Logo Przewdonik Katolicki

Nasz wiejski domek

Paweł Piwowarczyk
Fot.

Marzyliśmy, żeby uciec z bloku, z zabetonowanych podwórek podkreśla Paweł Zegartowski. Żona Małgorzata nigdy nie chciałaby wracać do miasta, choć dom w którym mieszkają jest wstanie ciągłego remontu już od dziesięciu lat.

 Gołuchowice. Z domu państwa Zegartowskich do Krakowa trzeba pokonać odległość ok. 30 km. To nic w porównaniu z drogą, którą przebyło małżeństwo, aby zamieszkać na wsi, w swoim własnym domu.

– Marzyliśmy, żeby uciec z bloku, z „zabetonowanych” podwórek – podkreśla Paweł Zegartowski. Żona Małgorzata nigdy nie chciałaby wracać do miasta, choć dom w którym mieszkają jest w stanie ciągłego remontu już od dziesięciu lat.– Życie w bloku kojarzące się z powrotem do domu i zasiadaniem w kapciach przed telewizorem to nie jest moja wizja życia – dodaje Paweł, głowa rodziny. Choć oboje twierdzą, że ciężko może być kiedyś tzn. na emeryturze, gdy odległość od cywilizacyjnych udogodnień utrudni dostęp np. do lekarza albo braknie sił na przydomowe prace.

Kiedyś nie mieli wiele. Wynajmowali mieszkanie w ruderze, jak sami je nazywali. Pensja nauczyciela i księgowej nie pozwalała myśleć o czymś więcej, zwłaszcza że na świecie była już Konstancja, a niedługo miał się pojawić Samuel. Nie narzekali, nie mówili, że los ich skrzywdził. Zdarzył się mały cud, a właściwie to wymodlili go we wspólnocie. Kupili działkę z domem do remontu za cenę, której mogli sprostać. Potem pojawił się ktoś – taki człowiek „anioł”, który widząc, w jak trudnych warunkach mieszkają, postanowił ich wesprzeć. W sporej części sfinansował remont. Przeprowadzili się.

 

Wieś czy camping?

Ich wieś zamieszkują ci, którzy są tu od wielu dziesięcioleci, jak i sporo tzw. „napływowych” z miasta, którzy niejednokrotnie budują nie domy, ale warownie. Zegartowskim trudno zaliczyć się do którejś z grup, ale podkreślają że łatwiej im porozumieć się i zaprzyjaźnić się z tą pierwszą grupą. Ci drudzy traktują często wieś jak camping. W weekendy zapraszają do siebie gości. Muzyka na pełny regulator, grill, głośne krzyki… Tacy ludzie niszczą ciszę wpisaną w to miejsce i spokój, o którym marzyła rodzina, wybierając świadomie życie na wsi.

Podjeżdżając pod dom Zegartowskim rzuca się w oczy brak ścisłej zabudowy. Wokół dzikie łąki, a w ogrodzie naturalnie rosnąca trawa, liczne kwiaty...

 

Na łonie natury

Jest też miejsce na własną piaskownicę, nikomu nie przeszkadza też kilkulatek grający w piłkę czyli dużo przestrzeni dla Konstancji, Samuela i Lidii – dzieci Pawła i Małgorzaty. A poza tym tutaj mają kontakt z przyrodą nie tylko przez podręcznik, czy program w telewizji. Czasem do ogródka zaglądnie sarna, zając, a najwięcej jest bażantów. W prawie każdym kącie miejsce na gniazdo znajdują ptaki. – Czujemy się trochę jak na gospodarstwie agroturystycznym. Najbardziej lubimy gdy nadchodzi wiosna i lato, czyli wakacje, gdy mamy więcej czasu dla siebie. Dni są długie, a my możemy korzystać z uroku położenia naszego domu – mówią małżonkowie. A trudności w życiu na wsi? Dla Zegartowskich najtrudniej jest w ciągu roku szkolnego, gdy trzeba godzić pracę i szkołę dzieci. Samuel i Konstancja uczęszczają do szkoły w Krakowie, mają liczne zajęcia pozalekcyjne. Dużo czasu spędzają u dziadków czekając na rodziców odbierających ich po pracy. Ale w mieści mają więcej możliwości – więcej kół zainteresowań, klubów sportowych, warsztatów. To większa szansa rozwoju. Paweł pracuje w szkole, Małgorzata prowadzi biuro księgowe i nie jest w stanie spełnić wszystkich czynności pracując tylko w domu. Ich tydzień ma tytuł: „Ciągle w drodze”. A najtrudniej przetrwać zimę. Bywa tak, że Zegartowscy ruszają do pracy i szkoły wcześnie rano z domu, gdy jeszcze nie świta, a wracają późną nocą.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki