Logo Przewdonik Katolicki

Zwyczajne niezwyczajne

Monika Białkowska
Fot.

Trudno jest rozmawiać o Eucharystii. Choć człowiek wierzący ma za sobą lata doświadczenia, jej tajemnica pozostaje tajemnicą.

 

Choćby kształcił się, czytał i rozmawiał o Eucharystii z mądrymi ludźmi, ona nadal będzie wciąż nowa, wciąż domagać się będzie odkrywania. I chociaż każda jest sprawowana według takiego samego rytu, chociaż wciąż powtarza się w niej te same słowa – ona zawsze jest inna. Zwyczajna, choć niezwyczajna. Jak chleb – dla każdego. I dlatego chciałam o nią zapytać zwyczajnych ludzi. Żadnych specjalnie wybranych, bo przecież i tak każdy człowiek ma własne, osobiste doświadczenia. Zapytać kobietę, zapytać mężczyznę, zapytać księdza. Zapytać o ich osobiste spotkanie z Eucharystią.
Dwóch lub trzech
Pani Marta nie ma teologicznego wykształcenia, skończyła ekonomię. Na co dzień pracuje w sklepie – chciałaby robić coś bardziej ambitnego, ale o dobrą pracę jest dziś bardzo trudno. Ma rodzinę, dwoje dzieci w wieku szkolnym. Na Mszę św. idą całą rodziną w każdą niedzielę.

– Najbardziej chciałabym przeżyć Eucharystię w Wieczerniku, choć to marzenie z gatunku tych niemożliwych do spełnienia – mówi. – Pamiętam za to inną Mszę św., dla mnie niezwykłą.

To nie było w żadnym wielkim kościele ani sanktuarium. Tuż po studiach wyjechaliśmy z grupą starych przyjaciół na wakacje za granicę. Wśród nich było też dwóch księży, krótko po święceniach. Po drodze trzeba było zatrzymać się na nocleg, wjechaliśmy więc na obskurny camping, jedyny w okolicy. Było już późno, kościół był zamknięty, a oni chcieli jeszcze odprawić Mszę św. Nie było innego wyjścia. Wyciągnęli z bagażnika walizkę ze wszystkim, co jest niezbędne do liturgii. Mieli tam stuły, kielich, patenę, wino, mały mszał… Zasłoniliśmy okna w jednym z naszych domków, żeby nie robić sensacji, stół posłużył za ołtarz. Nigdy wcześniej nie byłam na Mszy w tak kameralnym gronie. Początkowo wydawało mi się trochę dziwne, jakieś sztuczne. Tu jedziemy, śmiejemy się, gadamy o wszystkim, jak to zwykle z przyjaciółmi – i nagle oni stają za zaimprowizowanym ołtarzem. Jakby po drugiej stronie, znajomi, ale od nas oddzieleni. A potem nagle poczułam się tak, jakby tak właśnie musiało być. Przecież Jezus mówił, że „gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w imię moje, tam Ja jestem z nimi”. To się rzeczywiście spełniało. To już nie była jakaś tam jedna z wielu Msza św., ale wielkie wydarzenie, my i Jezus razem z nami.

Tak naprawdę wtedy też poczułam wielką wdzięczność za to, że mogę mieć przyjaciół – księży. Nie wtedy, kiedy szli do seminarium, nawet nie na ich prymicjach, ale wtedy, gdzieś w rozsypującym się campingu, kiedy tak naprawdę doświadczyłam, że dostali od Boga wielką moc sprawiania Jego obecności w kawałku chleba… I wtedy dopiero dotarło do mnie, że coś się w moich przyjaciołach zmieniło, tak fundamentalnie, że to naprawdę są już inni ludzie. Wszyscy zresztą byliśmy wtedy poruszeni tą nietypową Eucharystią, czasem do niej wracamy, wspominamy… I chociaż to nie był Wieczernik, to dla nas była to jedna z ważniejszych Mszy św.

Piękna prostota

Do dzisiejszego sposobu przeżywania Eucharystii musiałem dojrzewać – mówi pan Mateusz, mąż i ojciec dwójki dzieci. – Kiedy należałem do młodzieżowych duszpasterstw, wyczuwało się tam swoistą presję. Po Mszy św. wszyscy długo klęczeli przed ołtarzem, modląc się w milczeniu – przegrywał ten, kto wstawał i wychodził najwcześniej. Męczyło mnie to, ale nie umiałem sam znaleźć argumentów, żeby się sprzeciwić. Potem zachwycało mnie wszystko, co sprawiało, że Msza św. była „inna”. Gitary, nowe pieśni i melodie, nawet afrykańskie bębny… A później na studiach, w czasie pisania pracy magisterskiej, spotkałem się z benedyktyńskim myśleniem o liturgii, a to wywróciło też zupełnie moje rozumienie Eucharystii. Jeżdżąc do klasztorów modliłem się na Mszach św. i z mnichami, i z mniszkami. I przyznaję, że byłem zaskoczony. Początkowo wcale nie pozytywnie. Przyzwyczajony do tego, że musi być „inaczej”, dziwiłem się prostocie. Temu, że nikt nie dba tam o żadne dodatkowe atrakcje. Dopiero kiedy zacząłem czytać i pytać, zrozumiałem ten benedyktyński fenomen. Że liturgia nie należy do człowieka, ale do Boga. Że jest doskonała, więc nie potrzeba jej naszych upiększeń. Że w takiej właśnie prostej formie może mieścić wszystkich, że nikt nie będzie czuł się z niej wykluczony. Że jest skończona, nie potrzeba jej więc żadnych dopowiedzeń. Wtedy opadły ze mnie wszystkie wątpliwości z młodości, klęczenie na wyścigi po Mszy św. wydało się głupie – mnisi wychodzą z kaplicy zaraz po liturgii, przecież modlitwa właśnie się skończyła. Gitary, bębny, to wszystko stało się niepotrzebne. Dopiero dziś mogę powiedzieć, że kocham Eucharystię: prostą, zwyczajną, piękną, należącą do Boga.

Pragnienie jedności

Ks. Jan jest wikariuszem w Słupcy. Eucharystię sprawuje od 14 lat, ale najbardziej i tak pamięta tę, w czasie której przyjął Pierwszą Komunię Świętą.

– Nie potrzebowałem wtedy żadnej książeczki, żeby się modlić. Do dziś z dokładnością co do minuty potrafiłbym opowiedzieć wszystko, co wtedy myślałem i czułem. Wiem, że to jest niezwykłe, to jakaś tajemnica, obecna w moim życiu, którą zrozumiem pewnie dopiero po drugiej stronie. Tamtego dnia zgłosiłem się na ministranta i w zasadzie już nigdy nie odszedłem od ołtarza, ani na jeden dzień.

Dzisiaj ks. Jan, oprócz zwykłej pracy na parafii, spotyka się również z ludźmi innych wyznań. Organizuje polsko-niemieckie pielgrzymki ekumeniczne, a na studiach z ekumenizmu poznaje prawosławne spojrzenie na Kościół.

– Pan Bóg pozwala mi dziś również na Eucharystię spojrzeć z innej, ekumenicznej perspektywy – mówi. – A im więcej wiem, tym jestem spokojniejszy. Rozumiem, że to, co Bóg złożył w Kościele, nie jest naszą własnością, ale tajemnicą. To może zabrzmieć i na pewno zabrzmi banalnie, ale ja naprawdę z każdym rokiem coraz bardziej czuję się sługą Tajemnicy. Bóg w Eucharystii czyni coś, na co nie mam wpływu – a jednocześnie mam pewność, że kiedy mówię „To jest ciało moje”, mówi to Bóg i to rzeczywiście jest prawdą… W Eucharystii zachwyca mnie jej niewiarygodny obiektywizm. Nie myślę już, czy się modlę dobrze, czy nie za słabo, czy nie za mało – Bóg jest! Bóg jest, a my wobec tej tajemnicy mamy stanąć, pokorni, bez wyrachowania i bez dogmatyzowania.

Kiedy spotykam się z protestantami na ekumenicznej pielgrzymce widzę, że oni nie zawsze rozumieją problem, jaki mamy ze wspólnym celebrowaniem Eucharystii. Słyszałem propozycję, żeby może, po tylu latach, odprawić Mszę św. razem – bo skoro wierzymy, że to Ciało Chrystusa… Ale Eucharystii nie można traktować jako środka do celu. Skoro nie ma między nami pełnej jedności, to nie możemy tej jedności udawać. To i tak jest bardzo dużo, że możemy na naszych Eucharystiach nawzajem być. Patronujący naszej pielgrzymce od jej początku abp Muszyński uczył nas, że dla nas wiążąca jest liturgia katolicka, w której uczestniczyć mogą tylko ci, którzy są w pełnej jedności z Kościołem katolickim. Ale gestem pragnienia jedności i pragnienia wspólnego chrześcijaństwa jest prośba o błogosławieństwo. To pragnienie, ten post czekania na jedność na katolickich Mszach protestanci mogą wyrazić, podchodząc po błogosławieństwo. Ale nie tylko oni. Kiedy to protestanci sprawowali w Magdeburgu swoją Eucharystię, w czasie komunii abp Muszyński jako pierwszy podszedł i pokazał nam, że i my prosić mamy o błogosławieństwo – w imię pragnienia komunii. Pragnienie jedności, to jest to, na co teraz nas stać i co możemy wyrazić, stając obok siebie jako ochrzczeni w imię jednego Pana Jezusa Chrystusa. Może kiedyś będzie się ono mogło spełnić w jednej, wspólnej Eucharystii…

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki