Logo Przewdonik Katolicki

Teraz znam prawdę

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Beznamiętny głos radiowego spikera dopada mnie dwieście kilometrów od Gdańska:Naczelna Prokuratura Wojskowa potwierdziłana podstawie badań genetycznych, że ciałoAnny Walentynowicz zostało zamienione z ciałem innej ofiary katastrofy smoleńskiej.

Beznamiętny głos radiowego spikera dopada mnie dwieście kilometrów od Gdańska:

„Naczelna Prokuratura Wojskowa potwierdziła na podstawie badań genetycznych, że ciało Anny Walentynowicz zostało zamienione z ciałem innej ofiary katastrofy smoleńskiej”.

 

Nasze spotkanie planowaliśmy od kilku dni. Wszystko w zawieszeniu – bo cały czas nie było wyników badań DNA. W końcu Janusz Walentynowicz wybrał taki termin, kiedy wydawało się, że chwilowo nic więcej nie może się już wydarzyć.

No, a teraz ten radiowy komunikat…  Może to nie będzie najlepszy dzień na rozmowę. W słuchawce słyszę jednak mocne potwierdzenie: „Niech pan przyjeżdża. Czekam”.  

 

Busola

Doprawdy nie wiem, skąd w Januszu Walentynowiczu tyle spokoju. Siedzi przecież przede mną  człowiek, który kilka ostatnich dni spędził w stanie najwyższego napięcia i niepewności, mający za sobą dziesiątki kilometrów przemierzanych między identyfikacjami, sekcjami zwłok, wizytami w prokuraturze, i – jakby tego wszystkiego było mało – postawiony w samym środku gigantycznej medialnej wrzawy wokół ekshumacji ciała swojej matki.

Ale ten spokój jest tylko pozorny. To raczej efekt kombinacji kilku czynników: potwornego zmęczenia, przygnębienia, żalu, ale także pewnego rodzaju ulgi. Ulgi? Tak, ulgi – potwierdza, wyjaśniając, że teraz ma przynajmniej pewność, że w tym drugim ekshumowanym grobie znajdowało się ciało jego matki. Bo nie chce nawet myśleć, co by było, gdyby okazało się, że jest inaczej…

Dzisiaj w dawnym mieszkaniu pani Ani kłębi się tłum dziennikarzy, polujących na komentarz do gorącego „newsa dnia” , ale dla syna „legendy  Solidarności”  to świat dzieciństwa. Dom rodzinny. Pan Janusz opowiada o nim bardzo chętnie, podkreślając przede wszystkim  ogromne ciepło, jakiego doświadczył od samotnie wychowującej go matki. – Sama była sierotą, więc starała się dać mi to wszystko, czego nie otrzymała jako dziecko. Czasami czułem wręcz „przesyt” tej dobroci i opiekuńczości, bo im byłem starszy, tym bardziej chciałem robić coś po swojemu. Ale mama bardzo pilnowała mojego wychowania i wpojenia mi pryncypiów, którymi powinienem się kierować – wspomina. Stale powtarzała to słynne zdanie: „Żyj tak, żeby nikt nie musiał przez ciebie płakać. Tyle wystarczy”. – Mama zaklinała mnie na wszystkie świętości, żebym trzymał się tej zasady – podkreśla Janusz Walentynowicz.

W tym momencie przychodzi mi do głowy zdanie, jakie usłyszałem od jednego z biografów „Matki Solidarności”: Anna Walentynowicz miała niezwykle precyzyjną wewnętrzną busolę – fenomenalny instynkt wyczuwania kłamstwa, krętactwa i prób rozmieniania wielkich spraw na drobne. Na twarzy Janusza Walentynowicza po raz pierwszy pojawia się uśmiech. – Niech mi pan nic nie mówi o tej busoli. Bo ilekroć coś zmajstrowałem i starałem się to ukryć, napotykałem jej spojrzenie i krótkie: „Synek, powiedz jak było” – opowiada.

 

Podziemie

Przerywamy naszą rozmowę. Janusz Walentynowicz przeprasza, włącza na chwilę telefon i wykonuje dosłownie jedno pilne połączenie. Zanim jednak zdąży ponownie wyłączyć aparat, ten rozdzwania się na dobre. Dzwoni dziennikarz jednej ze stacji telewizyjnych. Pada pytanie. – Obawiam się, że brakuje słów w języku polskim, żeby określić to, co się stało – odpowiada syn legendarnej działaczki Solidarności. Po drugiej stronie słuchawki słychać jakiś szmer. – Tak, będziemy chcieli za wszelka cenę dowiedzieć się, w jaki sposób mogło dojść do zamiany ciał i kto za to odpowiada – mówi pan Janusz. I kiedy rozmowa zmierza już ku końcowi, docierają do mnie ostatnie słowa wypowiadane przez tamtego dziennikarza: „Proszę przyjąć moje kondolencje. Chcę panu powiedzieć, tak od siebie, bardzo szczerze, prywatnie, że to się nie powinno stać”...   Tak? – myślę sobie, bo w pamięci mam setki informacji tej stacji, w których kpiono z  każdego, kto domagał się ekshumacji ciał, czy po prostu rzetelnego wyjaśnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej… Coś się zmieniło?

Znowu rozmawiamy. Pytam o koszta opozycyjnej działalności pani Ani. Tak, potwierdza, koszta były, „smutni panowie” byli niemal wszechobecni w ich życiu. Bo mama nigdy nie kryła się z tym, co robi, prowadziła działalność właściwie jawną, a jej mieszkanie zawsze było otwarte dla osób potrzebujących pomocy. – Jedyną rzeczą, która ją do pewnego momentu nieco powstrzymywała, był niepokój o mnie. Dopóki się uczyłem, mama bała się, że bezpieka zacznie mnie nękać i że stanie mi się coś złego – opowiada Janusz Walentynowicz – Aż któregoś dnia powiedziałem jej: „Mamo, rób swoje. Jeżeli jest to możliwe, nie przejmuj się mną, bo ja nie pozwolę sobie zrobić krzywdy”.

To był koniec lat siedemdziesiątych, a on miał już wtedy 26 lat. Chwilę potem rozpoczęły się strajki, po których Anna Walentynowicz została okrzyknięta „Matką Solidarności”.

Czy zawsze była taka bezkompromisowa? Pan Janusz kiwa twierdząco głową – w kwestiach

moralnych zawsze. Tak znaczyło u niej tak, a nie znaczyło nie. I właśnie owa bezkompromisowość legła u podstaw narastającego konfliktu z Lechem Wałęsą, zakończonego wykluczeniem jej z pierwszego zjazdu Związku, jako osoby rzekomo niegodnie reprezentującej Solidarność. – To było kompletnie absurdalne uzasadnienie, ale mama była bezsilna. Większość była przeciwko niej. Bardzo to wówczas przeżyła – wspomina.

 

Nagroda

Nie, nie, Janusz Walentynowicz absolutnie nie zgadza się z opinią, jakoby jego mama nie potrafiła dostosować się do nowych czasów po 1989 r. Uważa, że to raczej czasy nie dostosowały się do niej. Polska Joanna d’Arc – bo tak nazwał kiedyś mamę w jednej z rozmów – pozostała taką, jaką była wcześniej, z tym samym kręgosłupem moralnym. To ludzie zachłysnęli się za bardzo wolnością, zatracili dawne ideały. Wszystkie ważne rzeczy, w które kiedyś tak bardzo wierzyli, zostały wypaczone, wymieszane, zdradzone.

Trochę nadziei odzyskała dopiero za sprawą polityki historycznej Lecha Kaczyńskiego, którego bardzo szanowała – co wyraźnie podkreśla syn pani Ani. W tym samym mniej więcej czasie za pośrednictwem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża odnalazła także na Ukrainie swoją siostrę, z którą nie miała żadnego kontaktu przez ponad 50 lat. – Mama była niezmiernie szczęśliwa. Dwa razy pojechała w odwiedziny do siostry i jej rodziny, zawiozła im ciepłe ubrania i piłę motorową. To byli bardzo ubodzy ludzie – wspomina Janusz Walentynowicz. Od tamtej pory temat Wschodu coraz częściej przewijał się w domowych rozmowach.

I wtedy właśnie padła propozycja wyjazdu do Katynia na rocznicowe uroczystości. Pani Ania potraktowała ją jako zwieńczenie całej jej dotychczasowej działalności, swoistego rodzaju nagrodę. W pewnym momencie była jednak bardzo bliska rezygnacji z wyjazdu. – Przeszła ciężkie operacje chirurgiczne, miała problemy z poruszaniem się. Kiedy rozmawialiśmy telefonicznie na dwa dni przed obchodami, mówiła, że chyba jednak zrezygnuje, że nie wytrzyma takiej długiej podróży pociągiem – relacjonuje pan Janusz. – Z pomocą przyszedł wtedy śp. prezydent Lech Kaczyński, który zaproponował mamie miejsce w samolocie rządowym. Cała podróż miała zamknąć się w obrębie kilku godzin: poleci, pomodli się, odda hołd pomordowanym i wróci w tym samym dniu. Była szczęśliwa, niezmiernie ucieszona. I  poleciała…

 

Smoleńsk

Milczymy dłuższą chwilę. W końcu Janusz Walentynowicz zaczyna opowiadać dalej: – Tego dnia mój syn odbierał z salonu swój pierwszy samochód, kupiony m.in. dzięki olbrzymiej pomocy babci Ani. Byli umówieni, że to on pojedzie po nią do Warszawy i przywiezie potem do Gdańska. Chcieli się wspólnie nacieszyć tym zakupem. A w domu miała czekać jej ulubiona kaczka z jabłkami. Pojechaliśmy z synem do salonu. Ale w trakcie podpisywania dokumentów zrobiło się jakieś nadzwyczajne zamieszanie. W pewnym momencie ktoś przekazał nam informację o katastrofie samolotu i to straszne zdanie: nie wiadomo, czy ktoś przeżył… Przyznaje, że nie pamięta drogi powrotnej do domu. Nie wie którędy, ani w jaki sposób jechał. Wszystko kompletnie wymazane z pamięci.

Znowu milczymy. Teraz ja przerywam ciszę: – Poleciał pan do Moskwy? – Tak – momentalnie odpowiada, choć to jego zdecydowanie w głosie okazuje się mylące. – Początkowo nie chciałem tam lecieć. Materiał genetyczny był już pobrany, a ja nie wiedzieć czemu zakładałem, że znajdują się tam polskie służby i że wszystko zostanie przeprowadzone jak należy. Tak, wiem, że dziś brzmi to jak groteska – kręci głową z niedowierzaniem. W końcu zadecydowali jednak, że polecą tam całą rodziną.

Mamę rozpoznał natychmiast. – Kiedy zobaczyłem w telewizji to, co zostało z samolotu, byłem przygotowany na najgorsze. Tymczasem mama nie miała nawet żadnego siniaka na ciele, nie mówiąc o jakichś złamaniach czy widocznych ranach. Wyglądała tak, jakby spała. O żadnej pomyłce z naszej strony nie mogło nigdy być mowy – zaznacza dobitnie.

 

Niepewność

„Wielonarządowe obrażenia wewnętrzne” – taka przyczyna śmierci Anny Walentynowicz znalazła się w oficjalnym rosyjskim tzw. świadectwie śmierci. – To, co tam napisano

zupełnie nas nie satysfakcjonowało. To jest tak enigmatyczne, że niczego w istocie nie wyjaśnia. A skoro mama nie miała żadnych widocznych uszczerbków na ciele, to tym bardziej chcieliśmy znać przyczynę jej śmierci – wyjaśnia Janusz Walentynowicz.

Zażądali wglądu w wyniki sekcji zwłok. Ale dokumentacja przyszła dopiero po dwóch latach, na początku lipca. Najpierw jednak kazano rodzinie Walentynowiczów podpisać zobowiązanie o nieujawnianiu danych, z którymi się zapoznają, ponieważ są to materiały niejawne. – To było dla nas kuriozalne, bo myśmy od samego początku nie mieli nic do ukrycia w tej sprawie. Taki swoisty szantaż: dostaniecie wgląd w akta, ale musicie milczeć – wzdycha syn Anny Walentynowicz.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. – Od pierwszego momentu, kiedy zaczęliśmy czytać te akta, towarzyszyło nam przeświadczenie, że to nie są papiery, które dotyczą mojej mamy.

A po ukończeniu lektury mieliśmy już sto procent pewności, że nasze obawy są słuszne. – mówi. Wtedy wypowiedział w prokuraturze to najważniejsze pytanie: Czy osoba, która jest opisana w tych dokumentach, spoczywa w grobie jego mamy? W odpowiedzi usłyszał: tak…

– Coś we mnie pękło. Powiedziałem: w takim razie to nie jest moja mama. Składamy wniosek o ekshumację. I od tego wszystko się zaczęło. Reszta jest już powszechnie znana – Janusz Walentynowicz zwiesza głowę. 

Nie chcę używać sakramentalnego „co dalej?”, bo cóż to za pytanie w takich okolicznościach? On sam wybawia mnie jednak z kłopotu: – Dziś chcę przede wszystkim godnie pożegnać moją mamę i wypełnić wreszcie jej ostatnią wolę. Bo ostatnimi czasy bardzo często powtarzała – i prosiła nas o potwierdzenie – że po śmierci chce być pochowana u boku męża w grobie na gdańskim Srebrzysku – tłumaczy. Przyznaje też, że cały czas towarzyszą mu jeszcze inne uczucia: złość, żal, rozgoryczenie i mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Bo prawdziwe pytania zaczynają się dopiero teraz. Jak na przykład wyjaśnić niedawną wypowiedź prokuratura generalnego Andrzeja Sermeta, który stwierdził, że „w okolicznościach, jakie zaistniały po katastrofie smoleńskiej nie można było przyjąć za pewnik, że ciała ofiar katastrofy leżą w odpowiednich grobach”? – Nie wyobrażam sobie, jak prokurator Seremet przez ponad dwa lata mógł spać spokojnie, mając wiedzę, że taka sytuacja mogła mieć miejsce, że mogło  dojść do zamiany ciał?! To samo dotyczy wszystkich ministrów zaplątanych w tę całą mroczną tajemnicę, bo jakąś wiedzę posiadają na pewno – mówi z przekonaniem Janusz Walentynowicz.  Ma nadzieję  też, że tak jak w latach 80. od Anny Walentynowicz rozpoczęły się przemiany w Polsce, tak teraz, po jej ekshumacji dojdzie również do przełomu w śledztwie smoleńskim.

Obaj chcemy wierzyć, że tak się stanie.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki