Logo Przewdonik Katolicki

Nie nasz prezydent, nie nasz problem

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Z adwokat Małgorzatą Wassermann, córką śp. posła Zbigniewa Wassermanna, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

 

Prowadzi Pani swoje własne prywatne śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej?

Nie, aż tak mocno bym tego nie ujęła. Oczywiście, staram się docierać na własną rękę do materiału dowodowego, np. przez rozmowy z ludźmi, którzy byli na miejscu zdarzenia lub mają jakąś wiedzę w tym zakresie. Zdaję sobie jednak sprawę, że jeśli czegoś nie da się przełożyć na materiał dowodowy, to takie prywatne ustalenia są bez znaczenia dla śledztwa. Co nie oznacza, że nie dzielę się z prokuraturą różnymi moimi uwagami i pomysłami. I trzeba przyznać, że prokuratura – poza wnioskiem o ekshumację zwłok mojego ojca – jest jak na razie otwarta na wszelkie takie wnioski.

 

Ma Pani wgląd do akt polskiego śledztwa w sprawie Smoleńska. Czy w „rok po” możemy próbować już budować jakiś całościowy obraz tamtej tragedii? A więc „dlaczego, kto, gdzie, jak”?

– Uważam, że przez ostatnie dwanaście miesięcy nie posunęliśmy się specjalnie do przodu. Na pewno większa jest nasza wiedza w zakresie organizacji lotu i zaniedbań, do jakich doszło po tragedii z 10 kwietnia. Natomiast jeśli chodzi o samą katastrofę, nie sądzę, byśmy dysponowali czymś kluczowym. Jest, co prawda, jeden dowód, który wydaje się wart dłuższego zastanowienia, czyli tzw. czarna skrzynka polska, ale nie jest mi znana jej zawartość. Skrzynka jest nadal analizowana przez biegłych, a przynajmniej tak było podczas moich ostatnich oględzin akt sprawy.

 

W jednym z wywiadów powiedziała Pani: „Trafiam na mur dezinformacji w sprawie wyjaśnień tragedii smoleńskiej”…

– Och, tutaj mamy do czynienia z całą masą wątków. Weźmy choćby kwestię materiałów, będących w posiadaniu strony rosyjskiej, które nigdy do Polski nie dotarły i myślę, że już nigdy nie dotrą. Chodzi mi tu o opisy, szkice, zdjęcia, rzuty i wszystkie te czynności, które powinny być wykonane na miejscu tragedii.

Do tego dochodzi cała masa kardynalnych błędów związanych z niezabezpieczeniem miejsca zdarzenia, niepozbieraniem wszystkich elementów samolotu, rzeczy osobistych i znajdujących się tam fragmentów ludzkich ciał.

 

No i jest kwestia ekshumacji oraz sekcji zwłok ofiar katastrofy…

– Ta czynność jest kluczowym dowodem dla stwierdzenia, jaki był przebieg całego zdarzenia. Tymczasem mogę śmiało powiedzieć, że strona polska nie dysponuje niczym, co  przypominałoby wiarygodne sekcje zwłok. To, co przyszło z Rosji, budzi najwyższy stopień nieufności. Tym większe jest więc moje zdziwienie, że w takiej sytuacji prokuratura nie chce dopuścić do ekshumacji oraz przeprowadzenia sekcji zwłok – za każdym razem zasłaniając się oczekiwaniem na kompletną dokumentację medyczną ze strony rosyjskiej.

 

Ktoś nawet zasugerował publicznie, że sekcja zwłok jest w tym przypadku bezcelowa.

– To była rzeczywiście zadziwiająca wypowiedź, tym bardziej że usłyszałam ją w zestawieniu z inną informacją. Najpierw próbowano wyśmiewać mój wniosek o ekshumację, sugerując, że taka procedura nic nie da, bo ciał nie można badać ze względu na ich zły stan. A zaraz potem, dosłownie w drugim newsie, pojawiła się wiadomość, że IPN będzie przeprowadzał po 70 latach ekshumację i sekcję zwłok gen. Sikorskiego. Towarzyszyła temu wypowiedź pani prokurator Ewy Koj z IPN-u, stwierdzającej, że jest to czynność obligatoryjna i niezmiernie istotna, ponieważ przy zastosowaniu dzisiejszej techniki jesteśmy w stanie odczytać bardzo wiele informacji z tych fragmentów ciała, które pozostały.

 

W protokole sekcji zwłok Pani ojca było puste miejsce w rubryce „przyczyna śmierci”?

– Nie, tak nie mogę powiedzieć. Rubryka nie była pusta, natomiast ja poważnie zastanawiam się, czy to jest w ogóle protokół sekcji zwłok mojego taty… Tak bym to ujęła. Nie mogę niestety ujawnić niczego więcej ze względu na obowiązującą mnie tajemnicę śledztwa.

 

A i ja nie pytam, bo odpowiedź zawiera się już w samym Pani wniosku o ekshumację…

– … Pozostaje nam czekać na materiały od Rosjan. Nie wiadomo ile lat…

 

Ma Pani jakieś informacje na temat przyczyny rozbieżności w godzinach zgonów ofiar katastrofy? Niektórzy mają podobno wpisane w dokumentach godz. 10.50 (czyli 8.50 czasu polskiego), inni 10.56.

Ja nie wiem, jak to wygląda u innych. Dla mnie przyczyna i dokładna godzina zgonu mojego ojca nadal pozostają niejasne.

 

Inna zagadkowa sprawa to telefon komórkowy Pani ojca.

– Dysponuję sprawdzoną informacją, że ojciec na pewno się w Polsce wylogował, natomiast, o której godzinie zalogował się na terytorium Federacji Rosyjskiej, takiej wiedzy już niestety nie mam.

 

Ale logował się?

– Logował się bez wątpienia, choć normalnie nigdy nie włączał telefonu w samolocie i skrupulatnie tego zwyczaju przestrzegał. Tymczasem, kiedy dzwoniliśmy na jego telefon kilka minut po uzyskaniu informacji o katastrofie, odpowiadał nam rosyjski operator. A to oznacza, że ojciec musiał zalogować się już tam.

Jeżeli dysponowalibyśmy danymi z bazy rosyjskiej, wówczas moglibyśmy stwierdzić, na ile sekund czy też minut przed katastrofą to się działo. Takiej informacji nie mamy jednak do dziś.

 

Tych niejasności jest o wiele więcej. Ot, choćby tajemnicze znikniecie kokpitu TU-154…

– A taki kokpit to „bagatela”, kilka ton samolotu!

 

No właśnie, albo pocięte w paski ubrania ofiar katastrofy, które wyglądają tak, jakby właśnie opuściły wnętrze niszczarki do dokumentów…

Również odniosłam podobne wrażenie. Cała ta sprawa zawiera zresztą dziesiątki, jeśli nie setki podobnych wątpliwości. Rosja z nas po prostu kpi. Od samego początku i w żywe oczy. Szkoda tylko, że nasz rząd zorientował się w tym dopiero w grudniu.

 

A rosyjskie śledztwo – wszystkie te przesłuchania, komputerowe symulacje, opinie biegłych?

– Pan raczy żartować. Nie mogę rzecz jasna mówić o szczegółach materiału dowodowego, natomiast jestem w stanie nakreślić całokształt warunków pracy polskich prokuratorów. Z Rosji przychodzą niekompletne, często zupełnie nieczytelne kserokopie. Śledczy dostają na stół partię materiału i nie wiedzą, czy to jest wszystko na ten temat, czy to jedynie część akt, czy oni mają jeszcze na coś czekać, czy też już nie. I tak właśnie wygląda ta rzekomo wzorowa współpraca ze stroną rosyjską.

 

 O ile zabawę w kotka i w myszkę można jeszcze nazwać współpracą.

– Tak, to zdecydowanie właściwsze określenie. A jak silna jest to zabawa, najlepiej pokazuje prezentacja raportu MAK-u, szczególnie zaś późniejsza konferencja i te słynne wypowiedzi o szympansach.

Znamienna dla postępowania Rosjan jest też sprawa zeznań rosyjskich kontrolerów lotów. Proszę sobie wyobrazić, że strona rosyjska zwróciła się do nas z wnioskiem, abyśmy wycofali – czy też jak to ona ujęła, „unieważnili” –  niewygodne dla niej protokoły!

 

I co na to strona polska?

– O zgrozo, przez moment nasza prokuratura naprawdę poważnie rozważała wzięcie pod uwagę stanowiska Rosjan. Na szczęście pan prokurator Seremet dał się chyba w końcu przekonać, że nie ma takiej potrzeby. Przynajmniej na razie.

 

Skąd w ogóle takie zeznania w naszych rękach?

– Polscy prokuratorzy przywieźli je bezpośrednio z Moskwy. I okazały się dla nas bardzo ciekawe ze względu na zawarte w nich rozmaite, nielogiczne sprzeczności.

Niestety, kiedy tylko Rosjanie połapali się, że te zeznania są w Polsce, od razu przyblokowali dostęp do swoich dokumentów. Ktoś się widocznie w Moskwie zorientował, że wpadło w nasze ręce coś, co nie powinno w nie nigdy trafić. I według mnie, aby zapobiec podobnym „błędom”, zaczęto kontrolować akta przed ich wysyłką. W takiej sytuacji pojawia się więc zasadnicze pytanie o wiarygodność rosyjskiego materiału dowodowego.

 

Odpowiedziałbym, że jest ona praktycznie żadna.

– I to bije w oczy dosłownie na każdym kroku. Nikt z rosyjskich śledczych nie wysila się np., żeby osoby przesłuchiwane zeznawały w różny sposób. Pytania są rutynowe, zmienia się tylko imię i nazwisko, a ludzie mogą mówić w zasadzie to samo.

Śledztwo prowadzone jest w sposób niechlujny, a nawet bezczelny. Podam przykład: jedna z osób, będących w dniu katastrofy na miejscu zdarzenia, zeznaje i w pewnym momencie mówi: „wypalano trawę”. Kropka. Nikt jej nie pyta, kto, gdzie i po co. Nikt nie ciągnie dalej tego wątku. A to tylko jeden z przykładów pokazujących, w jakim stanie przychodzi do Polski materiał dowodowy. 

 

Ten mur dezinformacji ma jednak dwie warstwy: zewnętrzną, ale niestety także i wewnętrzną…

– Nie mam większych pretensji, jeśli chodzi o pracę naszego wymiaru sprawiedliwości, bo to do zadań rządu należało wynegocjowanie możliwości prowadzenia lub chociaż współprowadzenia postępowania przez stronę polską. Nasz rząd nie zrobił jednak nic, abyśmy byli aktywnym uczestnikiem tego śledztwa.

Chcę przypomnieć, że jeszcze w dniu katastrofy strona rosyjska wydawała się rzeczywiście bardzo otwarta na współpracę i wtedy też należało w trybie natychmiastowym wysłać do Smoleńska grupę specjalistów, która zabezpieczyłaby na miejscu materiał dowodowy, próbki gleby, samolotu, ubrań, być może nawet szczątków ludzkich. Dziś wiemy, że tak się nie stało. Jedyny samolot, jaki wyleciał do Smoleńska 10 kwietnia w godzinach popołudniowych, miał na pokładzie pana premiera i podległych mu ministrów.

A potem było już coraz trudniej, bo otwartość ze strony rosyjskiej malała z każdym kolejnym dniem.

 

Zwłaszcza po tym, gdy zgodziliśmy się procedować według słynnej już konwencji chicagowskiej.

– W tym samym czasie pan premier Tusk wmawiał całemu społeczeństwu, że współpraca z Rosjanami jest wspaniała, a wszystkie materiały dostajemy kompletne i na czas. Z jego ust słyszeliśmy także, że konwencja chicagowska to najlepsza rzecz, jaka mogła nam się przytrafić. Zamilkł dopiero po konferencji rosyjskiego MAK-u. I to zamilkł na dobre.

 

Wcześniej jednak kompletnie ignorowano Wasze głosy, przestrzegające, że konwencja chicagowska wcale nie chroni polskich interesów...

– Podczas spotkania z rodzinami ofiar katastrofy pan premier potwierdził po raz kolejny, że  konwencja chicagowska to gwarancja dobrej pozycji dla strony polskiej. A kiedy pan Andrzej Melak zwrócił uwagę, że przecież my w związku tym nie mamy na nic wpływu, usłyszał w odpowiedzi: no tak, ale za nic nie odpowiadamy…

 

Ręce opadają…

– Niestety, wszystko tak naprawdę do tego właśnie się sprowadza. Mam wrażenie, że ogólny trend postępowania rządu zawiera się w słowach: „nie nasz prezydent, nie nasi ludzie, nie nasz problem”. To jest dla mnie bardzo bolesne. Wiem, że gdyby taka tragedia wydarzyła się w czasach, kiedy w rządzie zasiadał mój tata, walczyłby jak lew o wyjaśnienie tej sprawy do końca. Nawet wtedy, gdyby w tym nieszczęsnym samolocie byli co do jednego sami przedstawiciele politycznej konkurencji.

 

Dziś to Pani walczy o niego?

– Czuję, że doprowadzenie do wyjaśnienia tej katastrofy to moja powinność, bo wiem, że ojciec by sobie tego życzył. On zawsze szedł pod prąd. Nigdy tak naprawdę nie został prawdziwym politykiem z krwi i kości. Do końca był przede wszystkim człowiekiem i prawnikiem.

 

Dlatego nadal poświęca Pani jeden tydzień swojej pracy, a jeden tydzień Smoleńskowi?

– Nie, teraz już trochę więcej czasu zajmuje mi praca i rodzina, szczególnie opieka nad mamą. Przeżywamy różne fazy związane z katastrofą, najpierw było wiele miesięcy szoku, potem brak orientacji w rzeczywistości i czasoprzestrzeni, a od grudnia jest to faza bardzo dużej depresji. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się nam, że można to śledztwo nadal uratować. Po rosyjskich konferencjach i po spotkaniach z panem premierem nie mam już co do tego żadnych złudzeń. Z kolei z informacji osób, które mają na co dzień dostęp do akt w Warszawie wynika, że nie ma tam na razie po co jechać. Ale nie poddaję się i czekam. Cały czas czekam na nowe informacje.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki