Śledztwo smoleńskie. Kolejna odsłona

Coraz więcej wątpliwości wokół Smoleńska. Nie ma dowodów na obecność w kabinie Tu-154 gen. Andrzeja Błasika. Również inne tezy lansowane przez Rosjan i częściowo w raporcie Millera budzą poważne wątpliwości.
Czyta się kilka minut

Coraz więcej wątpliwości wokół Smoleńska. Nie ma dowodów na obecność w kabinie Tu-154 gen. Andrzeja Błasika. Również inne tezy lansowane przez Rosjan i częściowo w raporcie Millera budzą poważne wątpliwości.

Po prawie dwóch latach od katastrofy, w której zginął prezydent Lech Kaczyński i 95 osób z towarzyszącej mu delegacji, zamiast mieć pewność na temat jej przebiegu, Polacy są zaskakiwani nowymi informacjami, które budzą poważne wątpliwości co do dotychczasowych ustaleń.
Zamówiona przez prowadzącą śledztwo smoleńskie prokuraturę wojskową analiza wykonana przez krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych nie potwierdziła obecności gen. Andrzeja Błasika w kabinie pilotów Tu-154. Według nich nie można mu przypisać żadnych słów, które zostały wypowiedziane w kabinie w ostatnich minutach tragicznego lotu. Tymczasem twierdzenie, iż to dowódca Sił Powietrznych wywierał presję na pilotów prezydenckiego tupolewa, było jedną z głównych tez raportu MAK. Wielokrotnie prezentowała ją strona rosyjska, była też powielana przez polskie i światowe media. W polskim raporcie komisji Jerzego Millera znalazło się co prawda jedynie stwierdzenie o „presji pośredniej” wywieranej na pilotów, ale i tutaj kategorycznie stwierdzono, że gen. Błasik w momencie katastrofy był w kokpicie.
Nikt nie rozpoznał generała
Teraz okazuje się, że nie do końca wiadomo na jakiej podstawie. Jak ujawniła bowiem „Rzeczpospolita”, trudno dziś nawet stwierdzić, kto wcześniej „rozpoznał” jego głos. Pierwszy raz głos gen. Błasika w kabinie pilotów rozpoznano jeszcze w kwietniu 2010 r. Pod stenogramami rozmów z kokpitu opracowanymi przez rosyjski MAK jest dopisek: „Identyfikacji rozmówców dokonał dowódca eskadry 36. pułku ppłk Bartosz Stroiński”. – Nie rozpoznałem głosu generała. Słabo go znałem. Rozmawiałem z nim może dwa razy w życiu – zarzekał się jednak w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Stroiński i dodawał, że gdy przyjechał do Moskwy, „głos Błasika” był już rozpoznany. Także inne osoby, które mogły to zrobić, dziś się tego wypierają. Czyżby więc głos generała w kabinie rozpoznali sami Rosjanie, którzy wcześniej nawet go nie słyszeli?
Pytania w tej sprawie rodzą kolejne pytania. Również w Polsce podczas wcześniejszych odsłuchów nagrań z ostatniej fazy lotu dowódcy Sił Powietrznych przypisano kilka zdań. Dzisiaj okazuje się, że tak naprawdę również wówczas nikt nie rozpoznał jego głosu. Dlaczego zatem przypisano mu jakieś słowa? – Z całego kontekstu zdarzeń w tym dniu i wszystkich okoliczności, które były znane, komisja uzupełniła tę nierozpoznaną osobę, przypisując ten głos generałowi Błasikowi – wyjaśniał w rozmowie z mediami Jerzy Miller. Były minister argumentuje, że są także inne dowody, które wskazują na obecność Błasika w kabinie pilotów. Są to również dowody zebrane przez Rosjan. Dlaczego uznali oni, że generał był w kokpicie?
Rosyjska teoria o presji opiera się na „Ekspertyzie o możliwości przebywania w kabinie pilotów osoby postronnej w chwili uderzenia statku powietrznego w ziemię”. Jego przesłanką wyjściową jest... rozpoznanie głosu generała. Dalej opiera się na obrażeniach, jakich doznał Błasik, i miejscu znalezienia ciała. Jednak ta ekspertyza jest niespójna. Podzieliła pasażerów Tu-154 ze względu na doznane obrażenia na trzy kategorie. Jedną z nich byli „znajdujący się głównie w przedniej części salonu pasażerskiego nieprzypięci pasami i ulegający odpowiednio licznym rozczłonkowaniom (praktycznie wszyscy wysocy rangą przedstawiciele Ministerstwa Obrony)”. Oznacza to, że wszyscy generałowie tak jak Błasik nie byli przypięci pasami. Ich obrażenia są bardzo podobne do odniesionych przez dowódcę Sił Powietrznych.
Z kolei ciało generała znaleziono w sektorze numer 1, gdzie znajdowały się zwłoki nawigatora tupolewa. A to znaczy, że Błasik mógł być w momencie wypadku w kokpicie. Tyle że oprócz generała i nawigatora w sektorze numer 1 znajdowało się jeszcze 11 innych zwłok. Nie były to ciała pozostałych członków załogi Tu-154M, które odnaleziono w innych rejonach katastrofy. To wszystko pokazuje, że na tak kruchej podstawie w żaden sposób nie można było wyciągać wniosków o gen. Błasiku wywierającym presję na pilotów. Jednak zrobiono to. A  przedstawiona przez MAK wersja o „pijanym” generale, który kazał lądować, poszła w świat.
Pytania o lądowanie
To wszystko tylko rodzi kolejne pytania i wątpliwości odnośnie do dokładnego przebiegu katastrofy. Na przykład, czy piloci wiedzieli, na jakiej są wysokości? Raport komisji Millera jako pierwszą z sześciu przyczyn mających wpływ na katastrofę wymienia „niekontrolowanie wysokości za pomocą wysokościomierza barometrycznego”. Według komisji załoga korzystała z wysokościomierza radiowego zamiast barometrycznego. Właściwe dane miał odczytywać gen. Andrzej Błasik. Jednak piloci mieli ich nie słyszeć. Według nowych ustaleń biegłych odczytywał je drugi pilot, mjr Robert Grzywna. Oznacza to, że piloci Tu-154 mieli świadomość, na jakiej wysokości się znajdują. – Ten punkt raportu komisji Millera jest już więc nieaktualny – mówił „Rzeczpospolitej” płk Edmund Klich.
Kolejna wątpliwość. Kiedy piloci zareagowali na ostrzeżenia o zbliżaniu się do ziemi? Drugą przyczyną katastrofy wskazaną przez komisję Millera był „brak reakcji załogi na komunikaty Pull UP generowane przez system TAWS”. Ze stenogramu wynika jednak, że kpt. Arkadiusz Protasiuk wydał komendę „odchodzimy” ok. sześciu sekund po pierwszym komunikacie Pull UP. Ostatecznie pokazuje to, że lansowana od samego początku przez Rosjan teza, że piloci chcieli lądować za wszelką cenę jest nieprawdziwa. Już wcześniej udowodniono, że piloci chcieli zejść tylko do tzw. wysokości decyzji (100 metrów) i odejść na drugi krąg.
Czy można wierzyć Rosjanom?
A to nie pierwszy przypadek, gdy ustalenia Rosjan okazują się, delikatnie mówiąc, wątpliwe. Podobnie jak w przypadku rzekomych słów gen. Błasika, było z innymi fragmentami rozmów z kabiny. „Wkurzy się, jeśli...” – słowa pilotów, które miały dowodzić presji, jakiej byli poddani, znalazły się tylko w rosyjskiej wersji stenogramów. Polscy biegli ich już nie odczytali. Nie odczytano również „tak lądują debeściaki”, które rzekomo mieli mówić piloci.
Rosjanie twierdzili też m.in., że piloci Tu-154 cztery razy podchodzili do lądowania, urządzenia na lotnisku w Smoleńsku były w pełni sprawne, a kontrolerzy lotu działali zgodnie z procedurami i nie mogli zamknąć lotniska. Wszystko to okazało się nieprawdą. Twierdzili również, że w pełni profesjonalnie przeprowadzili sekcję zwłok ofiar katastrofy. Tymczasem już pierwsza ekshumacja szczątków śp. Zbigniewa Wassermanna udowodniła, że dokumenty z sekcji nie pokrywają się z jej wynikami.
Na ile zatem możemy mieć zaufanie do dowodów zebranych przez rosyjskich śledczych? Wojskowi prokuratorzy oświadczyli, że autentyczność zapisów czarnych skrzynek nie budzi wątpliwości. Inaczej jest jednak z dokumentami wytworzonymi przez Rosjan. Materiał w polskim śledztwie w dużej mierze się na nich opiera. A ich obalanie podważa również wiarygodność polskich instytucji.
Dlaczego oddaliśmy śledztwo?
Trzeba też wrócić do pierwszych dni po katastrofie i decyzji o tym, że nie będzie wspólnego polsko-rosyjskiego śledztwa. Mnożące się dzisiaj wątpliwości dotyczące przyczyn katastrofy są prostą konsekwencją decyzji podejmowanych w kwietniu 2010 r. Wówczas zamiast skorzystać z zapisów polsko-rosyjskiego porozumienia z 1993 r. w sprawie ruchu samolotów wojskowych i wspólnego wyjaśniania katastrof, zdecydowano się skorzystać z zapisów konwencji chicagowskiej. A to oznaczało, że śledztwo poprowadzą Rosjanie. Skądinąd do dziś nie jest jasne, kto i w jakim trybie o tym w Polsce zdecydował.
Rosjanie wykorzystywali to, że byli jedynymi gospodarzami śledztwa. Wystarczy przypomnieć, że zaskoczyli polskie władze publikacją swojego raportu i jego kontrowersyjnymi tezami.
Premier zapewniał, że wybrano konwencję, ponieważ dawała ona polskiej stronie najwięcej możliwości uczestnictwa w ustalaniu przyczyn katastrofy. Rzeczywistość okazała się inna. Polscy śledczy nie byli dopuszczani do współpracy, wielokrotnie musieli prosić Rosjan o udostępnienie dowodów.

Część polityków opozycji domaga się powołania komisji śledczej, która zajęłaby się wyjaśnieniem okoliczności katastrofy. Powinna ona wyjaśnić raczej, jak to się stało, że Polska oddała śledztwo Rosjanom.              

 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 4/2012