Polski rząd zgodził się, by śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej prowadzili samodzielnie Rosjanie. Dzisiaj, po publikacji raportu MAK wyraźnie widać, jak poważny był to błąd. Czy kiedykolwiek poznamy wszystkie przyczyny tej olbrzymiej tragedii?
– Niepodjęcie na czas decyzji o odejściu na lotnisko zapasowe po informacji o warunkach pogodowych, obniżanie lotu bez widoczności naziemnych punktów i wbrew ostrzeżeniom, nieuwzględnienie komunikatów TAWS, podejście do lądowania mimo braku zgody z wieży kontrolnej, presja na załogę – takie bezpośrednie przyczyny katastrofy Tu-154M pod Smoleńskiem podał rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK). Z raportu przygotowanego przez ekspertów tej instytucji wynika, że wina w doprowadzeniu do katastrofy, w której zginął prezydent Lech Kaczyński oraz 95 innych osób uczestniczących w wyjeździe na uroczystości w Katyniu, leży wyłącznie po stronie polskiej. – Musimy opublikować prawdę, nawet jeśli jest gorzka, o przyczynach tej katastrofy. Jest to nasz dług wobec ich pamięci i obowiązek zabezpieczenia dalszych lotów – powiedziała szefowa MAK Tatiana Anodina, prezentując wyniki raportu.
Nasze wątpliwości
Wiadomo, że samolot w chwili startu z Polski był sprawny. Zdaniem Rosjan załoga nie była jednak odpowiednio przygotowana, m.in. nawigator miał długą przerwę w wykonywaniu lotów na Tu-154. Ponadto, według raportu, współpraca załogi samolotu była niewystarczająca. Nie ma też pewności, że poza pilotem, pozostała załoga w odpowiednim stopniu znała język rosyjski. Dodatkowo – twierdzą eksperci MAK – nawigator wykorzystywał wskazania radiowysokościomierza, a nie urządzenia barycznego, które podawało bardziej precyzyjne dane. „Załoga nie zameldowała o podchodzeniu do lądowania i nie zamówiła radiolokatora. Oznaczało to, że będą lądować na podstawie własnych przyrządów” – twierdzą Rosjanie.
Kluczowe pytanie brzmi: czy powinniśmy im wierzyć? O ile część ustaleń zaprezentowanych przez MAK jest oczywista i nie ma wątpliwości, że miała wpływ na katastrofę, to poważny niepokój budzą te ustalenia, które w raporcie zostały wyolbrzymione, jak rzekoma presja wywierana na załogę. Zupełnie niewiarygodnie wygląda twierdzenie MAK, że będący pod wpływem alkoholu głównodowodzący Polskich Sił Powietrznych naciskał na pilotów. Po pierwsze, jak wynika z zapisów rozmów w kabinie pilotów, głównodowodzący niczego tam w ogóle nie mówił. Po drugie, niezrozumiałe jest, kiedy i jaka ekspertyza stwierdziła obecność alkoholu we krwi generała Andrzeja Błasika i dlaczego nie uczestniczyli w niej polscy eksperci.
Również teza o wyłącznej winie polskich pilotów nie wygląda tak wiarygodnie w świetle najnowszych ustaleń. „Gazeta Wyborcza" napisała w sobotę, 15 stycznia, że polska komisja badająca katastrofę smoleńską zakwestionowała jedno z istotnych ustaleń MAK, czyli to, że kapitan Arkadiusz Protasiuk chciał lądować "za wszelką cenę", opierając się na ustaleniach Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego KGP. W grudniu ub. roku polscy eksperci fonoskopii odczytali z czarnych skrzynek zdanie Protasiuka: „Odchodzimy". Strona polska powoływała się na te ustalenia w swoich uwagach do raportu MAK. „Zgodnie z zapisem CRV (Cockpit Voice Recorder), odczytanym przez stronę polską, dowódca załogi zgłosił po minięciu wysokości 100 metrów, że odchodzi na drugi krąg. Drugi pilot to potwierdził" - czytamy. Polacy zaoferowali MAK ekspertyzę fonoskopijną przed opublikowaniem końcowego raportu. MAK jej nie wykorzystał. W raporcie napisał, że "decyzji dowódcy statku powietrznego o odejściu na drugi krąg nie było". W podobny sposób Rosjanie potraktowali większość pozostałych uwag (ponad 140 stron) zgłoszonych przez stronę polską do raportu.
Rosjanie na medal
Zrzucając wyłączną winę za katastrofę na stronę polską, eksperci MAK nie dopatrzyli się żadnych uchybień po stronie rosyjskiej. Ani działania kontrolerów, ani stan lotniska w Smoleńsku nie miały – ich zdaniem – wpływu na tę tragedię. „Kontrolerzy ppłk Paweł Plusnin (kontroler lotu) i mjr Wiktor Ryżenko (kierownik strefy lądowania) wzorowo wywiązali się z obowiązków, a ich działania nie miały żadnego wpływu na katastrofę rządowego Tu-154M” – napisano w raporcie.
Jednak jak wynika chociażby z ustaleń polskich śledczych, błędów kontrolerów było wiele. To oni w decydujących momentach, kiedy samolot był ok. 8 – 10 km przed lotniskiem, utrzymywali załogę w przekonaniu, że jest na właściwej „ścieżce i kursie”. Co było nieprawdą. Ryżenko – jak czytamy w polskich uwagach do projektu raportu MAK – nie reagował na „znaczne” odchylenia samolotu od nakazanej ścieżki schodzenia. Co ciekawe, MAK potwierdził to w treści raportu, ale nie określił tego jako błąd. 8 km od lotniska Tu-154M znajdował się bowiem 100 metrów powyżej prawidłowej ścieżki – wynika z dokumentu. Raport wskazuje też, że w ostatniej fazie lądowania widzialność sięgała zaledwie 200 metrów, a kontrolerzy sprowadzali samolot na ślepo. Dlatego m.in. za późno wydali komendę „horyzont”, wzywającą do przerwania lądowania. Padła, gdy tupolew był już ok. 10 metrów nad ziemią. Pilot nie miał żadnych szans poderwać maszyny.
Z raportu MAK wynika też, że urządzenia, które miały pomóc w wylądowaniu Tu-154M, pamiętały czasy Związku Radzieckiego. Na smoleńskim lotnisku działał prymitywny system radiolokacyjny (RSP-6 M), który został wyprodukowany w 1989 r.
Większość niezależnych ekspertów zgodnie przyznaje, że odpowiedzialność za katastrofę ponoszą wspólnie strona polska i rosyjska. Tymczasem Rosjanie w swoim raporcie winą postanowili obciążyć wyłącznie Polaków. Czy w tej sytuacji jakikolwiek sens mają jeszcze apele niektórych polityków o ponowne rozpatrzenie sprawy przez stronę rosyjską? Wydaje się, że nie. Rosjanie swoje stanowisko zaprezentowali wystarczająco jasno.
Polskie śledztwo
Niestety prowadzone przez stronę polską własne śledztwo także może niewiele wyjaśnić. Polscy śledczy są całkowicie uzależnieni od materiałów przekazywanych im przez rosyjskich partnerów, a z tym jest również poważny problem. Strona polska wciąż nie otrzymała od MAK m.in.: czarnych skrzynek z Tu-154M oraz samego wraku samolotu, kopii nagrań z wieży kontroli lotów smoleńskiego lotniska z 10 kwietnia (Rosjanie przekazali tylko stenogramy z tych rozmów) oraz szczegółowych danych lotniska Siewierny.
W efekcie może okazać się, że przyczyny katastrofy smoleńskiej nigdy nie zostaną w pełni wyjaśnione, a wszelkie wątpliwości nie będą rozwiane. To poważny cios dla prestiżu państwa polskiego.
Niewyjaśnienie w najdrobniejszych szczegółach przyczyn stanowi też olbrzymie pole do popisu dla tych, którzy są przekonani, że w Smoleńsku doszło do jakiegoś zamachu. Choć nie ma na to dzisiaj żadnych dowodów, to ten sposób potraktowania śledztwa tylko utwierdzi zwolenników teorii zamachu w ich przekonaniach.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













