Mieszkająca nieopodal stóp masywu Mont Blanc Joanna Beretta Molla musiała słyszeć o tragicznej śmierci młodego Polaka. Mająca 35 lat, na wieść o tym wypadku wspominała zapewne własne górskie wyczyny, nierzadko także należące do niebezpiecznych. Nie raz, nie dwa podejmowała przecież i ona ryzyko wspinaczki. W Viggiona, gdzie mieszkali jej dziadkowie, często się zatrzymywała (czasami wspólnie z dziewczętami z Akcji Katolickiej) i stamtąd wyruszała na górskie wędrówki. Jednym ze szczytów, który zdobyła wielokrotnie, była góra Monte Zeda (2156 m n.p.m.). Podejście na nią jest względnie bezpieczne, choć dla zupełnego górskiego laika dość wyczerpujące. Joanna wędrowała najpierw lasem wzdłuż okopów wojennych oraz ruin szpitala z czasów I wojny światowej. Potem szczytami, po skalistym podłożu, trochę przytrzymując się łańcuchów, trochę podziwiając zapierające dech w piersiach widoki np. na Lago Maggiore. W górach Gianna chłonęła Pana Boga. Tam kochała Go mocniej, bo niejako czuła Go bliżej siebie. Sama zresztą mówiła o tym wprost: „Jakże nie uwielbiać Boga, gdy się staje na górze, pod błękitem Boga… Ja czuję się tak szczęśliwa, gdy jestem w kontakcie z tak piękną przyrodą, iż mogłabym spędzać całe godziny na jej kontemplacji”. Kiedy docierała do szczytu, na którym umieszczony jest obecnie metalowy krzyż, nabierała kilku głębokich oddechów i uśmiechała się do Stwórcy za tak piękne dzieła. Dziś na tym krzyżu widnieje tabliczka upamiętniająca jej wielokrotną obecność w tym miejscu.
Po śladach Rattiego
Na Monte Zeda nie trzeba było się zbytnio wspinać, a góra ta nie wymagała większego przygotowania alpinistycznego. Dla Joanny należała więc raczej do prostych. Wiemy bowiem skądinąd, że wspinaczka z prawdziwego zdarzenia nie była jej obca! Cóż w tym nadzwyczajnego? Choćby to, iż w jej czasach takie wyprawy wiązały się z ogromnym ryzykiem i wymagały od alpinistów nie lada odwagi oraz wytrzymałości. Ich sprzęt bowiem pozostawiał wiele do życzenia. Gianna wielokrotnie wspinała się w paśmie Monte Bianco, choć wiemy, że na sam szczyt Mont Blanc nigdy nie doszła. Najtrudniejszą i najwyższą górą, jaką udało się jej zdobyć, był Cima di Jazzi licząca 3803 m n.p.m. Joanna stanęła na tym szczycie w 1952 r. Znamienne, że właśnie ta sama góra stała się celem pierwszej wysokogórskiej wspinaczki niejakiegoAmbrogio Damiano Achille Rattiego, późniejszego papieża Piusa XI. A trzeba wiedzieć, że choć Jazzi nie należy do grona czterotysięczników, wejście nań nie należy do łatwych. Od strony włoskiej na ten szczyt wiedzie tylko jedna droga. Musiała zatem iść nią także Joanna. Poczujmy więc i my atmosferę tamtej wędrówki.
Najtrudniejsza wspinaczka
Joanna przygodę z Jazzi rozpoczęła w miejscowości Pecetto di Macugnaga, skąd wyruszyć można pieszo bądź kolejką do pierwszego schroniska Belvedere (1932 m n. p. m.). Nie wiemy, ile czasu zabrało to naszej bohaterce. Wiadomo jednak, co było dalej. Otóż pierwsza trudność pojawiła się bardzo szybko. Trzeba było przekroczyć jęzor lodowca pokrytego pyłem skalnym i fragmentami głazów, które to lodowiec posuwając się, milimetr po milimetrze, ściąga z pasma Monte Rosa. Prócz tego lodowiec ten ma głębokie szczeliny powodujące, że nie da się go po prostu przejść w poprzek. Trzeba kluczyć, kierując się na kolorowe tyczki, uważając, by nie wpaść w żadną z rozpadlin. Kiedy Gianna miała już za sobą tę pierwszą przeszkodę, nadszedł czas na dość ostre podejście. Trasa najpierw była wąska i wiodła wśród traw alpejskich, potem wzdłuż głazów, aż do niebezpiecznych przejść nad górskimi strumieniami, które co kilkanaście metrów stają się kilkumetrowymi wodospadami. Przekraczanie takiej wody wiąże się z wielkim ryzykiem. Poślizgnięcie się bowiem w tym miejscu oznaczałoby pewną śmierć. Ale udało się. Po tym wszystkim można było pierwszy raz spojrzeć za siebie. W dół, gdzie roztaczała się panorama na Pecetto i szare jęzory lodowca, oraz w górę, gdzie widać było nigdy nietopniejący śnieg oraz szerokie zwały lodu, które stanowią czoło kolejnego lodowca zaczynającego się pod samym masywem Cima di Jazzi. Stamtąd piargami skalistymi należało dojść do kolejnego schroniska Eugenio Sella, kierując się praktycznie na azymut. Joanna na pewno była tam z przewodnikiem, który znając teren, prowadził całą ekspedycję.
Ściana z łańcuchami
W tym miejscu trzeba zauważyć, że wejście na Jazzi trwa dwa dni. Pierwszego dochodzi się jedynie do wspomnianego górskiego biwaku, który jest ostatnim punktem postoju przed atakiem na szczyt, a zarazem miejscem aklimatyzacji płuc do warunków wysokogórskich. Miejsce to nie wygląda jednak tak, jak schronisko w naszym, polskim mniemaniu, gdzie pali się w piecu, czeka ciepły bigos, gorąca herbata i pokoje do wynajęcia. Dla tych, którzy nie znają tajników wędrówek górskich, wyjaśnię, że na tej wysokości (3029 m n.p.m.) nikt w schronisku nie czeka i jest nim tylko pusty, kamienny budynek. W środku znajdują się niezbędne sprzęty, z których każdy może skorzystać wedle potrzeb. Obowiązuje tylko jedna zasada: miejsce to należy zostawić w takim stanie, w jakim się je zastało. O świcie uczestnicy ekspedycji wyruszyli w stronę szczytu. Przed nimi był jeszcze bodajże najtrudniejszy odcinek – skalna, kilkudziesięciometrowa ściana z łańcuchami, którą pokonywać trzeba powoli i w skupieniu. Przed samym szczytem było już płasko, należało jedynie uważać na ukryte pod śniegiem lodowe szczeliny. Przy tej skalnej ścianie Joanna zrobiła sobie zdjęcie, na którym wyraźnie widać , że jest jedynie prowizorycznie przewiązana liną i oczywiście... uśmiechnięta. Wcale nie wygląda na przerażoną. Jest szczęśliwa. Najmłodsza córka Joanny, Gianna Emanuela, potwierdza, że jej mama była pasjonatką gór i w 1955 r. postawiła swą stopę również na innym szczycie o nazwie Punta degli Spiriti.
Włoskie Zakopane
Joanna kochała góry nie tylko ze względu na ekstremalne doświadczenia. I bywała w nich nie tylko po to, by uprawiać wspinaczkę czy zdobywać kolejne szczyty, ale także po to, by po prostu pospacerować dolinami albo poszusować na nartach. Właśnie narty to był sport, który wręcz uwielbiała. Wśród alpejskich stoków, po których zjeżdżała z niewątpliwym wdziękiem, czuła się jak wolny ptak. Tak odpoczywała. Najbardziej lubiła alpejską miejscowość Courmayer w Dolinie Aosty (stamtąd, jako młoda dziewczyna wyruszyła zdobywając kolejny szczyt Cima della Tour Ronde). Miłością do tej miejscowości zaraziła także swego męża Piotra. Tam więc, już jako rodzina, często wspólnie wczasowali. W Courmayer mieli stałą bazę, swój ulubiony apartament, który wynajmowali u tego samego gospodarza. Stamtąd Joanna wędrowała również do alpejskiego sanktuarium Matki Bożej Guérison, najprawdopodobniej jednak wyłącznie w lecie. W okresie zimowym nie ma tam bowiem dojścia bez specjalnego sprzętu. Wspomniany we wstępie Wawrzyniec Żuławski w Courmayer także bywał i również darzył to miejsce szczególną sympatią. W swoim pamiętniku zapisał: „Courmayer to jakby włoskie Zakopane, tyle że o wiele, wiele mniejsze i musimy stwierdzić z przykrością, znacznie porządniejsze i czystsze. Uliczki śmiesznie wąskie, ale przeważnie asfaltowane, eleganckie hotele, kilkanaście sklepów (…). Nad wszystkim góruje majestatyczny, iskrzący w słońcu lodowcami łańcuch Mont Blanc, niby prostopadły mur, którego krańce wznoszą się przeszło 3500 metrów ponad Courmayer”. Być może tych dwoje minęło się kiedyś na jednej z wąskich uliczek tej mieściny? A może pozdrowili się, mijając na szlaku jak prawdziwi turyści?
Szusowała i słała listy
Innym ulubionym kurortem narciarskim Joanny była miejscowość Sestriere w prowincji Turyn na pograniczu włosko-francuskim. Z tamtejszych wypraw narciarskich słała Piotrowi serdeczne listy, zawsze podkreślając żal z jego nieobecności. „Natychmiast po śniadaniu zabieramy nasze narty i w dół... na trasy narciarskie. Zwykle około godziny 11 rozpoczynam pod okiem instruktora mały kurs i... bez fałszywej skromności, nauczyłam się nawet zjazdów nieco trudniejszych. Bądź jednak spokojny. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Albowiem tam, gdzie stok jest zbyt szybki, sam instruktor wybiera trasę nieco łatwiejszą. Jest naprawdę fantastycznie”. To fragment jednej ze skrupulatnych relacji, jakie z tych wypraw zdawała ukochanemu.
Góry dla szlachetnych
Wspomniany wcześniej papież – alpinista – miłości do gór nigdy się nie wyrzekł. On również wyniósł na ołtarze patrona alpinistów, św. Bernarda. Pius XI twierdził, że w góry chodzą ludzie szlachetni, a turystyka wysokogórska jest jedną z najlepszych form odpoczynku: „najlepszą dla świeżości umysłu i ciała (…) Kiedy bowiem po twardej pracy i wysiłku docieramy do szczytu (…) to wzmacniamy i odradzamy z jednej strony nasze siły cielesne, z drugiej zaś strony wzmaga się nasza wytrwałość wobec ciężkich obowiązków życiowych”. Nigdzie też tak jak w górach nie objawia się majestat Boga. „Przez spoglądanie na nieskończoność i piękno czarownego obrazu gór podnosi się uskrzydlona dusza nasza ku Bogu, Twórcy i Panu przyrody”. Joanna wiedziała o tym z autopsji.