Logo Przewdonik Katolicki

Państwo, które przecieka przez palce

Marek Magierowski
Fot.

Podczas ostatniego wystąpienia w Sejmie premier Donald Tusk wziął na siebie odpowiedzialność za wszystkie błędy popełnione po katastrofie smoleńskiej. Słowo przepraszam padło z jego ust jednak dopiero teraz , gdy okazało się, że w grobie Anny Walentynowicz nie leży Anna Walentynowicz.

Podczas ostatniego wystąpienia w Sejmie premier Donald Tusk wziął na siebie odpowiedzialność za wszystkie błędy popełnione po katastrofie smoleńskiej. Słowo „przepraszam” padło z jego ust jednak dopiero teraz , gdy okazało się, że w grobie Anny Walentynowicz nie leży Anna Walentynowicz.

 

Premier przeprosił  dopiero po tym, jak okazało się, że polska strona nie zadbała o to, aby przeprowadzić w sposób profesjonalny identyfikację zwłok oraz gdy okazało się, że Ewa Kopacz, obecna marszałek Sejmu, a wówczas minister zdrowia, okłamywała opinię publiczną.

Jednak już po kilku minutach, jakby chcąc zrównoważyć to spóźnione mea culpa  premier Tusk przestrzegał przed rozpętywaniem kolejnej wojny wokół smoleńskich trumien. A przemawiający po nim prokurator generalny Andrzej Seremet częściowo obarczył odpowiedzialnością rodziny ofiar – zasugerował, iż to najbliżsi krewni pomylili się, błędnie rozpoznając zmasakrowane ciała.

Sprawa smoleńska, z powodu ekshumacji ciała Anny Walentynowicz, ponownie wróciła jako główny temat politycznej batalii w Sejmie. Co ciekawe, tym razem mimo woli, a może nawet wbrew zamiarom Prawa i Sprawiedliwości, partii, która od kilku miesięcy starała się obniżyć napięcie w dyskusji o katastrofie i zaniedbaniach rządu. Tym bardziej jest to sytuacja niewygodna dla samego Tuska, jego gabinetu i jego partii.

 

Bezkresna niekompetencja

Dla średnio rozgarniętego obserwatora sceny politycznej było jasne już od kwietnia ub.r., iż rząd popełnił w związku z tragedią w Smoleńsku całą serię błędów i dał się wciągnąć w grę zaplanowaną przez Kreml – zarówno przed, jak i po katastrofie. Począwszy od rozdzielenia wizyt premiera i prezydenta w Katyniu, poprzez przyjęcie Konwencji Chicagowskiej jako podstawy do przeprowadzenia śledztwa, aż po skandal z identyfikacją ciał. Tylko część tych niezrozumiałych decyzji i niedopatrzeń wystarczyłaby, aby co najmniej kilka osób podało się do dymisji. Tymczasem Ewa Kopacz dostała w nagrodę fotel marszałka Sejmu, Tomasz Arabski wciąż doradza premierowi, a Bogdan Klich, minister obrony narodowej, znalazł spokojną przystań w Senacie. Najbardziej jednak jawnym przykładem arogancji władzy była promocja generała brygady Mariana Janickiego – skompromitowanego szefa BOR – którego prezydent Bronisław Komorowski mianował generałem dywizji.

Dziś słyszymy przeprosiny i niezdarne tłumaczenia. Ewa Kopacz, która zasłynęła stwierdzeniem o przekopaniu ziemi w Smoleńsku na metr w głąb i która chwaliła polskich patomorfologów, „pracujących ramię w ramię z rosyjskimi”, mówi dziennikarzom, iż sama została wprowadzona w błąd. I próbuje zagrać na nucie emocjonalnej, przypominając, iż poleciała do Moskwy nie jako przedstawiciel rządu, lecz jako osoba prywatna, by być „w trudnych chwilach” przy krewnych ofiar. Komentatorzy „Gazety Wyborczej” bronią rządu, argumentując, iż wszyscy pracowali w tamtych dniach w niezwykle ciężkich warunkach i że nikt nie był przygotowany na tak ogromną tragedię. Jeden z publicystów zaproponował nawet, by ujawnić drastyczne zdjęcia zmiażdżonych zwłok – opinia publiczna miałaby sobie uświadomić, przed jak ciężkim zadaniem stanęli ludzie odpowiedzialni za rozpoznawanie ofiar.

Krótko mówiąc, wszyscy powinniśmy się cieszyć, że w trumnach są ludzkie szczątki, a nie np. kamienie. A państwo zrobiło tyle, ile mogło.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że politykom PO i przychylnym tej partii żurnalistom kończą się pomysły na to, jak przykryć skrajną nieudolność rządu i zwykły brak przyzwoitości niektórych jego członków. Jak słusznie zauważyła Beata Kempa z „Solidarnej Polski”, jeżeli premier Tusk przyjął na siebie całą odpowiedzialność za błędy popełnione po katastrofie smoleńskiej, to następnym jego krokiem powinno być podanie się do dymisji. Nie chodzi wszak o jakiś niewiele znaczący błąd proceduralny czy literówkę w akcie zgonu jednej z ofiar. Nie, tutaj chodzi o całą lawinę błędów, które – mówiąc górnolotnie – splamiły honor państwa polskiego, a mówiąc mniej górnolotnie ukazały bezkresną niekompetencję rządu Tuska, w dodatku połączoną z żałosnym politykierstwem.

Będziemy więc świadkami kolejnych ekshumacji i prawdopodobnie kolejnych skandali, a także kolejnych żenujących felietonów w prorządowych mediach, które będą ogłaszać „wojnę na trumny” i ostrzegać przed Jarosławem Kaczyńskim, który „znów zamierza podpalić Polskę”. Tak jakby niepokój i irytacja rodzin, które nie są już dziś pewne, kto leży w którym grobie, można było pominąć wyniosłym milczeniem. Tak jakby ich ból był mniej ważny niż dobre samopoczucie Donalda Tuska, Ewy Kopacz czy Tomasza Arabskiego.

Nie możemy oderwać się od Smoleńska, i tak zapewne będzie jeszcze przez wiele lat, ale winę ponosi za to przede wszystkim szef rządu. Obserwujemy dzisiaj rozpaczliwe próby zrzucenia winy a to na PiS, a to na rodziny ofiar (z większością Tusk i tak jest w ostrym konflikcie) i poszukiwania wymówek dla najbardziej karygodnych decyzji – np. tej o „zakazie” otwierania trumien przywiezionych z Rosji.

 

W Sejmie czy na ulicy?

Po raz pierwszy od dłuższego czasu rząd Donalda Tuska oraz Platforma Obywatelska mają bardzo poważny problem wizerunkowy. Zaklęcia o „podpalaniu Polski” czy „dzieleniu Polaków” przez prezesa PiS są już tak wyświechtane i pozbawione jakiejkolwiek substancji, iż dają się na nie nabrać wyłącznie najbardziej zagorzali zwolennicy PO (znamiennym sygnałem, iż Platformie grunt usuwa się spod nóg, jest kolejna próba postawienia Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu za rzekome „zbrodnie IV RP”).

Polska miała zostać „podpalona” w ostatnią sobotę, podczas warszawskiego marszu w obronie wolnych mediów, organizowanego wspólnie przez TV Trwam o. Tadeusza Rydzyka, Solidarność oraz PiS. Uczestniczyło w nim kilkaset tysięcy osób – dawno już w Europie nie było podobnie licznej, antyrządowej manifestacji z udziałem związkowców, w trakcie której nie doszłoby do burd, ani nawet przepychanek, nie wspominając o bruku wyrywanym z ulic i wybitych szybach. Można się nie zgadzać z postulatami protestujących, nie trzeba się do nich przyłączać, należy jednak przyznać, że Tuskowi sprzyja szczęście: sceny z Aten czy Madrytu dowodzą, że tamtejsi premierzy mają dużo groźniejszych i bardziej agresywnych oponentów. Owszem, niektóre telewizje z lubością wyłapywały transparenty, które można by uznać za obraźliwe w stosunku do premiera, ale trudno było raczej zdefiniować ów pokojowy marsz jako „faszystowski pokaz nienawiści”. Skoro zatem nie można już było sprowadzić wszystkiego ad Hitlerum, próbowano przekonać czytelników i telewidzów, że polityki nie powinno się uprawiać na ulicy, lecz w Sejmie. Lech Wałęsa stwierdził nawet, że marsz był „antydemokratyczny”, gdyż większość Polaków popiera Platformę. Tym samym można by uznać, że Parady Miłości także są „antydemokratyczne”, ponieważ większość Polaków nie popiera małżeństw jednopłciowych.

 

Długotrwały proces

Zwolennicy PO są w kropce, bo obrona rządów tej partii staje się zadaniem coraz bardziej karkołomnym. Afera goni aferę, jeden skandal jest wypychany przez następny. Nepotyzm w rządowych agencjach, sprawa Amber Gold i usłużnego sędziego Milewskiego, teraz ekshumacja ciał katastrofy smoleńskiej. Wszystko to składa się na dość ponury obraz państwa, które gnije i przestaje służyć obywatelom. PiS zwraca na to uwagę i przedstawia swoje recepty. Nie wszystkie są rozsądne, niektóre pachną populizmem, jak np. odwrót od reformy emerytalnej czy postulat podniesienia płacy minimalnej. Jednak niedawna debata ekonomistów, zorganizowana przez tę partię, wskazuje, iż jest ona gotowa do poważnej dyskusji na temat stanu państwa, a nie tylko do werbalnej szarpaniny wokół katastrofy smoleńskiej.

Pytanie brzmi, czy Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego najbliższym doradcom wystarczy cierpliwości, by utrzymać ten kurs. Sondaże jeszcze przez długi czas będą pokazywać co najmniej kilkupunktową przewagę Platformy, bo proces „wyławiania” jej dotychczasowych wyborców będzie trudny i długotrwały. Tym bardziej że wśród wielu ważnych polityków PiS oraz prawicowych publicystów pokutuje przekonanie, iż walka o głosy „lemingów” nie ma większego sensu. Ale wyborcy PO prędzej czy później zaczną się zastanawiać, czy partia, której państwo przecieka przez palce, jeszcze zasługuje na ich poparcie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki