od każdego spotkanego człowieka w Kazachstanie możesz dostać coś dobrego – podsumował Wojciech Mazur. Przykładem jest abp Tomasz Peta z Astany, który przyjął wyprawę na nocleg, posiłek, a nawet wspomagał w praniu. Potem już syberyjska część Rosji: Nowosybirsk, Krasnojarsk, Irkuck. Nad Bajkałem wieczór kawalerski Piotra i panieński Sary. Bo przecież w Wierszynie mają wziąć ślub. Zapamiętali wielu dobrych ludzi i poczucie wspólnoty Kościoła.

Wielki finał

5 lipca nastąpił długo wyczekiwany moment tegorocznej wyprawy. Rowerzyści na czele z o. Tomkiem przekroczyli tabliczkę z napisem Wierszyna. Na przywitanie wyjechał wraz z dziećmi na rowerach proboszcz parafii o. Karol. Mieszkańcy wioski zgotowali rowerzystom gorące powitanie. Była miejscowa orkiestra – dwóch akordeonistów, o. Marek Swat OMI z ekipą ewangelizacyjną z Polski, dwie siostry zakonne oraz mieszkańcy Wierszyny. Ojciec Karol przywitał ich wodą święconą. Radosnym okrzykom, oklaskom, uściskom nie było końca. Wspólne zdjęcia, łzy szczęścia. Kąpiel w rzece i syberyjskiej bani. Jednym słowem, ogólna euforia udzielała się zarówno rowerzystom, jak i mieszkańcom Wierszyny. Nie jeden młody człowiek mógłby pozazdrościć o. Karolowi energii i zapału do robienia rzeczy niemożliwych. Ma już 72 lata, przyjechał do Wierszyny zaledwie trzy lata temu.

Dwa dni później w Wierszynie odbyły się uroczystości 100-lecia parafii. Parafianie niesamowicie dumni przeżywali wcześniejszy chrzest 17 dzieci (w Wierszynie mieszka 120 rodzin polskich), a także przyjazd ważnych gości: biskupa z Kazachstanu, konsula z Irkucka, a przede wszystkim rowerzystów i autobusu z gośćmi z Polski. W Domu Polskim znalazły się wielkie ilości bigosu, ale i otwartość na historię. Przedstawienie teatralne, które obejrzeli goście, nawiązywało do historii kościoła w Wierszynie. W przygotowaniu przedstawienia pomagały siostry służebniczki oraz wolontariuszka Aneta z Gdańska. – Szczególną uwagę przykuwały piękne stroje ludowe mieszkańców Wierszyny – wspomina Wioleta Śliwka.

To jednak nie wszystko. Dwoje uczestników wyprawy rowerowej: Piotr i Sara udzielili sobie sakramentu małżeństwa w asyście księży i uczestników wyprawy. Wierszyńscy Polacy zorganizowali im tradycyjne wesele.

Odwrót

Ludzie i rowery zostali zapakowani do autobusu i wyruszyli do kraju. Wrócili 18 lipca wieczorem. Zmęczeni, ale uśmiechnięci, bo przecież osiągnęli swój cel. Ostatni etap trasy przejechali oczywiście na rowerach. Witał ich Kokotek i Lubliniec. Dojechali.

 

Po drodze spotkali wielu ludzi, ale przede wszystkim spotkali Boga w rekolekcjach, w które tradycyjnie wyprawa się zamieniła. W Roku Wiary stracili wiele: szprych, linek hamulcowych, dziurawych dętek czy sakw, ale zyskali coś bezcennego. Silniejszą relację z Bogiem i wielu nowych przyjaciół.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki